Znaleźć piękno przez sztukę

Spotkania ze znanymi ludźmi

W numerze

Znaleźć piękno przez sztukę

Spotkania ze znanymi ludźmi

Jest naszą krajanką. Na co dzień mieszka w Warszawie, ale przyjeżdża do naszego miasta w odwiedziny. Tym razem gościła, jako reżyser i koordynator spektaklu, który wystawiła w Starachowickim Centrum Kultury. Przedstawienie poprzedzone warsztatami, w którym w rolach głównych zobaczyliśmy młodych starachowiczan, swoją premierę miało 18 lutego, w ramach Poranka Teatralnego.

Katarzyna Bargiełowska w 1987 roku ukończyła wydział aktorski w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej i Telewizyjnej w Łodzi. Do roku 1990 była aktorką etatową w krakowskim teatrze STU. Od wielu lat występuje w polskich filmach i serialach. Ale w sferze jej zainteresowań jest również nauka aktorstwa i fotografia. Prowadzi własne warsztaty, wykłada w szkole aktorskiej, prowadzi koła teatralne w liceach oraz placówkach kultury.

Do Starachowic przyjeżdża, gdyż tu mieszkają jej rodzice. W te ferie przyjęła zaproszenie Starachowickiego Centrum Kultury i zgodziła się poprowadzić warsztaty dla dzieci, w ramach których przygotowała przedstawienie „Baśń o korsarzu Palemonie” wg. Jana Brzechwy. W przerwie między zajęciami zgodziła się porozmawiać z GAZETĄ.

- Pani Katarzyno, spotykamy się w Starachowickim Centrum Kultury, gdzie prowadzi pani warsztaty i przygotowuje przedstawienie, w którym wystąpią młodzi ludzie. Jak się z nimi pracuje, co to będzie za spektakl?

- Jest to trudna praca. W ciągu pięciu dni zrobić warsztaty, to jeszcze nie ma problemu. Ale zrobić w ciągu 20 godzin spektakl, to jest już trudniejsze.

- Dlaczego?

- Zrobić spektakl jest trudno, a zrobić go w tak krótkim czasie z grupą, która pod względem aktorskim zaczyna od tzw. zera jest nie lada wyzwaniem. A do tego dochodzi koordynacja wszystkich pionów. Czyli generalnie spore przedsięwzięcie: począwszy od doboru tekstu, poprzez przydzielenie ról i pracę nad tekstem, opracowanie reżyserskie, wybór podkładu muzycznego, ustalenie scenografii i kostiumów. To są istotne kwestie. Nad spektaklem pracuje się dłuższy czas, konkretne piony już wcześniej zajmują się całą oprawą. To będzie przedstawienie bardzo wizualne, będzie oddziaływać kolorem, światłem, muzyką i ruchem. Skoordynowanie tego wszystkiego jest pracochłonne.

- A jak się pracuje z młodymi adeptami sztuki teatralnej?

- To praca od podstaw. Począwszy od etyki zawodowej, czyli że jak się pracuje nad przedstawieniem, to nie ma mowy, by się spóźniać, rozmawiać podczas prób, opuszczać je albo zapominać wykonać powierzone zadanie. Aktorstwo to gra zespołowa i trzeba o tym pamiętać.

- Nie mieszka pani już w Starachowicach, a wraca tu pani często i z przyjemnością?

- Hmm... Szukam możliwości przyjazdu, bo tu mieszkają moi rodzice. Powodu, by tu być. Zdecydowanie wolę przyjeżdżać w lecie, kiedy jest przyjemnie i zielono. Wtedy wpadam z Warszawy na kilka dni.

- Skąd pomysł by zostać aktorką?

- Nie będę w tej kwestii oryginalna, po prostu zawsze chciałam być aktorką. To było naturalną konsekwencją tego, co chciałam. Teraz, gdy już trochę lat minęło, to inaczej na to wszystko patrzę.

- A gdyby pani miała okazję jeszcze raz dokonać wyboru?

- To myślę, że jednak byłoby to aktorstwo. Ja obrałam taką drogę, jaka dla mojego temperamentu była najlepsza. Twórcy, artysty, kogoś kto kreuje, który potrafi w zespole być, ale nie według szablonów, dlatego też już nie jestem na etacie w żadnym teatrze. Ja się czuję artystką. Aktorstwo jest najbliższe memu sercu, wybrane z pasji i miłości, ale doszła do tego również fotografia, reżyserowanie spektakli, nauczanie aktorstwa. Myślę, że to jest dla mnie najlepsze. Jednak nie ukrywam, że chciałabym więcej grać w filmach, to jest mój żywioł. Zdobyłam stypendium fotograficzne i przez ostatnie trzy lata studiowałam w Warszawskiej Szkole Filmowej. Obok dyplomu aktorki i pedagoga aktorstwa mam również dyplom fotografa.

- Czyli patrzy pani obrazem. Czy to pomaga?

- Ja patrzę tylko obrazem. Jestem kinestetykiem i wyrażam się przez ruch. Patrzę i wiem, gdzie kto ma się poruszyć w kadrze teatralnym czy filmowym.Jak się uczę tekstu, to również zapamiętuję obrazowo. Jestem wzrokowcem i to się przekłada również na fotografie. Ja myślę kadrami. Patrzę na kogoś i wiem, kiedy zrobić zdjęcie. To patrzenie obrazem przekłada się u mnie na każdą dziedzinę sztuki. Na film, na sceny w teatrze.

- Panuje powszechna opinia, że aktorstwo, że bycie artystą to ciężki kawałek chleba, to wyrzeczenia. Gdyby teraz zapytać panią, czy fajnie być aktorką, to co pani odpowie?

- Teraz odpowiedzieć mogę, że jest to ciężki i trudny zawód. Ale jeśli się to kocha, to nie ma innej opcji i kropka. Natomiast, jest to bardzo trudna sprawa z wielu powodów. Artyści to często ludzie nadwrażliwi... A człowiek poddawany jest pewnego rodzaju napięciom, sytuacjom. Trzeba wchodzić w relacje i dlatego nie do końca można być samotnikiem.

- Relacje, wrażliwość, ale chyba też „twardy”...?

- Podobno tak... Ja mam uczucie, że nie mam „twardego”, dlatego... Podobno ludzie się tego uczą, ale niektórzy z tzw. charakteru są ekstrawertykami, głośnymi jaskrawymi ludźmi. Oni może mają łatwiej... nie wiem.

- A trzeba być egoistą?

- W dobrze rozumianym znaczeniu, na pewno... Trzeba się uczyć dbać o siebie.

- Powiedziała pani, że film jest pani bliższy niż teatr. Jak ocenia pani obecne trendy w polskiej kinematografii?

- To chyba mój świadomy wybór, że przestało mnie to trochę interesować. Bo nic specjalnego się nie dzieje. Odnoszę wrażenie, że mamy dwa nurty filmowe. Jeden, kino dla mas - przerzucanie tych samych aktorów z jednej do drugiej produkcji, te filmy są naprawdę o niczym. Na drugim biegunie mamy kino „patriotyczne”, a o to też nie do końca mi chodzi. Owszem, jest grupka filmów innych, offowych, niszowych, ciekawych i odważnych. Ale za mało się na nie stawia... mówi w mediach etc..A te mnie interesują...kino psychologiczne ....o ludziach, ich życiu ....

- A powie mi pani, co sądzi na temat tzw. naturszczyków, ludzi nie po szkołach aktorskich, których pełno w polskich produkcjach?

- Są dwa rodzaje naturszczyków. Tacy, którzy mają taką charakterystyczność, jak na przykład aktorzy z „Rejsu”, którzy mieli i mają niepowtarzalność w sobie. Są takimi perełkami aktorskimi. Ale istnieje inne zjawisko, ludzi, którzy występują w niektórych serialach paradokumentalnych i podobnych tego typu produkcjach. Jeśli tacy aktorzy są brani do seriali czy filmów, to jest to straszne. Ja nie upieram się, że trzeba skończyć szkoły, by pokazać talent. Ale bardzo szybko można stwierdzić, czy ktoś ma podstawy rzemiosła. A oni o tym często nie mają pojęcia... Nie wystarczy tylko wypowiadać kwestie i dobierać miny.

- Pamięta pani swój egzamin do szkoły aktorskiej?

- Bardzo dobrze. Zdawałam do łódzkiej filmówki, gdzie obok normalnych egzaminów dochodziła praca z kamerą, więc trzeba było przygotować etiudy, itp. Bardzo to przeżywałam.Ten egzamin trwał kilka tygodni i miał kilka etapów. Do tej pory jest to dla mnie jeden z wielkich moich osobistych sukcesów: było 250 kandydatek na 8 miejsc przygotowanych dla dziewczyn.

- Czy lata w zawodzie weryfikują postrzeganie sztuki?

- Oj tak...

- 18-letnia Kasia o jakiej roli marzyła, gdy zdawała do szkoły?

- O rolach romantycznych, ale też dramatycznych. Rolach kobiet złożonych, ciekawych. O rolach, gdzie trzeba pokazać mocne emocje.

- A gdyby teraz złota rybka mogła spełnić pani życzenie aktorskie, to u kogo chciałaby pani zagrać, jaka to byłaby rola?

- Nie mam takich życzeń. To co na pewno, gdyby ta złota rybka miała spełnić jakąś prośbę, mówimy o aktorstwie, to chciałabym zagrać w ciekawym filmie czy serialu. Postać interesującą. ..ale nie mam już marzeń związanych z konkretną rolą czy konkretnym reżyserem.

- Nie ukrywajmy, że pani nazwisko w polskiej kulturze zaistniało wcześniej, dzięki postaci pani stryja, też starachowiczanina, Marka Bargiełowskiego. Czy na swoje nazwisko długo pani musiała pracować?

- Ja nie mam poczucia, bym na nie pracowała, bym była rozpoznawalna. Raczej kojarzę się z taką reakcją: „o Kasia, bratanica Marka, z tej rodziny Bargiełowskich”. O sobie nie myślę, że wypracowałam swoją pozycję. Patrząc na siebie myślę tak: to jest Kasia Bargiełowska, artystka, osoba sztuki, która po prostu stara się znaleźć piękno przez sztukę, żyje i zajmuje się uprawianiem sztuki, tego co kocha. Zarabiam w sposób wierny sobie, robiąc to co kocham: ucząc innych aktorstwa, robiąc spektakle, będąc aktorką i będąc fotografką.

- A nazwisko i pozycja stryja Marka przeszkadzała?

- Nie. Ale również i nie pomogła. Ja robiłam swoje, nigdy o nic nie prosiłam, ani się z nim nie konsultowałam. Kiedyś miałam takie pomysły, żeby zrobić coś wspólnego z Markiem Bargiełowskim, jego żoną Marysią Chwalibóg. Ale z drugiej strony, ten mój wewnętrzny dzikus miał wątpliwości, czy powinno się pracować z rodziną.

- Kino europejskie stawia na kobiety dojrzałe, scenarzyści piszą role, a świetni reżyserzy realizują filmy, które zdobywają nagrody. Dlaczego tego trendu nie widać u nas?

- Nie wiem, nie mam pojęcia. Dlaczego tam potrafi się stworzyć film z dojrzałą aktorką, a u nas największą szansę na ciekawą rolę mają aktorki ok.30. do 40. roku życia. Może dlatego polskie kobiety zakładają swoje teatry, robią monodramy, bo ile można czekać na rolę? Jest ubogość ról kobiecych, nie ma pomysłu. Europa pokazuje inną wrażliwość, inne kino. Mam wrażenie, że kładzie nacisk na inne wartości.

- Plany na przyszłość, tą najbliższą?

- Odpocząć...

Anna Ząbecka

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ