Kwiecień: "Jestem pazerny"

Udany rok piłkarza z naszego miasta

Informacje sportowe

Kwiecień: "Jestem pazerny"

Udany rok piłkarza z naszego miasta

Miniony rok zapisze się nieźle w sportowej karierze Bartosza Kwietnia. Wychowanek Juventy Starachowice rozegrał 19 spotkań w Ekstraklasie i okrasił je zdobyciem pierwszej, historycznej bramki. W rozmowie z Gazetą opowiada o początkach swojej przygody z Ekstraklasą, grze w barwach wicemistrza Polski i planach na przyszłość.

Jest jedynym wychowankiem starachowickich klubów piłkarskich, który występuje obecnie na boiskach piłkarskiej Ekstraklasy. Losy Bartosza Kwietnia, który debiut na najwyższym szczeblu rozgrywkowym zaliczył w 2013 roku, wiodły się różnie. Były wzloty i upadki, ale popularny "Kwiatek" udowodnił, że to, gdzie teraz jest, to nie przypadek.Może pochwalić się grą w drużynie aktualnego wicemistrza Polski Jagiellonii Białystok.

Do Korony Kielce trafił wiosną sezonu 2012/2013. Był wtedy niespełna 19-letnim zawodnikiem Juventy, która rywalizowała w III lidze. W drużynie prowadzonej przez Leszka Ojrzyńskiego zadebiutował 26 kwietnia.

- Kiedy trafiłem do Korony, bardzo się cieszyłem i chciałem jak najszybciej zadebiutować w Ekstraklasie. Jednak musiałem na to trochę poczekać. Kiedy w meczu z Pogonią Szczecin wyszedłem w pierwszym składzie, radość była ogromna, choć nie był to debiut udany, bo przegraliśmy. Później jednak nie układało się wszystko jak sobie wymarzyłem. Liczyłem, że będę grał więcej - wspomina Bartosz Kwiecień.

W pierwszym sezonie w Ekstraklasie licznik występów zatrzymał się na 3. Na kolejne minuty w pierwszej drużynie czekać musiał aż do września. Na boisku pojawiał się jako zmiennik i to na ostatnie minuty. Czwarty, a zarazem ostatni w tym sezonie występ w Koronie okazał się bardzo znamienny i na kilka miesięcy zatrzymał rozwój jego kariery. 6 grudnia 2013 roku Korona grała wyjazdowe spotkanie z Piastem Gliwice. Była 90. minuta spotkania, a na tablicy wyników widniał remis 1:1. Hiszpański trener José Rojo Martín "Pacheta" zdecydował się na zmianę, wpuszczając Kwietnia w miejsce Piotra Malarczyka. Kilkadziesiąt sekund później starachowiczanin faulował rywala, za co ujrzał czerwoną kartkę i opuścił boisko. Po tych wydarzeniach, na forach internetowych na zawodnika wylała się fala "hejtu".

- Powiem szczerze, że na początku bardzo się tym przejmowałem. Co prawda po spotkaniu trener Pacheta powiedział mi, że nic się nie stało, ale kibice w internecie pisali, że jestem drewniak i potrafię jedynie faulować. Ja jestem ambitny i chciałem pokazać, że to nie jest prawda i zasługuję na miejsce, w którym się znalazłem. Później jednak nauczyłem się, że takimi rzeczami nie mogę się przejmować - opowiada.

W Kielcach popadł w niełaskę. Szanse na grę miał niewielką, a kierownictwo przestało wiązać z nim nadzieje. Zdecydowano, że zostanie wypożyczony. Trafił do grającego na zapleczu Ekstraklasy Górnika Łęczna. Tam również nie wszystko układało się tak, jak sobie to wyobrażał.

- Całkowicie zmieniłem otoczenie i nie ukrywam, że liczyłem, iż więcej będę grał. Tak jednak nie było. Dopiero wypożyczenie do Chrobrego Głogów pozwoliło mi się rozwinąć, mimo że początki były również ciężkie. Złapałem kontuzję, co nie pozwoliło mi grać. Jednak jak już wskoczyłem do pierwszego składu, to tego miejsca nie oddałem. Nie grałem tylko wtedy, gdy miałem kontuzję albo pauzowałem za kartki - mówi Kwiecień.

Między jednym, a drugim wypożyczeniem minęło jednak 2,5 roku. W międzyczasie wrócił do Korony, ale w pierwszej drużynie zagrał jedynie dwa spotkania. Przydarzyły się także kontuzje. W Głogowie odżył, a przełomowym momentem było wyjazdowe spotkanie z Wisłą Puławy. Kwiecień wpisał się na listę strzelców, a w 90. minucie jego drużyna miała rzut karny. Do piłki ustawionej na jedenastym metrze podszedł właśnie Kwiecień i pewnym uderzeniem zagwarantował swojej drużynie komplet punktów. Z miejsca stał się ulubieńcem kibiców.

- Czułem się wtedy mocny. Nie byłem wyznaczony do tego rzutu karnego, ale zapytałem kolegów czy mogę, trener również się zgodził i podszedłem do tej jedenastki. Pobyt w Głogowie naprawdę dużo mi dał, bo zyskałem jeszcze większą pewność siebie, co na pewno miało wpływ na to, że upomniała się o mnie ponownie Korona - wspomina.

Od tamtych wydarzeń jego pozycja zaczęła być coraz mocniejsza. Koronę Kielce przejął trener Maciej Bartoszek i wręcz zażądał, by skrócić wypożyczenie Kwietnia. W Głogowie nie byli z tego zadowoleni, a w środowisku piłkarskim zrobiło się nie małe zamieszanie. Ostatecznie jednak wychowanek starachowickiej Juventy wrócił do stolicy województwa świętokrzyskiego.

- Z tym transferem było spore zamieszanie, ale wszystko przez mojego menedżera, który żądał dużej prowizji. Jeśli chodzi o kluby, to nie było większego problemu, bo w umowie był zapis, że Korona może to wypożyczenie skrócić, mimo że pierwotnie było zawarte na cały sezon. Ja tego wtedy nie rozumiałem, że mój menedżer żąda pieniędzy za powrót do Kielc. Ostatecznie się rozstaliśmy, a ja wróciłem do Korony. Nie ukrywam, że największy wpływ na to miał trener Maciej Bartoszek, który powiedział, że bardzo chce, bym był w drużynie. Zacząłem grać więcej i zdobywałem jeszcze większe doświadczenie - dodaje B. Kwiecień.

Rzeczywiście zyskał w oczach nowego szkoleniowca. Na boisku od wiosny 2017 roku zaczął pojawiać się częściej i - co równie ważne - wychodził w pierwszym składzie. Ostatecznie w rundzie rewanżowej zaliczył 9 występów, wszystkie w podstawowej jedenastce i aż 7 z nich rozegrał w pełnym wymiarze. Swoją nieustępliwością i sercem do gry odzyskał zaufanie kibiców i stał się nawet jednym z ich ulubieńców. W szatni również miał dobrą pozycję. Nowy sezon rozpoczął w wyjściowym składzie, zagrał 54 minuty. Chwilę później okazało się, że był to jego jak na razie ostatni występ w drużynie Korony. Niedługo przed zamknięciem okienka transferowego upomniała się o niego Jagiellonia Białystok. Zespół wicemistrza Polski przejął Ireneusz Mamrot, który prowadził Kwietnia w Głogowie i to on był wielkim zwolennikiem tego transferu. Wychowanek Juventy podniósł sobie poprzeczkę jeszcze wyżej, a w Kielcach tej informacji nie przyjęto z uśmiechem na twarzy.

- Okoliczności mojego odejścia do Jagiellonii były jakie były, ale nie ukrywam, że ja chcę się rozwijać. Nie mówię, że Białystok to już na zawsze, bo chciałbym kiedyś spróbować swoich sił w jakiejś lidze zagranicznej. Moją wymarzoną ligą jest liga angielska, ale, żeby tam zagrać, to na pewno dużo przede mną schodów do pokonania i to wysokich. Natomiast wracając jeszcze do przenosin do Białegostoku, to na pewno wpływ miał na to trener Mamrot. Nie obawiałem się, że przychodzę do aktualnego wicemistrza Polski i będzie jeszcze większa rywalizacja. W Białymstoku czuję się bardzo dobrze, w drużynie również, ale nie ukrywam, że Kielce i Starachowice cały czas mam w sercu i chyba nigdy nie zamieniłbym tych miast na żadne inne - deklaruje Bartosz Kwiecień.

Na debiut w drużynie z Podlasia musiał czekać do czwartej kolejki. W spotkaniu z Sandecją Nowy Sącz zagrał 7 minut, a jego "Jaga" przegrała na własnym stadionie. Później w meczu Pucharu Polski z Zagłębiem Lubin obejrzał czerwoną kartkę (za dwie żółte). Początki w nowym zespole były trudne, ale z meczu na mecz zyskiwał pewność siebie. Trener Ireneusz Mamrot dawał mu częściej pograć. Na długo zapamięta swój ostatni ligowy mecz. W spotkaniu 20. kolejki Jagiellonia podejmowała Koronę Kielce. Zespół z Podlasia wygrał 5:1, a Kwiecień zdobył historycznego, pierwszego gola w Ekstraklasie. Radości nie eksponował, bo strzelił drużynie, którą cały czas darzy sympatią.

- Radość po tym golu była, ale dopiero na drugi dzień. Na pewno się cieszyłem, bo pierwszy gol w Ekstraklasie to ogromne przeżycie, ale mieszało się ze smutkiem, że to akurat Koronie. W Kielcach czy to w drużynie, czy wśród kibiców nadal mam bardzo wielu znajomych i zawsze będę miał ten klub w sercu. Niemniej na boisku byłem piłkarzem Jagiellonii i grałem o swoje, bo taki jest zawód piłkarza - zapewnia.

Bartosz Kwiecień nie jest jedynym starachowickim piłkarzem, który miał kontakt z Jagiellonią. Z zespołem z Podlasia kilka lat temu kontrakt podpisał także inny wychowanek Juventy Mirosław Kalista, ale nie było mu dane rozegrać nawet jednego meczu w żółto-czerwonych barwach. Nasz rozmówca przyznaje, że ciężko byłoby mu polecić jakiegoś piłkarza z naszego miasta do Jagiellonii, bo ostatnie lata dla starachowickiej piłki nie są udane. Wyraża jednak nadzieję, że lata świetności wrócą wraz z trenerem Arkadiuszem Bilskim, który właśnie przejął Star Starachowice. Wcześniej obaj panowie pracowali w Juvencie i Koronie.

- Na tę chwilę, poza juniorami Juventy, to nie wiem czy kogoś można by polecić, bo poziom piłki nożnej w naszym mieście nie jest najlepszy. Jeśli trener Bilski nie zrobi teraz porządku w Starze, to będzie kiepsko. Ja osobiście trenerowi Bilskiemu zawdzięczam bardzo dużo. To u niego debiutowałem w seniorach, to on wyciągnął do mnie pomocną dłoń, kiedy w Kielcach odesłano mnie po kontuzji do drugiej drużyny. To właśnie z nim i trenerem Kamilem Kuzerą trenowaliśmy ciężko przez pół roku, abym mógł wrócić do jak najlepszej dyspozycji - wspomina piłkarz.

Po kilku gorszych okresach, wreszcie przyszedł dla niego lepszy okres. Bartosz Kwiecień zapewnia, że nadal chce się rozwijać i wyznacza sobie coraz to wyższe cele. Jego marzeniem - jak chyba wszystkich młodych piłkarzy - jest gra w mocnej lidze zagranicznej i reprezentowanie kraju.

- Może to dziwnie zabrzmi, ale jestem pazerny jeśli chodzi o swoją karierę. Chciałbym kiedyś zagrać za granicą czy też w europejskich pucharach. Marzeniem na pewno jest także występ w reprezentacji Polski, ale do tego wszystkiego jeszcze daleka droga. Mnie pozostaje robić to co do mnie należy i codziennie na treningach ciężko pracować. Kiedyś, w przeszłości brałem udział w konsultacjach kadr młodzieżowych i samo założenie stroju treningowego z orzełkiem na piersi jest ogromnym przeżyciem, a co dopiero w dorosłej reprezentacji. Ale marzenia są po to, żeby je spełniać. Na pewno będę walczył o to, żeby cały czas się rozwijać i stawiać sobie nowe cele - deklaruje Bartosz Kwiecień.

(mp)

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ