JUŻ W KIOSKU

Ochraniał Jana Piwnika „Ponurego”, znał „Inkę” i był łącznikiem „Łupaszki”

2023-08-26 14:07:42

Ocena:

5/5 | 2 głosów

Pierwszego Niemca zabił w wieku 15 lat, podczas obrony Lwowa. 4 lata później był już w partyzantce świętokrzyskiej, na Wykusie u „Ponurego”, gdzie służył w plutonie ochronnym legendarnego komendanta. Od bujnej blond czupryny obrał swój pseudonim „Leszek Biały”. Następnie łącznik „Łupaszki”, oficer kontrwywiadu i w końcu żołnierz wyklęty, więziony i torturowany przez komunistów. Przeżył wojnę. Obecnie trwa zbiórka na wydanie książki, będącej jego biografią.

Leszek - w pierwszym rzędzie, pierwszy od lewej - zdjęcie z czasów partyzantki świętokrzyskiej. Zostało wykonane 15 sierpnia 1944 r. w okolicach Dębna przez Feliksa Konderko ps."Jerzy" / fotografia pochodzi ze zbiorów Mariusza Barana-Barańskiego

Gdy 22 października 2006 roku na Wykusie otrzymywałam z rąk dra Cezarego Chlebowskiego słynne „Pozdrówcie Góry Świętokrzyskie”, na stronie tytułowej widniała dedykacja autora: „Pani Katarzynie koleżance po fachu z serdecznościami C. Chlebowski”, nie sądziłam wówczas, że będą to poniekąd prorocze słowa. Pomyślałam sobie wtedy: dedykacja miła - dr Chlebowski uwzględnił fakt, że podobnie jak on - z wykształcenia jestem dziennikarzem; stąd określenie „koleżanka po fachu”. Ale poza tym to gdzie mi do takiego pisarza? Przyszłość pokazała jednak, że jak na koleżankę pisarza przystało - ja również napisałam książkę, której tematyka zawsze była bliska sercu pana Cezarego.

Trzy lata później, działając w Stowarzyszeniu Pamięci Świętokrzyskich Zgrupowań Partyzanckich „Ponury-Nurt”, którego prezesem po dziś dzień jest Szczepan Mróz, poznałam Leszka Zahorskiego. Skromny, starszy pan, w prochowcu i berecie na głowie, przyjechał w nasze strony z odległego Donatowa (woj. zachodniopomorskie) na zaproszenie ludzi, którzy doskonale znali jego bojową przeszłość. Przyznam, że ja wtedy nie do końca wiedziałam z kim mam do czynienia. Oczywiście czytałam o nim w książce wspomnianego dra Chlebowskiego. Ale było to zdecydowanie niewiele, tymczasem okazało się, że jego karta bojowa jest tak bogata, że mogłaby posłużyć do napisania nie jednego, ale kilku biografii. Jednym zdaniem: był z niego niezły pistolet.

Właśnie tamten czas - wrzesień 2009 r. - stał się początkiem mojej kilkuletniej znajomości z kapitanem Leszkiem Zahorskim - człowiekiem o niespotykanym wręcz poczuciu humoru, ciepłym, serdecznym, ale i zdecydowanym i stanowczym; z charakterem. Zaowocowała ona dziesiątkami maili, które nauczył się pisać w wieku 85 lat! Mam je do dziś. Opisywał w nich to, co zapamiętał z okresu wojny, a pamięć miał niesamowitą. Dokładnie opowiadał o zdarzeniach dotąd nieznanych i nigdzie nie opisanych, o akcjach, w których brał udział. Jako „ochroniarz” samego Jana Piwnika „Ponurego”, uczestniczył m.in. w wykonywaniu wyroków na kolaborantach, widział na własne oczy efekty pacyfikacji wsi Michniów, jako jeden z czterech żołnierzy w 1944 r. zgłosił się na ochotnika do wykonania wyroku na wyjątkowo bezlitosnym szefie opatowskiego gestapo - Ottonie Schultzu, za co został odznaczony jednym z czterech Krzyży Walecznych, które posiadał obok innych, w tym Virtuti Militari.

Oto fragment jego opowieści dotyczącej słynnego zamachu w Opatowie: „Wcześniej razem z ‹‹Sierpniem›› spacerowaliśmy po Opatowie. W pewnym momencie jeden Niemiec zaczął nas obserwować, a potem szybko oddalił się. Zapytałem ‹‹Sierpnia››: co on się tak na nas patrzy? A ‹‹Sierpień›› mówi - odwróć się Leszek. Ja patrzę, a ja mam cały sten na plecach odbity. O rany boskie! - mówię. A potem mówię: pokaż się, jak ty Zbyszek wyglądasz. Patrzę - tak samo, tylko że on miał odbite empi. No to już wtedy wiedzieliśmy czemu ten Niemiec tak wiał od nas”.

Podkreślić należy, że swoje opowieści - czy to snute przy blasku ogniska na Kropce - miejscu, gdzie kiedyś stał obóz partyzancki, czy pisywane w wiadomościach elektronicznych - pozbawione były pychy, czy bufonady, za to zawierały wiele elementów humorystycznych, jak m.in. ten przytoczony wyżej. Leszek nie „gwiazdorzył”. Kiedyś - jeden z moich kolegów, również zaprzyjaźniony z Leszkiem Zahorskim - Mariusz Gruszczyński, opublikował na Internecie film z jego udziałem. Leszek opowiadał w nim swoje przygody. Gdy bohater nagrania obejrzał je - nie był szczęśliwy. Wówczas padło z jego ust sławne już w naszym gronie: „Za dużo tej mojej chwały w Internecie”. Innym razem, zapytany przeze mnie, czy mogłabym kiedyś opisać jego historię, odpowiedział, że dopiero po jego śmierci. Obiecałam mu wtedy, że tak właśnie będzie. Taki był Leszek. Nie pragnął rozgłosu.

Kiedy w 2014 r. w wieku 90 lat zmarł w szpitalu w Kołobrzegu, pozostawił po sobie ogromną pustkę. W jednej z wiadomości, którą do mnie napisał 3 lata wcześniej, w odpowiedzi na przesłane mu przeze mnie zdjęcie Wykusu, przeczytałam: „(...) MÓJ LAS. DZIĘKUJĘ CI ZA NIEGO! Czytając Twojego bloga i zamyślając się nad pięknem opisującym Twój stosunek do Legendy Wykusu... wiesz co Kasieńko? Czasami odnoszę wrażenie, że jestem dla Ciebie jedynie, żyjącą jeszcze, poruszającą się i jeszcze myślącą... ale tylko, jak gdyby MUMIĄ WYKUSU, na którą trzeba chuchać i dmuchać, aby się JESZCZE nie rozleciała! (...) Wracając jednak do rzeczy: czytając Twój blog; każde Twoje słowo, każde zdjęcie... w sumie tworzy atmosferę przepełnioną GORĄCYM UCZUCIEM i PRAWDĄ... Uczuciem WIERNOŚCI Legendzie Wykusu... i tym trupom co tam leżą. OBY TAK DALEJ DZIEWCZYNKO MOJA CIEMNOGŁOWA. A dla mnie niech pozostanie moje zdjęcie na ścianie któregoś z Twojego pokoju!”.

Oczywiście znalazło się w moim domu miejsce na jego fotografię. Ale pomyślałam wtedy, że to nie wystarczy. To nie może się tak skończyć. Miałam jego błogosławieństwo jeśli chodzi o napisanie książki, posiadałam maile, nagrania video z jego wspomnieniami (zarówno nagrywane przeze mnie jak i innych, interesujących się tą tematyką, którzy mi je przekazali), więc nie pozostawało nic innego jak przystąpić do pracy, a nie była ona łatwa. Leszek chętnie opowiadał o czasach partyzanckich, za to o tym, co działo się po wkroczeniu Armii Czerwonej, nie chciał opowiadać. Twierdził, że z przysięgi złożonej w organizacji WiN, która powstała po rozwiązaniu Armii Krajowej, a do której on wstąpił - nikt go nie zwolnił. Było więc „pod górkę”, ponieważ nawet gdy podzielił się już jakimś wydarzeniem z tego okresu (jak np. zameldowanie przez Leszka Zarządowi WiN o „wsypie” łączniczki „Łupaszki” - „Reginy”, która poszła na współpracę z UB i wydała m.in. swoją koleżankę - „Inkę” - Danutę Siedzikównę) , to nie podawał precyzyjnie dat, czy miejsc, a już na pewno nie podawał nazwisk, czy informacji, o których wcześniej już nie wiedziałabym. W związku z tym, kończąc opisywanie jego przygód w 1945 r., znalazłam się w kropce. Książki o tej tematyce, które przeczytałam, nie wystarczyły. Zastanawiałam się skąd wziąć informacje na temat tego, co działo się z Leszkiem później? Syn Leszka - Rafał Zahorski - nie mógł pomóc, bo ojciec jemu też o tym okresie mało opowiadał. A taka publikacja wymagała konkretów.

Z pomocą przyszła zaprzyjaźniona Redakcja „Gazety Starachowickiej”, w której pracowałam prawie 20 lat temu. Dzięki wnioskowi dziennikarskiemu, jaki podpisał Grzegorz Żyła- Redaktor Naczelny - uzyskałam dostęp do zasobów Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej. Tam po dotarciu do dokumentów, przystąpiłam następnie do dokładnej ich analizy. Była to długa i żmudna praca. Teczka Leszka jak również jego kolegów, z którymi został zatrzymany przez Milicję Obywatelską oraz funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa Państwa w 1947 r., zawierała nieprawdopodobne wręcz informacje, o jakich nie miałam pojęcia jak m.in. to, w jakich okolicznościach poznał tychże kolegów czy też to jak doszło do jego aresztowania 8 sierpnia 1947 r. w Warszawie. Momentami czułam się tak, jakbym sama prowadziła śledztwo, zmierzające do zebrania jak największej liczby materiałów, które krok po kroku, jak kolejne części układanki, pozwalały odbudować zawiłą historię tej niebanalnej postaci. Materiały z IPN obfitowały również w protokoły z licznych przesłuchań, jakim był poddawany przez śledczych z UB. Do dziś się zastanawiam jakim cudem je przeżył... Dzięki tym - również makabrycznym dowodom na bestialstwo służb ówczesnego aparatu władzy, na jakie się natknęłam w warszawskim archiwum - mogłam (choć nie było to dla mnie łatwe) dokończyć to, co zaczęłam.

Publikacja, której historię powstania z grubsza Państwu nakreśliłam, to owoc mojej kilkuletniej przyjaźni z niesamowitym człowiekiem. Miałam to szczęście, że oprócz ustnych przekazów, pozostawił po sobie dziesiątki maili, mających dziś nie tylko dla mnie ogromną wartość historyczną. Wszystkie opisywane w niej sytuacje są autentyczne, sprawdzone w archiwum oraz skonfrontowane z innymi pozycjami książkowymi o tematyce historycznej i co chyba najistotniejsze w tym wszystkim - przedstawione z perspektywy żołnierza. Część rozdziałów została sfabularyzowana, część to cytaty z jego listów pisanych do mnie. Całość dopełniać będą stare fotografie rodzinne Leszka, jak również z późniejszego okresu, gdy był już żołnierzem AK, a także zdjęcia współczesne.

22 czerwca 2024 r. Leszek obchodziłby swoje 100. urodziny. Jednocześnie będzie to 10 rocznica jego śmierci. Książka będąca jego biografią jest na ukończeniu. Mam satysfakcję, bo dotrzymałam danego mu słowa, a moim ostatnim celem jest wydanie jej właśnie w 2024 r. Obecnie trwa zbiórka na wydanie biografii kpt. Leszka Zahorskiego ps. „Leszek Biały”. Bez Państwa pomocy - wsparcia Czytelników interesujących się tematyką żołnierzy Armii Krajowej, żołnierzy wyklętych, nakład będzie znacznie ograniczony, a co za tym idzie - trudniej będzie można wejść w jej posiadanie. Zachęcam więc do wsparcia zbiórki i przyczynieniu się do wydania książki o żołnierzu, który związał swe młode życie z naszym regionem - regionem Starachowic, Wąchocka, Skarżyska-Kamiennej. Informacje o miejscach, w których będzie można nabyć książkę, będą zamieszczane na bieżąco na łamach „Gazety Starachowickiej” jak i w mediach społecznościowych na profilu poświęconym Leszkowi: https://www.facebook.com/marszpamieciimleszkabialego

Link do zbiórki znajdą Państwo pod adresem: https://zrzutka.pl/stng7m

Liczę na Państwa wsparcie, za które z góry dziękuję.

/Katarzyna Kołodziejczyk-Daniłowicz/

kpt. "Leszek Biały" - zdjęcie wykonane w Skarżysku-Kamiennej w 1946 r.

Leszek Zahorski na Wykusie w 2009 r. przy grobie kolegi "Szylinga", który zginął na jego oczach podczas obławy niemieckiej w 28.10.1943 r.

Leszek z kolegami "Jarząbkiem" i "Zduńczykiem" na jednej z warszawskich ulic w 1946 lub 1947 r.

Autorka przy ognisku z bohaterem książki - czerwiec 2013 r. Donatowo

INNE ARTYKUŁY Z TEGO DZIAŁU
Zapomniany dobroczyńca

2024-02-14

Zapomniany dobroczyńca

Postać Feliksa Sławka być może kojarzą dziś tylko najstarsi starachowiczanie. I może tylko oni oraz pasjonaci - regionaliści nie mieliby problemu z odpowiedzią na pytanie, dlaczego dzisiejsze wzgórze Trzech Krzyży było kiedyś nazywane Górą Sławka. Kilkadziesiąt lat temu wiedzieli to wszyscy mieszkańcy naszego miasta. Także i to, że Feliks Sławek posiada niezwykły dar leczenia. Ten prosty rolnik z powodzeniem składał złamane kości i nastawiał zwichnięte stawy zyskując uznanie zawodowych medyków i dozgonną wdzięczność swoich pacjentów, od których nie brał zapłaty. Jego postać chce przywrócić zbiorowej pamięci  starachowiczanin Wiesław Michałek. Zaproponował władzom miasta, by imieniem Feliksa Sławka nazwać rondo na zbiegu ulic: Radomskiej i Batalionów Chłopskich. A my już teraz przypominany postać zapomnianego dobroczyńcy Starachowic na podstawie informacji ustalonych przez Wiesława Michałka.      
Zgoda króla to był dopiero początek

2024-01-18

Zgoda króla to był dopiero początek

16 stycznia 1624 roku król Zygmunt III z dynastii Wazów wydał dokument zezwalający na założenie miasta Wierzbnik przez opata świętokrzyskich benedyktynów Bogusława Radoszewskiego. Zakon utarł nosa swoim cysterskim konkurentom, którzy zarzucali mu bezprawne przejęcie terenów pod przyszłe osadnictwo. Ale i tak miasto powstało dopiero 33 lata później. A sprzyjające warunki stworzyło ku temu wcześniejsze nielegalne działanie pewnej wdowy. Zapraszamy do lektury intrygującej historii narodzin naszego miasta, przygotowanej przez Pawła Kołodziejskiego, dyrektora Muzeum Przyrody i Techniki w Starachowicach.   
Pamięć o starach

2023-12-01

Pamięć o starach

W Starachowicach nie produkuje się już starów, ale wspomnienie o nich jest tu nadal żywe. Jak się przejawia? Zapraszamy na ostatni odcinek poświęcony naszym ciężarówkom.      
Star 944 i 1466, czyli ostatnie ciężarówki ze Starachowic

2023-11-24

Star 944 i 1466, czyli ostatnie ciężarówki ze Starachowic

Te terenowe pojazdy zaczęły być wytwarzane od 2000 roku. MAN liczył, że zyska na nie stałego odbiorcę w postaci polskiego wojska. Jednak stary 944 i 1466 sprzedawały się tak słabo, że po około 6 latach zniknęły z oferty produkcyjnej. Wraz z nimi skończyła się 58 - letnia historia ciężarówek ze Starachowic.  
Star S 2000, czyli ostatnia rodzina tej marki

2023-11-19

Star S 2000, czyli ostatnia rodzina tej marki

Były to ciężarówki już całkowicie zunifikowane z wyrobami koncernu MAN. Nowy właściciel większości zakładu w Starachowicach zostawił mu jeszcze dawną nazwę, do używania której nabył wyłączne prawo. Star S 2000 zadebiutował pod koniec 2000 roku w 8 wersjach, ale słabe zainteresowanie nabywców przypieczętowało jego los po zaledwie 2 latach produkcji.    
Star 8.125 i 12.155, czyli efekty prywatyzacji

2023-11-13

Star 8.125 i 12.155, czyli efekty prywatyzacji

Pojawiły się w 1998 roku na bazie współpracy nowego większościowego współwłaściciela zakładów Star, czyli Sobiesława Zasady z koncernem MAN. To Niemcy przygotowali stara 8.125 oraz stara 12.155 i tę nowość widać było choćby w nietypowym oznaczeniu numerycznym tych ciężarówek. Zmiany objęły także logo przypominające teraz dwupasmową drogę. I rzeczywiście te samochody wyznaczyły już zupełnie nową drogę funkcjonowania starachowickiej fabryki. 
Star 742, czyli wolnorynkowe kłopoty małej ciężarówki

2023-11-03

Star 742, czyli wolnorynkowe kłopoty małej ciężarówki

Zaproponowano go jako samochód pośredni między dostawczym żukiem a ciężarowym starem 200. Z tego powodu był nazywany popularnie "starachowickim maluchem". Miał jednak pecha, bo zadebiutował w bardzo trudnym momencie: masowego sprowadzania samochodów z zagranicy w ramach początkującego w Polsce wolnego rynku, ale też towarzyszącej tym przemianom drożyzny, masowych zwolnień, strajków i postępującego zadłużenia FSC. Star 742 był świadkiem końca jej istnienia.  
Star 1142, czyli dziecko kryzysu stanu wojennego

2023-10-26

Star 1142, czyli dziecko kryzysu stanu wojennego

Nie był całkowicie nowym samochodem, ale zmodernizowaną wersją stara 200. Powstał pod koniec lat 70- tych, ale wtedy odstawiono go na boczny tor, by wydobyć z zapomnienia po stanie wojennym. Z największym zainteresowaniem star 1142 spotkał się dopiero w latach 90 - tych, gdy dawna FSC, teraz sprywatyzowana, powoli chyliła się ku upadkowi. Był w produkcji do 2000 roku, w którym nowy właściciel zakładu zrezygnował z wytwarzania pojazdów o nazwie star. 
Star 244, czyli hit PGR- ów i baza strażaków

2023-10-20

Star 244, czyli hit PGR- ów i baza strażaków

Szosowo - terenowy star 244 łączył w sobie umiejętność jazdy w trudnym terenie z dużą ładownością. Tę zaletę wykorzystało m.in. socjalistyczne rolnictwo PRL - u. W latach 70 - tych XX wieku ciężarówka stała się bardzo pożądanym pojazdem w Państwowych Gospodarstwach Rolnych. Przez 30 lat była też podstawą wyposażenia straży pożarnej. Wytwarzano ją długo, bo aż do początku XXI wieku.   
Star 200, czyli szosowiec z silnikiem terenówki

2023-10-16

Star 200, czyli szosowiec z silnikiem terenówki

Miał być pierwszym z całkiem nowej generacji starów napędzanych nowoczesnym silnikiem, ale ważniejszy okazał się realizowany dla wojska star 266. "Cywilny" star 200 skorzystał jednak na zmianach, które objęły jego poprzednika. Jeździł na takim samym jak on mocnym silniku, miał bardziej komfortową kabinę i mnóstwo zabudów.