reklama

Uchodźcy

Z kart historii miasta (167)

W numerze

Uchodźcy

Z kart historii miasta (167)

 

Wojny to nierzadko ewakuacje, ucieczki czy wypędzenia ludności cywilnej. Nie inaczej było też ze starachowiczanami...

Tak stało się na dużą skalę w roku 1915, w latach Wielkiej Wojny, gdy duża część robotników wykwalifikowanych i rzemieślników została ewakuowana w głąb Rosji. Tak też się stało w 1939 r., na początku II wojny światowej. Powodów ucieczki było kilka. Jednym był strach przed bombardowaniami lotniczymi. Dlatego duża część ludności, a szczególnie kobiety z dziećmi, schroniła się w pobliskich wsiach, u swoich krewnych. Po przejściu frontu starachowiczanie ci zazwyczaj szybko wrócili do domów.

Gorszy los spotkał tych, którzy wyruszyli aż do dalekiego Kowla na Wołyniu... Ale czemu aż tam? Bo według planów władz wojskowych w Kowlu zamierzano uruchomić Zakłady Starachowickie po utracie ziem na zachód od Wisły. Dlatego właśnie tam ewakuowano koleją oraz samochodami niektóre maszyny i dokumentację a część robotników wykwalifikowanych otrzymała polecenie służbowe stawienia się w tym miejscu. Zamożniejsi pojechali swoimi motocyklami. Większość, po paraliżu kolei, udała się tam pieszo.

Wyznaczeni pracownicy uchodząc z miasta zabierali z sobą całe rodziny i dobytek. Trudy wojny, a szczególnie bombardowania dróg i linii kolejowych przez niemieckie lotnictwo sprawiły, że część z nich już nigdy nie wróciła z powrotem. Jedną z ofiar ewakuacji został blisko osiemnastoletni Rysio Fruner. Urodził się 29 IX 1921 r. w Warszawie jako syn Henryka i Władysławy. Rodzina Frunerów przyjechała do Starachowic w poszukiwaniu pracy. Od 1926 r. mieszkali przy ulicy Widok 4 m. 4. Ojciec oraz Ryszard pracowali w Zakładach Starachowickich. Obaj w 1939 r. otrzymali karty ewakuacyjne, polecające zgłosić się im w Kowlu. Na "rajzę", jak wtedy mówiono, wyruszyła cała rodzina: oprócz Henryka i Ryszarda również Władysława z dwójką młodszych dzieci. Wraz z nimi wyruszyli też sąsiedzi Kmieciakowie z trójką dzieci. Rysiek, zapalony harcerz, był gorącym orędownikiem tej wyprawy. Gdy za Bugajem jego młodsza siostra cofnęła się do domu, Ryszard wrócił się po nią i przekonał ją, by ruszyli w drogę. Po latach jej córka, pani Barbara Samojlik powie mi, że mama Ryśka często później powtarzała: "Gdyby Ryszard nie miał karty, nigdy nie wyszlibyśmy ze Starachowic". Niestety, miał... Choć tak nawiasem mówiąc – czy siedemnastolatkowie mogą być wykwalifikowanymi robotnikami?

Po blisko tygodniu wędrówki Frunerowie i Kmieciakowie dotarli w okolice Lublina. Po noclegu u dobrych ludzi we wsi Niedrzwica Kościelna, 11 września rano wyruszyli w dalszą drogę. Niedługo potem nastąpił nalot. Ryszard – zamiast paść na ziemię – stał trzymając swój rower pod drzewem przydrożnym. W pewnym momencie padł jak ścięty. Okazało się, że uderzył w niego duży odłamek bomby lotniczej, który wyrwał mu część pleców. Rysiek zginął na miejscu...

Dzień później odbył się jego pogrzeb. Obecny był tylko ksiądz, grabarz i ojciec. Zrozpaczona i mdlejąca matka nie była w stanie wziąć udziału w pogrzebie. Nie była też w stanie kontynuować ucieczki. Rodzina się rozdzieliła: ojciec wraz z najmłodszym synem poszedł dalej, zaś matka z córką wróciły do domu. Ojciec z synem trafili fatalnie: 17 września Polskę zaatakował Związek Radziecki i całe Kresy znalazły się pod władzą Armii Czerwonej. Wydostać się stamtąd nie było łatwo. Wrócili do domu dopiero na Boże Narodzenie 1939 r...

Adam Brzeziński

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ