Nie poddam się rakowi, muszę żyć dla moich małych dzieci

Pomóżmy pani Ninie

Na okładce

Nie poddam się rakowi, muszę żyć dla moich małych dzieci

Pomóżmy pani Ninie

 

Jej życie do 2016 roku to praca, dom i ukochane dzieci. Jedno badanie zmieniło jednak dotychczasowe postrzeganie świata. Złośliwy nowotwór piersi, chemia, wiadomość o tym, że nie można przeprowadzić operacji, bo pojawiły się przerzuty. Dziś powtarza, że nigdy się nie podda, bo musi żyć.

Nina Kumek ma 42 lata, razem z mężem i dziećmi mieszka w Rudzie. Zanim wykryto u niej raka, codziennie dojeżdżała do pracy w dwóch starachowickich szkołach. Jako nauczyciel - bibliotekarz pracowała w Gimnazjum nr 1 i Gimnazjum nr 2.

- W 2016 roku wyczułam coś w piersi, ale uznałam, że to nic groźnego, że to tylko powiększony gruczoł - zaczyna swoją opowieść pani Nina. - We wrześniu poszłam do lekarza pierwszego kontaktu i rzeczywiście, lekarka potwierdziła, że pierś wygląda dziwnie, dostałam skierowanie na markery.

Badania nowotworowe nic nie wykazały, jednak niepokój nie ustępował. Pani Nina postanowiła wykonać badanie USG, które potwierdziło, że obawy były słuszne.

- Okazało się, że w lewej piersi mam guza, dość dużego, bo 6 - centymetrowego. Doktor Hurej dała mi namiary do lekarza onkologa z Kielc.

26 października ub.r. pani Nina znalazła się w Świętokrzyskim Centrum Onkologii w Kielcach.

- I wtedy zaczęła się cała moja walka - opowiada pani Nina.

Lekarze w Kielcach bardzo szybko rozpoczęli diagnostykę kobiety, wykonano powtórne USG, biopsje cienko i gruboigłową, mammografię i rezonans. 6 grudnia zaaplikowano pani Ninie pierwszą chemię. Dlaczego ta kolejność? Ponieważ guz był za duży, by go operować i należało na początku podać pacjentce chemię.

- Zaczęłam odczuwać ból między żebrami. Nie wiedziałam, czy to tylko moje złudzenie, czy rzeczywiście dzieje się coś niepokojącego. Zlecono zrobienie scyntygrafii kości. Cały czas pobierałam chemię.

Wynik badania brzmiał jak wyrok: przerzuty do kości. Do tego USG ujawniło guz na wątrobie...

- Owszem, było pytanie, dlaczego ja. Ale wtedy jeszcze świat się nie zawalił. Powtarzałam sobie, że ja dam radę, że mam małe dzieci, że muszę walczyć. Załamanie przyszło później - mówi.

Nina Kumek wzięła kilka dawek tzw. czerwonej chemii, co trzy tygodnie. Guzy zaczęły się zmniejszać, i - co zaskakujące - pani Nina czuła się w miarę dobrze w trakcie leczenia. Jedynymi skutkami ubocznymi były wypadające włosy i ogólne osłabienie.

Mimo podawanej chemii okazało się, że nie można przeprowadzić operacji, przerzuty dyskwalifikowały bowiem pacjentkę do zabiegu. Decyzja zapadła rok temu, w okolicy Świąt Wielkiej Nocy w 2017 roku.

- Lekarze powiedzieli, że jestem nieoperacyjna. To zabrzmiało jak wyrok. Od tej pory stałam się pacjentką paliatywną. Dali mi dwa lata życia... To był gwóźdź, który przybił mnie do ziemi. Przecież paliatywnie leczy się kogoś, kto już umiera. A ja tak się nie czułam - opowiada pani Nina.

Zapadła decyzja, że lekarze będą leczyć kobietę, łagodząc objawy. Skonsultowano ją z innymi lekarzami onkologami i wszyscy potwierdzili, że jedyne co mogą zrobić, to podawać kwas zolendronowy, który pomaga uwapnić kości oraz tamoxifen stosowany w terapii raka piersi.

Chwilowe załamanie zostało zastąpione wiarą w to, że nie można się poddawać, że warto żyć, bo jest dla kogo. A pani Nina ma trójkę dzieci i męża. To dla nich postanowiła stawić czoła chorobie.

- Poznałam podczas chemioterapii dziewczynę, która również walczyła z rakiem. Podczas luźnych rozmów mówiła o innej terapii niż leczenia klasycznymi lekami. Nie docierało do mnie, co ona mówi. Dopiero potem, gdy usłyszałam tę najgorszą diagnozę, postanowiłam się z nią skontaktować. Poprosiłam o pomoc. Wcześniej wydawało mi się, że nie potrzebuję tego typu pomocy, takiej terapii...

Nina Kumek skierowała się ku innej medycynie, by walczyć o siebie. Zaproponowane leczenie onkologiczne nie było tym, czego oczekiwała.

- Słowa, że mam dwa lata życia spowodowały, że postanowiłam walczyć o siebie. Że muszę poszukać innej drogi - opowiada kobieta.

Polecono jej leczenie poprzez suplementację witaminami, odkwaszanie organizmu, ziołolecznictwo czy hipertermię.

- Zaczęłam szukać informacji, znajomych prosiłam o sprowadzenie witaminy C z Niemiec lub z Francji. U nas nie ma procedury, by podawać witaminę C do kroplówek z chemią - opowiada pani Nina. - Jeden z lekarzy, po wyszczególnieniu, co powinnam przyjmować, powiedział mi wprost, że wszystko zależy ode mnie, od tego, co w mojej głowie. W walce z chorobą nowotworową ważne jest albo szybkie wykrycie guza i leczenie, albo pozytywne nastawienie i nie poddawanie się chorobie.

Pani Nina jest w trakcie leczenia niekonwencjonalnego. Jednak, jak podkreśla, cały czas korzysta z terapii konwencjonalnej, z leczenia w Świętokrzyskim Centrum Onkologii. Jeśli chodzi o medycynę niekonwencjonalną, to przyjmuje witaminy, mikroelementy, oleje. Zrezygnowała z produktów zawierających cukier. Odstawiła również gluten. Postanowiła, że na razie nie podda się antybiotykoterapii.

- To nie jest łatwe, naprawdę jest ciężko - opowiada pani Nina.

W pewnym momencie na to wszystko zaczęło brakować jej pieniędzy. Produkty żywieniowe trzeba czymś zastąpić, witaminy niedostępne w Polsce trzeba sprowadzić. Oboje z mężem pracują i wydawało się, że pieniędzy wystarczy.

- Przy trójce dzieci, dwójce małych i studentce, przestaliśmy dawać sobie radę. Pomagała nam rodzina, ale przecież im też w pewnym momencie zaczęły kończyć się fundusze. Zdecydowałam, za namową rodziny i przyjaciół, zgłosić się do fundacji.

Okazało się, że nie każda fundacja chce zrefundować terapię niekonwencjonalną. Wybór padł na Fundację Sedeka, która swą siedzibę ma w Warszawie. To ile funduszy będzie na leczenie nie zależy jednak od fundacji, tylko od darczyńców, którzy zechcą wesprzeć panią Ninę w leczeniu.

- Trzeba było założyć organizację pożytku publicznego, na jej czele stanęła moja córka Dominika - opowiada kobieta. - W mediach społecznościowych powstała strona mówiąca o mojej chorobie i walce z rakiem. W ciągu pierwszych czterech godzin od wstawienia posta na Facebooku, wiadomość zobaczyło około 3 tysiące ludzi. To było dla mnie szokiem. Zaczęły się wpłaty na subkonto fundacyjne.

Informacje o zbiórce i chorobie Niny Kumek przeczytali jej znajomi z pracy, uczniowie, sąsiedzi. Każdy chciał pomóc. Pieniądze cały czas są potrzebne, gdyż kobieta finansuje swoje leczenie tylko i wyłącznie z wpłaconych przez dobrych ludzi pieniędzy. Ministerstwo Zdrowia odmówiło refundacji leczenia, odmowę uzasadniający tym że nie finansuje terapii eksperymentalnych.

- Jestem w szoku, że obcy dla mnie ludzie potrafią się zjednoczyć. Że chcą pomagać. Tu, u nas w powiecie, czy też w miasteczku, z którego pochodzę - opowiada pani Nina.

Jeden kurs hipertermii kosztuje około 1 tysiąc złotych, jedna dawka witaminy C to koszt 240 złotych, trzeba ją przyjmować trzy razy w tygodniu, do tego dochodzą sumy za inne suplementy, sprzęt, itp. Jak wyliczyła pani Nina, tygodniowe leczenie to koszt około 2 tysięcy złotych. Rachunek jest prosty, w miesiącu terapia kosztuje 8 tysięcy.

Wyniki pacjentki się poprawiły. Nabrała odporności, parametry krwi się poprawiły. Również guzy się zmniejszyły.

* * *

- Ja mam dla kogo żyć - mówi pani Nina. - Ja mam męża, dzieci, pracę...

Najstarsza córka, 22 - letnia Dominika jest już dorosłą kobietą, wspiera swoją mamę w walce z chorobą. Ale są młodsze dzieci: 13-letni Filip i 9-letnia Ewa, która w tym roku przystąpić ma do Komunii Świętej. Podczas naszego spotkania jedynymi momentami, gdy w oczach pani Niny widzę łzy, są chwile, gdy rozmawiamy o dzieciach. Nie o chorobie, tylko o dzieciach.

- Filip nie chciał rozmawiać, natomiast Ewunia, gdy wypadły mi włosy, podeszła do mnie i zapytała, czy mam raka - głos pani Niny załamuje się na chwilę, a w oczach pojawiają się łzy. - Nikt jej nie tłumaczył, sama wiedziała... I od tamtej pory, cały czas... Ona wiedziała... Ja im powiedziałam, że wyzdrowieję i tej wersji się trzymamy...

Dzieci wspierają swoją mamę w chorobie, choć czasami czują dyskomfort, że się o ich mamie, o nich mówi.

- Ale nigdy nie braliśmy pod uwagę wariantu „B”, że mnie nie będzie... „Mama po prostu wyzdrowieje”... Najfajniejsze dla nich było to, jak mogłam zdjąć czapkę, jak włosy zaczęły mi odrastać. Nie wstydziły się, wychodziły ze mną na spacer...

Państwo Kumkowie starają się żyć normalnie... Teraz skupiają się na nadchodzących feriach i na Komunii Św. najmłodszej pociechy.

* * *

- Nigdy nie wstydziłam się tego, że jestem chora - mówi Nina Kumek. - Wstydziłam się tego, że musiałam poprosić ludzi dobrego serca o pomoc... Jednak to minęło, dzięki ludziom, dzięki ich zaangażowaniu. Teraz wszystkich nie wymienię, ale jest to cudowne. Wszystkim z całego serca chcę podziękować za każdą okazaną pomoc i wsparcie, a nie jestem w stanie wymienić wszystkich, żeby nikogo nie pominąć. Ja zdaję sobie sprawę, że osób, które potrzebują pomocy jest ogrom. Ale może, ktoś będzie miał ochotę pomóc i mnie.

Kobieta powtarza motto, że „jak się pacjent uprze, że chce żyć, to medycyna jest bezsilna”.

- Rak jest towarzyszem w życiu, którego chcemy się pozbyć - mówi pani Nina. - Nie poddam się rakowi, mam dla kogo żyć... Ja wiem, że dam radę!

Pani Nina apeluje o pomoc do ludzi dobrego serca. Pieniądze można wpłacać na konto Fundacji Sedeka, poprzez stronę www.siepomaga.pl gdzie na https://www.siepomaga.pl/ninakumek tam do 22 marca br. trwa zbiórka. Wpłat można dokonać również na konto: Fundacja Sedeka Alior Bank SA 93 2490 0005 0000 4600 7287 1845 Tytułem: 11314 - Grupa OPP - Kumek Nina potrzebuje Waszej Pomocy. Także przekazać 1% w zeznaniu podatkowym podając KRS 0000338389, a w rubryce „informacje uzupełniające - cel szczegółowy 1%” wpisać: 11314 - Grupa OPP - Kumek Nina potrzebuje Waszej Pomocy

(zaz)

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ