JUŻ W KIOSKU

"Odważny, uparty i nieustępliwy. Taki był Józef Krzos"

2022-01-02 17:00:00

Ocena:

5/5 | 2 głosów

Sto lat temu zamordowano Józefa Krzosa. Kto dziś o nim pamięta? Czyż nie jest jedynie odległym echem  ulicy, której też już nie ma? I przyjdą pokolenia, dla których Józef Krzos będzie nic nie mówiącym nazwiskiem, uniosą brwi w lekkim zdziwieniu, albo po prostu pominą je milczeniem. Przypomnijmy więc postać chłopca, który zawalczył o swoich współpracowników.

Zdjęcie pochodzi z książki "Bliżej świtu"

W ostatnim dziesięcioleciu XIX wieku do Starachowic przybywa bezrobotny Florian Krzos. Jest to ten czas dla miasta, gdy przeżywa ono okres wzmożonego przemysłowego rozwoju, staje się niejako ziemią obiecaną dla taniej siły roboczej, która tu szła z przeludnionych wiosek Kielecczyzny. Krzos, młody i wesoły wąsal  ma zdrowie i chęci do pracy, co zaowocuje stanowiskiem stróża nocnego w hucie. Florian pracuje sumiennie, ciuła grosz do grosza, bo chce wynająć samodzielną izdebkę i wprowadzić do niej gospodynię. Tak na marginesie to już ma taką na oku. U nowego dyrektora zakładów służy młode dziewczę o jasnych włosach i modrych oczach. Cała ona jak iskra, żywa i wesoła, imię Marianna pięknie brzmiało w ustach zakochanego mężczyzny.

I wzięli młodzi ślub, i z roku na rok witali na świecie coraz liczniejszą gromadkę dzieci. Marianna, aby pomóc wyżywić ten drobiazg, najmie się do różnych prac, najczęściej do posługi w zamożniejszych domach. Będzie w pracy prać i sprzątać mimo, że w domu przecież nie odpoczywa. Raz lepiej, raz gorzej - jakoś sobie rodzina Krzosów radzi. 

Ich najstarszym dzieckiem był właśnie rzeczony Józef. Przychodzi na świat w ostatni dzień roku pańskiego 1902. Ze wspomnień spisanych przez Halinę Krzos - synową brata Józefa - Jana Krzosa - wyłania się obraz chłopca, który bardzo chciał się uczyć. Nie było mu to jednak dane, na naukę brakuje środków i trzynastoletni Józek trafia do kopalni, gdzie pracuje jako chłopiec na posyłki. Tak się mówi oficjalnie, w praktyce natomiast wykonuje męskie prace, dzięki którym szybko mężnieje. Cała rodzina drży na samą myśl o redukcjach stanowisk w Górniczo - Hutniczych Zakładach, w których dorywczo pracuje Florian. To zawsze wiązało się z eksmisją z fabrycznych domów, ten Krzosów stał nieopodal dzisiejszego Banku ING. 

Nie szkoła, a utrzymanie pracy i pomoc rodzinie stają się celem młodego Józefa Krzosa. I nie ma w tym nic dziwnego, bo dzieci w tamtym czasie pracowały niemal na równi z dorosłymi, zarabiając przy tym nieporównywalnie mniej.  Nastoletni Józek zaczyna od pracy "na kolejkach", potem na tartaku, w końcu trafia na hutę, wszędzie poznaje robotników, ich rodziny i coraz bardziej uwrażliwia się na biedę, jaka ich wszystkich dotyka.

Mając czternaście lat traci ojca. Początki I wojny światowej to okres panowania "hiszpanki", wyniszczony pracą i chorobą Florian Krzos umiera. Od tej pory trud utrzymania rodziny spoczywa na barkach Marianny i Józefa. Chłopak rozumie, że jako najstarszy z rodzeństwa, to on jest odpowiedzialny za matkę i rodzeństwo.

- To była szybka lekcja dorosłości, Józef nie miał wyjścia. Stał się opiekunem i żywicielem rodziny - opowiada Halina Krzos. - Gdy zwolniło się miejsce przy obsłudze kopalni zatrudnił się tam dodatkowo, wykonywał dwie ciężkie i fizyczne prace, a mimo to zmęczony i wyczerpany zawsze znalazł czas na zabawę z młodszym rodzeństwem, któremu po prostu brakowało ojca - dodaje.

Dobry syn, dobry brat, ale także dobry kolega.

W miarę upływu lat Józef Krzos zwraca na siebie uwagę starszych kolegów, jest śmiały, operatywny, energiczny, towarzysze pracy i niedoli postanawiają to wykorzystać. Pod koniec wojny i w pierwszych latach niepodległości Związek Metalowców, którego Józef jest członkiem, powierza mu szereg odpowiedzialnych zadań, będzie m.in piastował funkcję organizatora młodzieży robotniczej. W wieku osiemnastu lat zostaje wybrany do związków zawodowych.

- Po latach Marianna Krzos powie, że to na jego i na jej nieszczęście, Józek w tych związkach pozostał. Pojawia się coraz więcej próśb o wstawiennictwo i pomoc, zazwyczaj w sprawach zwolnionych z pracy robotników - wspomina Halina Krzos.

O Józefie Krzosie mówi się, że był niezwykły. Podobno posiadał niesamowity dar przekonywania, nikt ponoć nie przemawiał tak żarliwie jak on, niczyje słowa nie były nacechowane taką siłą. On prowadził strajki robotnicze, sprzeciwiał się wyzyskowi, głodowym zarobkom i fatalnemu poziomowi życia współpracowników. U Józka szukały pomocy wszystkie robotnicze rodziny.

- Z relacji mamy Józka, a mojej teściowej wiem, że często do ich domu przychodziły zapłakane kobiety z dziećmi na rękach mówiąc, że ich mężowie zostali zwolnieni z pracy i grozi im eksmisja z mieszkania fabrycznego. Prosiły, by się wstawił za nimi w związkach zawodowych, często to robił i nawet często dawało to pozytywny skutek - zwolniony robotnik był ponownie przyjmowany do pracy. Dzięki temu Józef Krzos stał się znany jak obrońca robotników - Halina Krzos uśmiecha się ze wzruszeniem.

Znamienny w życiu Józefa Krzosa okaże się rok 1921, wtedy to podczas demonstracji robotniczej wysunie, w imieniu robotniczej braci, żądania pod adresem ówczesnego dyrektora - Jabłońskiego. I to jest ten moment, kiedy Józef zostanie objęty szczególną kontrolą. Odważny, uparty i nieustępliwy wobec Dyrekcji Zakładów nie mógł być mile widziany. Ba, kolokwialnie rzecz ujmując - był po prostu uciążliwy.

W rozmowie rysuje się bardzo zdolny człowiek, który dużo czytał, był ciekawy świata, chciał jak najwięcej wiedzieć, chciał się uczyć, zachęcał go zresztą do tego odwiedzający rodzinę ksiądz. Niestety praca po kilkanaście godzin na dobę była zbyt wyczerpująca i na regularną naukę zabrakło czasu. I właśnie czas pracy stał się jedną z podwalin strajku. Między innymi jego skrócenia domagał się Józek, to właśnie wtedy, podczas strajku, kolejny raz się naraził.

- Do jego domu wpadali tajniacy i próbowali go zastraszyć przeprowadzając gruntowne rewizje, najczęściej jednak przychodzili pod jego nieobecność. Policja wywracała wszystko do góry nogami, mieszkanie stawało na głowie, szukano kompromitujących Józia dowodów. Pruli sienniki szukając wywrotowej "bibuły". Efektem była wystraszona matka i zapłakane dzieci. W końcu doszło do nieuchronnego. Gdy zaczęły się aresztowania strajkujących, ktoś podczas przesłuchań nie wytrzymał tortur i całą winą obciążył Józka - Helenie Krzos łamie się głos.

I przyszli po niego na przedwiośniu 1922 roku, jeszcze przed świtem, zbudzili cały dom i zabrali na komisariat w Wierzbniku.

Wszystko to odbywało się w pełnej napięcia, niesamowitej ciszy. Obudzone ze snu dzieci tuliły się przestraszone w kącie i patrzyły na obcych. Nie wyrwało się nikomu żadne westchnienie, najlżejszy jęk. Dopiero, gdy kazali mu ubierać się, Marianna z rozpaczą przypadła do popielatej marynarki. - Zostawcie go, panie, przecież to nasz żywiciel, patrzcie ile drobiazgu.

Tajniak odepchnął ją brutalnie. Upadła z jękiem na krzesło. Gdy wyszli w mieszkaniu podniósł się szloch.

I nigdy więcej Marianna nie zobaczyła syna żywego.

Głośny płacz matki dobiegł Józka na skraju lasu. Prowadzony przez policjantów szedł szybko (...) Na zakręcie uliczki odwrócił się nagle prędko, by jeszcze raz spojrzeć na rodzinny dom i utrwalić w pamięci postać zawodzącej na progu matki (...) Nie szamotał się w bezcelowych pytaniach: dlaczego ja? I ani przez sekundę nie dręczyło go pragnienie bycia kimś innym...

Czy przewidział, że widzi dom ostatni raz? 

Wiadomość o aresztowania przemknęła przez miasto niczym błyskawica. Wszyscy masowo gromadzili się pod otoczonym policją komisariatem.

- Oddajcie nam Krzosa - krzyczano. Posypały się kamienie. Nastroje uspokoiły się dopiero na wieść, że na stację kolejową w Wierzbniku nadjeżdża pociąg z wojskiem, poza tym oficerskie słowo honoru naczelnika policji, że po przesłuchaniu Józef Krzos zostanie wypuszczony, było dla wielu gwarantem.

- Daję Wam oficerskie słowo honoru, że do szóstej Krzos będzie wolny - rzuca w tłum komisarz Liwski.

 To uśmierzyło nieco ostrość wystąpień. Ba, nawet sami robotnicy radzą Mariannie, by ta ugotowała jakieś śniadanie i zaniosła na komisariat. Nikt nie przypuszcza, że biedną matkę będą odsyłać to tu, to tam nie dając możliwości spotkania z synem.

A gdzieś za drzwiami komisariatu...

Józka powalił na ziemię nieoczekiwany cios (...) nastąpiła seria kopniaków. Potoczył się bezwładnie do drzwi, czuł wyraźnie każde uderzenie mocnych, podkutych butów. Nie miał siły wstać (...) Poczuł w ustach słony smak krwi. Dziwna słabość podcięła ciało. Zemdlał.

Cóż warte było oficerskie słowo? Nic. Naczelnik policji je złamał. Józef Krzos żywy do Starachowic nie wrócił. Skatowanego chłopca policja przewiozła furmanką do Iłży. Nie dano również spokoju steranej życiem, pracą i rozpaczą Mariannie.

- Nachodząc ją w domu podsuwano jej papiery do podpisu, wzywano w tym celu także na komisariat, niczego jednak Marianna Krzos nie podpisała. Potem się okazało, że chcieli mieć dowód na to, że Józek był chory na serce i się na nie leczył. Wzywano ją także do Iłży, ale z kim miała zostawić małe dzieci? Nie pojechała, nie wiedziała nawet, że Józek nie żyje - opowiada dalej Halina Krzos.

W iłżeckim szpitalu zjawił się natomiast brat Józefa,  siedemnastoletni wówczas Jan Krzos - teść mojej rozmówczyni.

- Było to dla niego straszne, traumatyczne przeżycie. W domu rodzinnym Krzosów niewiele mówiło się o historii Józefa. Jego brat, a mój teść bardzo rzadko go wspominał, jeśli już, to zawsze ze łzami w oczach - Halina Krzos również nie umie ukryć wzruszenia.

Jan Krzos - brat Józefa - do Iłży poszedł pieszo.

Na polach zieleniło się już zboże, soczysta ich barwa mówiła o wiośnie, o nowym chlebie. Koło południa zbliżył się do pierwszych zabudowań Iłży (...) Zakurzony i spocony stanął u wrót szpitala.

- Ze Starachowic Józefa Krzosa? Chorego na serce? - zapytał, chociaż przecież w to nie wierzył.

Siwowłosy lekarz popatrzył na chłopaka, otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale zamilkł.

- Tu żadnego chorego na serce nie ma. Trupa przywieźli - rzekł w końcu do młodziutkiego Janka. - Może to ten?

Prosząc o widzenie z bratem dowiedział się od tamtejszego lekarza, że ze Starachowic przywieziono nie człowieka a skatowane zwłoki. I takiego właśnie brata zobaczył niepełnoletni wtedy jeszcze Jan.  Józek leżał zmaltretowany, w brudnym i zakrwawionym ubraniu, z rękami opuchniętymi od tortur, palcami we krwi od wbijanych pod paznokcie szpilek, zmiażdżonymi stopami i dziurami wypalonymi w podeszwach.

Zakatowany dwudziestoletni chłopak.

I znów pieszo, tym razem do Starachowic, pokonał drogę Jan Krzos, by wrócić z powrotem do Iłży furmanką i zabrać ciało. Nie sposób sobie wyobrazić, co czuł ten młody człowiek widząc brata w takim stanie, widząc rozpacz matki i słysząc płacz młodszego rodzeństwa.

Rozpacz i gniew był udziałem także tych, w których obronie Józef Krzos występował. Przed pogrzebem, który odbył się 6 kwietnia 1922 roku, przy przyszpitalnej kostnicy zebrał się tłum, robotnicy oddawali cześć zmarłemu, ale też nie ukrywali targających nimi emocji.

Ludzie ze skupieniem patrzyli na umyte już i odziane w czarne, odświętne ubranie ciało Józka. Stali z odkrytymi głowami, w ich oczach błyszczała zacięta nienawiść. I czasem tylko, niby skurcz, przebiegało uczucie bezsilności (...) W ciemnym kącie kostnicy stała skulona Brodzianka. Stała tak od wielu godzin (...) na jej szare, wytarte paletko spadały pukle kasztanowych włosów. Dziewczyna płakała bezgłośnie, wpatrywała się w zastygłą twarz Józka i szeptała jego imię (...) był jej tak drogi i bliski. 

W odprowadzeniu zwłok na wierzbnicki cmentarz towarzyszyli Józkowi robotnicy ze starachowickich zakładów pilnowani przez policję, która bała się zamieszek. Jednak, jak czytamy w raporcie z przebiegu pogrzebu "po (...) tłum rozszedł się spokojnie do swych domów (...) żadnych ekscesów podczas pogrzebu, jak i po pogrzebie nie było. Policja będąca w pogotowiu znajdowała się w koszarach Komendy Powiatowej. O godzinie 19-tej odjechała rezerwa policyjna do Radomia, Ostrowca i Kielc. Pozostały szkoły z Sosnowca i Częstochowy, rozjadą się w dniu 10.IV. 22".

Cała sprawa odbiła się szerokim echem w ówczesnej Polsce, o Józefie Krzosie pisały gazety. Także w Sejmie pochylono się tą śmiercią. Podczas obrad 27 kwietnia 1922 roku przedstawiona była "w tej sprawie interpelacja posła Antoniego Pączka do PP. Ministrów Sprawiedliwości i Spraw Wewnętrznych w sprawie tragicznej śmierci w ręku władz policyjnych w Wierzbniku robotnika Józefa Krzosa". Cytuję zachowując pisownię oryginalną:

- Opinja publiczna powiatu iłżeckiego i okolicznych jest wysoce wzburzona tym wypadkiem i z naprężeniem oczekuje śledztwa oraz pociągnięcia do odpowiedzialności ewentualnych sprawców śmierci młodego dwudziestoletniego robotnika. Pomimo kilkukrotnego poruszenia tej sprawy w prasie i pomimo mojego listu - memorjału Pan Minister jako najwyższy zwierzchnik naszych organów sprawiedliwości i Pierwszy Prokurator Rzeczypospolitej nie zarządził śledztwa i powtórnej obdukcji zwłok (...) Obowiązkiem Rządu jest całkowite wyjaśnienie tej sprawy - jeśli policja zamordowała człowieka, wykrycie zbrodniarzy i pociągnięcie ich do odpowiedzialności. 

Interpelację złożono 26 kwietnia 1922 roku.

...

Nie była to ani łatwa rozmowa, ani łatwy tekst, ani tym bardziej łatwa historia.

Dziecko, które poszło do pracy, by zapewnić rodzinie byt parę lat później zostaje zamordowane. Bo zawalczyło o rodziny swoich kolegów. Bo odważyło się być odważne. Bo nad rodzinę przedłożyło interes publiczny.

Tak byśmy to dziś ładnie nazwali.

Józef Krzos nie miał może dzieciństwa, ale mógł mieć piękną młodość, miał dziewczynę i plany na przyszłość, mógł dożyć lepszych czasów, a został jedynie bolesnym wspomnieniem, zmarłej w 1969 roku, matki.

- Zabili mojego Józka, zapamiętałam na zawsze te jego okropnie popuchnięte ręce, które zasłaniały połowę jego szczupłego ciała w trumnie - wspomina słowa babci Marianny, Halina Krzos.

Marianna Krzos ostatnie lata życia spędziła w domku piętrowym przy ulicy 9 Maja, zajmując pokój z kuchnią. Mieszkała z synem Władysławem. Źródłem utrzymania była pensja Władysława, który pracował w fabryce, potem jego emerytura. Władze PRL przyznały Mariannie Krzos dożywotnią rentę.

Powrotu swojego brata - Józka - nie doczekało rodzeństwo Zosia, Hania, Jan, wspomniany już Władysław, jego brat bliźniak (prawdopodobnie zmarł dość wcześnie - Halina Krzos nie zna imienia) i Stefan, który zaginął w zawierusze II wojny światowej.

Była w Starachowicach ulica Józefa Krzosa, dziś jej już nie ma. W miejscu domu Krzosów stoi pawilon handlowy. I tylko pamięć nielicznych uparcie pcha historię Józka w przyszłość. Tak naprawdę w całej tej opowieści chodzi o wiedzę. Żeby się z czymś nie zgodzić i czyjeś imię wymazać z pamięci, trzeba najpierw wiedzieć. Z tym bywa różnie.  

 

Fragmenty kursywą pochodzą z książki Marii Wysznackiej "Bliżej świtu" poświęconej postaci Józefa Krzosa.

 

/Aneta Marciniak - przewodnik świętokrzyski/

INNE ARTYKUŁY Z TEGO DZIAŁU
Zapomniany dobroczyńca

2024-02-14

Zapomniany dobroczyńca

Postać Feliksa Sławka być może kojarzą dziś tylko najstarsi starachowiczanie. I może tylko oni oraz pasjonaci - regionaliści nie mieliby problemu z odpowiedzią na pytanie, dlaczego dzisiejsze wzgórze Trzech Krzyży było kiedyś nazywane Górą Sławka. Kilkadziesiąt lat temu wiedzieli to wszyscy mieszkańcy naszego miasta. Także i to, że Feliks Sławek posiada niezwykły dar leczenia. Ten prosty rolnik z powodzeniem składał złamane kości i nastawiał zwichnięte stawy zyskując uznanie zawodowych medyków i dozgonną wdzięczność swoich pacjentów, od których nie brał zapłaty. Jego postać chce przywrócić zbiorowej pamięci  starachowiczanin Wiesław Michałek. Zaproponował władzom miasta, by imieniem Feliksa Sławka nazwać rondo na zbiegu ulic: Radomskiej i Batalionów Chłopskich. A my już teraz przypominany postać zapomnianego dobroczyńcy Starachowic na podstawie informacji ustalonych przez Wiesława Michałka.      
Zgoda króla to był dopiero początek

2024-01-18

Zgoda króla to był dopiero początek

16 stycznia 1624 roku król Zygmunt III z dynastii Wazów wydał dokument zezwalający na założenie miasta Wierzbnik przez opata świętokrzyskich benedyktynów Bogusława Radoszewskiego. Zakon utarł nosa swoim cysterskim konkurentom, którzy zarzucali mu bezprawne przejęcie terenów pod przyszłe osadnictwo. Ale i tak miasto powstało dopiero 33 lata później. A sprzyjające warunki stworzyło ku temu wcześniejsze nielegalne działanie pewnej wdowy. Zapraszamy do lektury intrygującej historii narodzin naszego miasta, przygotowanej przez Pawła Kołodziejskiego, dyrektora Muzeum Przyrody i Techniki w Starachowicach.   
Pamięć o starach

2023-12-01

Pamięć o starach

W Starachowicach nie produkuje się już starów, ale wspomnienie o nich jest tu nadal żywe. Jak się przejawia? Zapraszamy na ostatni odcinek poświęcony naszym ciężarówkom.      
Star 944 i 1466, czyli ostatnie ciężarówki ze Starachowic

2023-11-24

Star 944 i 1466, czyli ostatnie ciężarówki ze Starachowic

Te terenowe pojazdy zaczęły być wytwarzane od 2000 roku. MAN liczył, że zyska na nie stałego odbiorcę w postaci polskiego wojska. Jednak stary 944 i 1466 sprzedawały się tak słabo, że po około 6 latach zniknęły z oferty produkcyjnej. Wraz z nimi skończyła się 58 - letnia historia ciężarówek ze Starachowic.  
Star S 2000, czyli ostatnia rodzina tej marki

2023-11-19

Star S 2000, czyli ostatnia rodzina tej marki

Były to ciężarówki już całkowicie zunifikowane z wyrobami koncernu MAN. Nowy właściciel większości zakładu w Starachowicach zostawił mu jeszcze dawną nazwę, do używania której nabył wyłączne prawo. Star S 2000 zadebiutował pod koniec 2000 roku w 8 wersjach, ale słabe zainteresowanie nabywców przypieczętowało jego los po zaledwie 2 latach produkcji.    
Star 8.125 i 12.155, czyli efekty prywatyzacji

2023-11-13

Star 8.125 i 12.155, czyli efekty prywatyzacji

Pojawiły się w 1998 roku na bazie współpracy nowego większościowego współwłaściciela zakładów Star, czyli Sobiesława Zasady z koncernem MAN. To Niemcy przygotowali stara 8.125 oraz stara 12.155 i tę nowość widać było choćby w nietypowym oznaczeniu numerycznym tych ciężarówek. Zmiany objęły także logo przypominające teraz dwupasmową drogę. I rzeczywiście te samochody wyznaczyły już zupełnie nową drogę funkcjonowania starachowickiej fabryki. 
Star 742, czyli wolnorynkowe kłopoty małej ciężarówki

2023-11-03

Star 742, czyli wolnorynkowe kłopoty małej ciężarówki

Zaproponowano go jako samochód pośredni między dostawczym żukiem a ciężarowym starem 200. Z tego powodu był nazywany popularnie "starachowickim maluchem". Miał jednak pecha, bo zadebiutował w bardzo trudnym momencie: masowego sprowadzania samochodów z zagranicy w ramach początkującego w Polsce wolnego rynku, ale też towarzyszącej tym przemianom drożyzny, masowych zwolnień, strajków i postępującego zadłużenia FSC. Star 742 był świadkiem końca jej istnienia.  
Star 1142, czyli dziecko kryzysu stanu wojennego

2023-10-26

Star 1142, czyli dziecko kryzysu stanu wojennego

Nie był całkowicie nowym samochodem, ale zmodernizowaną wersją stara 200. Powstał pod koniec lat 70- tych, ale wtedy odstawiono go na boczny tor, by wydobyć z zapomnienia po stanie wojennym. Z największym zainteresowaniem star 1142 spotkał się dopiero w latach 90 - tych, gdy dawna FSC, teraz sprywatyzowana, powoli chyliła się ku upadkowi. Był w produkcji do 2000 roku, w którym nowy właściciel zakładu zrezygnował z wytwarzania pojazdów o nazwie star. 
Star 244, czyli hit PGR- ów i baza strażaków

2023-10-20

Star 244, czyli hit PGR- ów i baza strażaków

Szosowo - terenowy star 244 łączył w sobie umiejętność jazdy w trudnym terenie z dużą ładownością. Tę zaletę wykorzystało m.in. socjalistyczne rolnictwo PRL - u. W latach 70 - tych XX wieku ciężarówka stała się bardzo pożądanym pojazdem w Państwowych Gospodarstwach Rolnych. Przez 30 lat była też podstawą wyposażenia straży pożarnej. Wytwarzano ją długo, bo aż do początku XXI wieku.   
Star 200, czyli szosowiec z silnikiem terenówki

2023-10-16

Star 200, czyli szosowiec z silnikiem terenówki

Miał być pierwszym z całkiem nowej generacji starów napędzanych nowoczesnym silnikiem, ale ważniejszy okazał się realizowany dla wojska star 266. "Cywilny" star 200 skorzystał jednak na zmianach, które objęły jego poprzednika. Jeździł na takim samym jak on mocnym silniku, miał bardziej komfortową kabinę i mnóstwo zabudów.