JUŻ W KIOSKU

Stasia na Łąkach Miłości

2022-04-15 17:00:00

Ocena:

0/5 | 0 głosów

Niegdyś, kiedy wiosna zalśniła w przezroczu, marzyły mi się bóstwa żywiołów ocknięte, lasów bogi szumiące i przejasne, święte...
Słowa Kazimierza Przerwy Tetmajera same się wprosiły, wpadły z wiosennym pozdrowieniem i zapowiedziały, że one do tych okoliczności przyrody nadają się najlepiej. Gdzież bym śmiała odmówić poecie…

Świętokrzyski Park Narodowy to miejsce, którego nikomu nie trzeba przedstawiać, w sercu Gór Świętokrzyskich tworzy enklawę wszystkiego, co magiczne i zaczarowane. Kryje w sobie także niezwykłe opowieści, te zaś do dziś krążą wśród okolicznej ludności i powtarzane z pokolenia na pokolenie zapadają turystom w serca. Jedną z nich pozwólcie sobie dziś opowiedzieć.

Jest w Świętokrzyskim Parku Narodowym takie miejsce, które wciąż przyprawia o dreszcz niepokoju. Ilekroć tam jestem pajączek strachu pełznie po plecach... włos się lekko jeży… A nazwa tego miejsca jakby przekorna bo piękna i romantyczna. Oto i one: Łąki Miłości.

Wciąż nie wiem, skąd się ta nazwa wzięła, nie znam przewodnika, który by wiedział, stąd też daję sobie pełne prawo do własnych interpretacji. A, że w oparciu o prawdziwą historię?

Mokradła, pomiędzy drzewami wijąca się niewielka struga zwana Czarną Wodą, teren ten wiosną aż roi się od wszelkiego stworzenia, które właśnie tu szuka miejsca na zaloty. Puszy się zapewne ptactwo, tańczy i tokuje, flirtuje ile wlezie, by w końcu dobrać się w pary i wydać na świat potomstwo. Nie na darmo powiada się, że łąki Świętokrzyskiego Parku Narodowego to miejsce wprost wymarzone na romantyczne uniesienia. Stąd też i ta miłość w ich nazwie.

Inna rzecz, że mokradła i dzikie ostępy to idealne schronienie dla wąpierzy, strzyg i rusałek. Czarna Woda może i niewinnie wygląda, może i ledwie jej szmer słychać, ale zbliżać się do niej zbytnio nie radzę. Iść najbezpieczniej jest środkiem drewnianych kładek, które przezorni pracownicy Świętokrzyskiego Parku Narodowego onegdaj tu położyli. W kuluarach Świętokrzyskiego Parku Narodowego mówi się, że jego pracownicy, przewodnicy, przodownicy mieli już dość zaginionych turystów, płci męskiej najczęściej.

Miejsce to więc nieco ludziom nieprzyjazne, trudno sobie wyobrazić, by w jego pobliżu ktokolwiek zechciał zamieszkać. A tak właśnie się dzieje.

Jest kwiecień 1997 roku, umiera Stasia Dziubówna, 75-letnia samotnica z Czarnego Lasu, która przez lata żyła jedynie w otoczeniu zwierząt i przyrody. Stasia znad Czarnej Wody, taka ładna dziewczyna, Czarownica znad Czarnej Wody - tak o niej mówiono i pisano. Jej historia zaczyna się w okolicznym Podgórzu, stamtąd jej dziadka los rzuci do carskiej armii, potem udziałem jego będzie wieloletnia tułaczka po nieprzyjaznej ziemi Azji. Kiedy w końcu wraca w rodzinne strony jest inwalidą z rentą wynoszącą nieco ponad 200 rubli. Wraca, gdy carat parceluje kolejny raz dobra klasztorne Świętej Katarzyny.

Stary Dziuba na mocy obowiązujących przepisów otrzymuje grunt, sam się zresztą o niego upomni. Prawdę mówiąc jest to najgorszy teren, jaki mógł dostać, przyjdzie mu żyć w środku bagiennego lasu przy łące, którą płynie Czarna Woda zasilana potokami z Łysicy.

I stanęła na tym ugorze chata drewniana. I zaczęło się trudne życie, gdzie tylko przy dobrych wiatrach zbierał Dziuba to, co zasiał. Gliniasty, podmokły grunt nie nadawał się do zasiewów, drzewka owocowe, posadzone przy domu, po kilku latach marniały. Zahartowany jednak w trudnych tułaczych warunkach Dziuba nie ustaje w staraniach, do domu dobuduje sobie stajnię, kilka szop, a samą gospodarkę ogrodzi nadając jej iście obronny charakter. Było marnie, ale żyć się dało, do I wojny światowej, kiedy to zabiera go epidemia cholery.

Na gospodarce osiada drugie pokolenie - syn Paweł z żoną Anielą, synami Henrykiem i Aleksandrem, a także córką Stanisławą. Zdaje się, że teraz może być już tylko lepiej, tuż za miedzą ośrodek tartaczny buduje trzydziesto kilometrowy odcinek kolejki wąskotorowej do transportu drewna, a w odległości kilkuset metrów od chaty Dziubów powstaje przystanek Bodzentyn i stają robotnicze baraki. W zasięgu ręki powstaje rezerwat na Górze Miejskiej i Świętokrzyski Park Narodowy. Pojawia się perspektywa pracy, którą daje leśniczy.

Trzyma zatem Paweł Dziuba konia i wóz do transportu drewna, a życie się toczy w rytm kopyt pracowitego siwka. Życie jednak jest przewrotne, jak układa się w gospodarce, to nie układa się w domu. Z domu rodzinnego za żoną wychodzi syn Henryk, gdy wyrwie się z lasu, o czym od zawsze marzy, na ojcowiznę już nigdy nie wróci. Na gospodarce zostaje Stasia i Aleksander.

Przychodzi II wojna światowa, sytuacja gospodarstwa Dziubów będzie dramatyczna, Paweł nie sprosta obowiązkowi dostaw drewna, wpadnie w pętlę pożyczek, do tego wszystkiego dołączy nerwica, a gospodarzenie spadnie na Anielę i Stanisławę. Najmłodszy z synów - Aleksander - domem nie będzie w ogóle zainteresowany. Oczko w głowie matki, wychuchany, nieśmiały, od małego robi wszystko, co chce, a chce wszystko oprócz pracy. Najbardziej lubi jeździć na rowerze i przesiadywać w Bodzentynie.

Szansą rodziny staje się Stanisława - krzepka blondynka, o grubym niczym ramię warkoczu. Bystra, pracowita i szybka, nie da sobie w kasze dmuchać. Co to, to nie. Uzdolniona artystycznie dziewczyna kocha jeździć konno. Długie lata wspominano Stasię lecącą przez pola wierzchem na koniu przystrojonym kwiatami z kolorowej bibułki. Twarda i czupurna, klęła niczym przysłowiowy szewc, jednak w przeciwieństwie do niego mogła kląć przez minutę nie powtarzając dwa razy tego samego słowa. Pod byle pretekstem dawała "w mordę" i kopała, nie bała się nikogo i niczego, była chlubą rodziców. Uważali, ze Stasia poradzi sobie w każdej sytuacji.

Trwa wojna, dla Dziubów to dni chłodu i głodu. W pobliskiej Świętej Katarzynie urzęduje Szuster z oddziałem, który pacyfikuje wsie i miasteczka. Trwa dramat społeczności żydowskiej.

Jest lipcowy zmierzch 1942 roku. U Dziubów cisza, oni wiedzą, że las nie lubi hałasu. Świat powoli ogarnia ciemność, księżyc umyka za chmury, jakby kibicując wszystkim, którzy skrywają się w leśnych ostępach. Gdzieś w oddali odzywa się sowa. Paweł podnosi głowę i spogląda przez brudne okno. Nie zdawało mu się, ktoś przemykał przez podwórko. Gdy wychodzi za próg jego oczom ukazuje się czterech zbiegów żydowskich, to jego dawni znajomi z Bodzentyna. Alter i Moniek Grossmanowie, Abraham Cisowski i Dawid Fisz. Uciekali z obozu pracy przy starachowickiej fabryce amunicji, łyżkami aluminiowymi zrobili podkop pod drutem kolczastym i i cudem niemal umknęli. Zjawili się u Dziubów brudni, zawszeni i głodni. Paweł pomocy nie odmówi, ale nie zatrzyma ich w gospodarstwie, daje narzędzia, by mężczyźni wykopali sobie lesie ziemiankę. Zobowiąże się ich żywić, po strawę mieli przychodzić sami lub miała im ją przynosić Stasia.

Operacja ratowania Żydów nie była bezpieczna, tym bardziej, że w niedalekich od Bodzentyna Celinach już doszło do zmasowanego mordu na 11 żydowskich uciekinierach. Dziubowie się boją, ale pomocy nie odmawiają, czterech żydowskich mężczyzn doczeka w ziemiance jesieni, potem Paweł Dziuba weźmie ich do stodoły, tam przygotuje jamę i tam też ich ukryje. Nie umknie to mieszkańcom Bodzentyna, którzy będą twierdzić, że Dziuba ukrywa starozakonnych, a oni płacą mu złotem. Paweł wie, że nadchodzi "eksmisja" uciekinierów.

Uchodzą w kierunku Łysicy, gdy liście na bukach czerwienieją, a trawy srebrzy szron. W samą porę, bo niedługo potem łąkę Dziubów otaczają służący w niemieckiej formacji "własowcy" i otwierają ogień w kierunku gospodarstwa. Ranią uciekającą Anielę. Stasia Dziuba jeszcze dwa razy odnajdzie Żydów pod wierzchołkiem Łysicy - będzie im tam nosić jedzenie. Co się z nimi później stało? Przeżył na pewno Alter Grossman, o tym jednak za chwilę.

Nie był to koniec plotek.

Po Bodzentynie opowiadano, że Paweł Dziuba dla złota zabił Żydów i pochował ich pod jabłonkami, by te lepiej rodziły. I nie wytrzymał chłop, wziął powróz i powiesił się w stodole. Nie wytrzymała i Aniela, do której przychodzono po podział złota po Żydach, i ona zawisła pod powałą gospodarskiego budynku. Napięcia, plotek i podpalenia gospodarstwa nie wytrzymał i Aleksander Dziuba, rozpił się i po pijanemu wpadł pod koła ciężarówki.

Stasia została sama. Odporna psychicznie dziewczyna zamieszkała w szopie z krową, owcami i kundlem. I tak przez lata całe myła się w strudze i tam prała kijanką bieliznę. Paliła nałogowo i lubiła popić pisze w Opowieściach z Gór Świętokrzyskich Jerzy Fijałkowski, dodając:

- Opiekował się nią leśniczy Kwieciński (...) Otrzymywała miskę albo dwie gorącej zupy i w mroźne noce mogła spać w leśniczówce w kuchni. Dawano jej lekką pracę, wypłacając rzetelnie dniówki. Staśka stanowiła dla turystów nie lada atrakcję.

Gmina Bodzentyn niejednokrotnie chciała zabrać Stasię do domu opieki, ta jednak nie wyrażała zgody. W międzyczasie Stanisławę odnajduje wspomniany Alter Grossman, który przeżył wojnę i osiadł w Kanadzie, pragnąć odwdzięczyć się Stasi za pomoc przesyłał jej w listach dolary. Gdy zmarł, jego dzieło kontynuowała gmina.

Stasia Dziuba czy też Czarownica znad Czarnej Wody stanowiła turystyczną atrakcję na terenie Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Witała turystów gardłując tak, aż po lesie echo szło. Doskonale przepowiadała pogodę i znała się na ziołach. Autor wspominanych Opowieści z Gór Świętokrzyskich wspomina, że kiedyś przywitała go tańcząc po murawie i śpiewając wniebogłosy:

Malowany wózek, malowane kółka, gówno mi zrobicie, bo rządzi Gomułka.

Ponoć przez czas jakiś ukrywała przed wymiarem sprawiedliwości mężczyznę, z którym zaszła w ciążę. On zniknął, ale pozostał jej syn, którego sama w szopie odebrała i przez rok ukrywała. Niepełnosprawny umysłowo chłopiec trafił do zakładu w Łagiewnikach.

Kiedy więc będziecie przemierzać szlaki Świętokrzyskiego Parku Narodowego pomyślcie o Stasi z blond kosem. Może wcale nie opuściła rodzinnego miejsca? Może przegląda się w Czarnej Wodzie nie mogąc nadziwić swej urodzie?

Stanisława Dziuba zmarła w 1997 roku. Znaleziono ją przy tej samej strudze, w której przez lata się kąpała i w której prała. Jest także film ze spotkania z panią Stanisławą, można go obejrzeć na youtube.com - Stanisława Dziuba - wywiad/reportaż - Bodzentyn i okolice.

INNE ARTYKUŁY Z TEGO DZIAŁU
Polskie miłości niemieckiego oficera

2022-04-09

Polskie miłości niemieckiego oficera

Niemiecki mundur, karabin, krzyk, groźby i przekleństwa - ta wojenna rzeczywistość do końca życia będzie się śniła tym, którzy ją przeżyli. Równie długo niemiecki żołnierz kojarzyć się będzie z nieludzkim traktowaniem. Nie bez powodu.
Zaniedbania wierzbnickiego magistratu

2022-04-02

Zaniedbania wierzbnickiego magistratu

Czym żył Wierzbnik w latach 20 i 30? Ano tym, czym my dziś - afery i awantury. Lubiliśmy zaglądać burmistrzowi na podwórko, wytykać błędy, zaglądać do miejskiej kasy. Od jakiegoś czasu korciło mnie, żeby się temu przyjrzeć, a zatem...
Krew, gwałt i pożoga

2022-03-26

Krew, gwałt i pożoga

Oto starachowicki sierpień 44, właśnie wtedy u bram miasta stanął Kałmucki Korpus Kawalerii. Wkraczał brutalnie, końskie kopyta ciągnęły za sobą krwawy ślad z gościńców kieleckiej ziemi.
Duchy starego szpitala

2022-03-19

Duchy starego szpitala

Mówi się, że straszy i może coś w tym jest. Wygląd to jedno, ale można się spodziewać, że do dziś spacerują tam duchy przeszłości. Tkwią w zadumie, dlaczego tak to się musiało skończyć. Stary szpital przy ulicy Radomskiej to pokolenia ludzi, którzy tam się ze światem witali i kolejne, które tam z tego świata odchodziły. Te mury to historia miasta. 
Swawolne MPK, MZK czyli jak mieszkańców trafia szlag

2022-03-12

Swawolne MPK, MZK czyli jak mieszkańców trafia szlag

Skarg na starachowickie MZK jest tyle, że gdyby chcieć na każdą z nich reagować, to co tydzień jedna strona musiałaby być temu poświęcona. Co ciekawe, nie jest to problem tylko dzisiejszego miasta. Czytając stare wydania czy to "Zielonej", czy Budujemy samochody aż się w nich roi od niezadowolonych pasażerów. I tak na przykład...
Głos Jakubowych Dzieci

2022-02-26

Głos Jakubowych Dzieci

Któż by nie chciał zobaczyć burzliwych tańców hory, które napełniały serca radością i szczęściem? Któż by nie chciał zanurzyć się w barwną mozaikę tłumu ludzi wstających o świcie, by oddać cześć Bogu, i zmierzających do codziennej pracy? Słyszycie te unoszące się  w powietrzu dźwięki pieśni i modlitwy, celebrujące dobro i pokój? Odkąd odkrywam tajemnice naszego miasteczka, wciąż połową siebie tkwię w tamtym świecie. I nie, nie tylko w maleńkim i ubogim sztetlu, chociaż to między innymi z niego przecież wyrastamy. Spróbujmy zaprzyjaźnić się z przeszłością, a zatem  ‏שָׁלוֹם עֲלֵיכֶם - szalom alejchem Drodzy Czytelnicy.
Powrót kiły

2022-02-20

Powrót kiły

Niespecjalnie dobra to wiadomość. Oj, nie. Szczególnie, że wciąż dokucza koranawirus, a w powietrzu hula kula czyli omikron. Do rzeczy jednak.  Kiła powróciła....
O dziewczynie, co folksdojczem została

2022-02-17

O dziewczynie, co folksdojczem została

Konformista, sprzedawczyk, zaprzaniec - nikt nie ma wątpliwości o kim mowa, tak nazywano folksdojczów. Wywodzili się z każdego środowiska, mogli być naszym dobrym znajomym, sumiennym pracownikiem, sympatyczną panią z sąsiedztwa. Tak, Starachowice nie były wyjątkiem. Mieliśmy swoich folksdojczów.
Jak gmina o mieszkańców dbała

2022-02-20

Jak gmina o mieszkańców dbała

Dziś mamy same plusy. 500+, 300+, trzynaste i czternaste emerytury, dodatki, ujmowane podatki i inne takie - nie będę w to wnikać, bo akurat w gazecie nie ja się tym zajmuję. Musiałabym zapytać moją koleżankę, a ona strasznie krzyczy, jak ja jej zadaję te pytania. Zresztą nie we współczesności rzecz.
Tajemnicze cienie małego miasteczka

2022-02-12

Tajemnicze cienie małego miasteczka

Dolinę Kamiennej otaczały Łysogóry, z ich stromych stoków spływały wodospady łez, powietrze tu było czyste i wilgotne. Kręta droga wiła się wzdłuż rzeki, prowadziła na niewielkie wzniesienie, z którego widać było popołudniowe dymy osady z jej starymi zagrodami i zapchlonymi psami...