reklama

Na innych łamach

"Newsweek" nr 35

W polskim internecie jest coraz więcej fałszywych leków. I nikt nie ostrzega, że są śmiertelnie groźne – alarmują Anna Szulc i Marta Widła w "Udawanych lekach".

Na pierwszy rzut oka pseudoapteki nie różnią się wcale od znanych sieciówek, które legalnie handlują medykamentami. "Podobnie jak one mają własne strony, promocje, bonusy, zniżki dla stałych klientów. Nie podają numerów telefonów, zamówienia można złożyć wyłącznie e – mailem. Są w stanie spełnić każde życzenie klienta. W zwykłej aptece nie można dostać bez recepty plastra z fentanylem, sto razy mocniejszego od morfiny. I sto razy groźniejszego. Brany w odpowiednich dawkach oryginalny fentanyl może spowodować u pacjenta silną alergię, duszności, bezdech, obrzęk mózgu, a nawet śmierć. A w sieci? Bez problemu. Przez plastry z fentanylem zmarł niedawno 20 – letni chłopak. Miał tylko nieznośny ból zęba, lekarstwo znalazł w internecie. Przyłożył sobie plaster, poszedł na plażę i umarł" – opowiada farmakolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wiele podobnych nagłych śmierci zostaje niewyjaśniona. Toksykolodzy nie są w stanie sprawdzić, skąd pochodziła śmiercionośna substancja. Dlatego o ofiarach internetowych zakupów słyszy się rzadko. Niestety, Polska stała się rajem dla zorganizowanych grup przemytników z całego świata. Dzięki swemu położeniu jesteśmy świetnym punktem tranzytowym. Ba, rynek zbytu jest u nas bardzo duży. A że Polacy w ogóle lubią podróbki (nie przeszkadzają im fałszywki butów i torebek), dlaczego więc nie mieliby zamawiać także leków? Podróbki leków drogich są zresztą tak precyzyjnie wykonane, że poza najwyższej klasy specjalistami nikt ich nie odróżni. Owszem, substancja czynna, taka jak w prawdziwej tabletce, jest, tyle, że w śladowych ilościach. Niby – aptekom szybko udało się przekonać Polaków do kupowania leków w sieci za pół darmo. Ze względu na zaporową cenę i małą dostępność w legalnej dystrybucji, są najbardziej perfidnie podrabianym towarem! Na przykład nie refundowany w Polsce pewien lek na nowotwór. Jedno opakowanie kosztuje 20 tys. zł, a w sieci - jedyne tysiąc! Chorzy ufają sprzedawcy i dochodzi do tragedii. Żerowanie na lekach nowotworowych to najgorsze z możliwych świństw. Zwłaszcza, że ludziom trudno wytłumaczyć, iż oszuści bywają naprawdę bezwzględni. Liczba podrabianych leków w ciągu minionego roku wzrosła aż czterokrotnie. "Według GIF Polacy wydają dziś na nie ponad 100 milionów złotych rocznie." Na dodatek sprzedaż fałszywych leków jest... bezkarna. Nagłaśnianie problemu nie jest na rękę firmom farmaceutycznym. Boją się, że klienci stracą zaufanie również do oryginalnych produktów. I tak biznes kwitnie. Porównywalny do handlu narkotykami. Bez jakiejkolwiek kary. Sprawy się bowiem zwykle umarza. Handel fałszywkami pozostanie dalej strefą nietykalną. "Nikomu nie zależy na tym, by zadrzeć z mafią, która obraca miliardami złotych i naprawdę nie jest dla niej problemem wynajęcie snajpera. Poza tym naprawdę sprzedawców jest trudno namierzyć."

"Przegląd" nr 29

"Osobliwych katolików znad Wisły" pokazuje prof. Tadeusz Bartoś, rozmówca Roberta Walenciaka. Rośnie, bowiem w Polsce liczba polityków i publicystów coraz mocniej atakujących papieża Franciszka.

Atakują go, lecz nie mówią, dlaczego się z nim nie zgadzają. Funkcjonuje wśród nich przekonanie, że nie wszystko, co papież mówi, jest dogmatem. Polska niezgoda na nauki Franciszka jest odruchem stadnym, rodzajem bezhołowia użyźnionego niewiedzą. Argumenty wszak wymagają kompetencji, także teologicznej, a tej właśnie nie ma. "Wyobraźmy sobie, że grupa fizyków prowadzi dyskusję na temat fizyki kwantowej. I nagle przychodzi pan Gowin i mówi – a ja się nie zgadzam. Dlaczego? Bo nie! Tak to wygląda." Katolicyzmy Francuzów czy Niemców są zupełnie inne. Z zapleczem intelektualnym. Katolicyzm polski jest odbierany na Zachodzie jako sentymentalny, pełen obrzędowej ludyczności. Parafian polski kler traktuje niczym paniska folwarcznych chłopów. W polskim Kościele nie ma żadnej teologicznej dyskusji, są tylko strategie, kalkulacje. To świat machinacji, zresztą jak w Watykanie. "Tam jest źródło tej bezideowości. Rządzi skuteczność, sprawność zarządzania, zachowanie stanu posiadania, dbałość o wizerunek, a nie religijna idea./.../ Bezideowość, która jest obecna w polskim Kościele, jest także wyraźnie cechą polskiej polityki. Są tylko gry taktyczne, do nich używa się idei, które mogą się sprzedać. Obecnie zakłada się, że najlepiej sprzedają się idee radykalne, nacjonalistyczne. Bierze się je więc na sztandar bez jakiejkolwiek refleksji." Dziś centrum katolicyzmu przesuwa się w stronę Ameryki Południowej. Przyszłość katolicyzmu nie będzie się więc rozstrzygać nad Wisłą. Do Polaków powinno wreszcie dotrzeć, że Polska jest tylko niewiele znaczącą prowincją, a nie Chrystusem narodów.

"Nie" nr 29

Prof. dr hab. Tadeusz Wojciechowski, pseud. "Olek", ekonomista, z perspektywy lat "Czarną godzinę "W" widzi inaczej. Po powstaniu trafił z oddziałami AK do niewoli. Przeszedł kilka obozów.

"Wróciłem do kraju w końcu 1945 r., kazano mi pisać wiele zeznań i życiorysów, miałem pewne trudności z rozpoczęciem studiów – ale nikt mnie nie wsadzał do więzienia. Dzisiaj korzystam czasem z nielicznych kombatanckich przywilejów, wpychając się w kolejki do lekarzy, ale nie należę do żadnej z licznie powstałych po ZBOWiD-zie organizacji i nie uczestniczę – poza kontaktem z Muzeum Powstania Warszawskiego – w żadnych globalnych uroczystościach rocznicowych./.../ Nie jestem zachłanny." Jego decyzja o absencji w kombatanckiej społeczności wynika również z faktu, że rodzina zawsze sympatyzowała z lewą stroną sceny politycznej. "A organizacje kombatanckie po 1990 r. zaczęły nadmiernie skręcać w prawo." Denerwuje go ich prawicowa uległość i bierność. Nie podoba mu się, że prowadzi się walkę ze wszystkim, co niektórym prawicowym ortodoksom kojarzy się z komunizmem. Przypomina, jak w jenieckim obozie w Dorsten po sąsiedzku siedzieli żołnierze "od Berlinga". Traktowano ich gorzej, często głodowali. "To – mimo wszelkich różnic – byli jednak "nasi", walczący po tej samej stronie." Tyle, że niektórzy właśnie mają odmienne zdanie. Ciekawi go na przykład, dlaczego Sławomir Cenckiewicz, członek kolegium IPN i czołowy dekomunizator, "uważa , że ponad 8 tysięcy Polaków, którzy zginęli w szturmie na Berlin, jest mniej godnych pamięci niż 5 tysięcy poległych pod Monte Cassino. "Ja byłem w obozie jenieckim z chłopcami z Ludowego Wojska Polskiego, a Pan Cenckiewicz raczej nie." Stąd zniesmacza go obecny proces dekomunizacji nazw, pomników i innych dowodów pamięci. "Polska jest jedynym znanym mi krajem, w którym ostatnio usiłuje się zawracać i zmieniać historię przez niszczenie elementów historycznej pamięci./.../ Nieśmiało sugeruję, żeby dekomunizatorzy – jeśli uznają, że zmianę społecznych poglądów można rzeczywiście uzyskać przez łopatologiczne zmiany nazw – robili to spokojniej, z namysłem i prawdziwie obiektywną oceną./.../ Trzeba tylko uznać, że wszyscy oni wierzyli wówczas w słuszność tego, co robią i byli patriotami. Dopiero z perspektywy czasu widać, że większość się myliła. /.../ Ale to nie znaczy, że trzeba o nich zapomnieć."

"Gazeta Wyborcza" nr 151

Dr. hab. Macieja Gdulę, socjologa, o rozpadające się społeczeństwo w wywiadzie "Gra w klasy", wypytywał Michał Wilgocki.

Przedstawiciele klasy wyższej tych ze średniej robią w bambuko. Ci z kolei z pogardą patrzą na życie "robola". Do klasy wyższej należy w Polsce około półtora miliona Polaków. Posiadany majątek od 1,5 mln zł wzwyż pozwala im nie brać kredytów, nie być zależnymi od pracodawców, a nawet nie przejmować się kiepskim stanem polskiej edukacji czy opieki zdrowotnej. Klasę średnią to denerwuje, lecz niechętnie się do tego przyznaje. Dlatego klasa wyższa się ukrywa. Dzięki temu chroni środki pozwalające jej żyć na wysokiej stopie. W przeciwnym razie wciąż słyszałaby, czy na pewno zasługuje na ową wyższość. "Żyjemy w społeczeństwie, które się rozpada w tym sensie, że znacznie częściej ludzi nie obowiązują reguły wiążące innych. Ukrywając się, można tę dyskusję skutecznie odsunąć." Ludzie nie mają pojęcia, jak wielkie są między nimi różnice ekonomiczne. Jest taka szkoła w Warszawie, w której miesięczne czesne wynosi ... 11 tys. zł. I ma komplet uczniów! Co z tego, że życie ludzi przebiega w ramach tych samych systemów, jeśli majątek pozwala myśleć innymi kategoriami! Członkowie klasy wyższej swojego CV nigdy nie budowali. Albo tworzyli firmę, albo ją dziedziczyli. To frustruje klasę średnią. Niby porządnie żyje, ale bierze kredyty, dobrze się kształci. Tyle, że funkcjonuje na zupełnie innych zasadach. Zakłada, że różnice między nią a klasą wyższą będą niewielkie. " Że jak skończy lepsze studia i będzie więcej pracować, to będzie ją już na wszystko stać. Otóż nie będzie." Klasę średnią frustruje także klasa niższa. Nazywa ją patologią przepijającą 500+. I choć klasa niższa jest najliczniejsza, to nie ona dominuje. "Liczy się nie liczebność, ale dynamika. W wielu społeczeństwach, chociaż robotnicy nie byli wcale dominujący, był popularny pogląd, że zdobędą władzę i przekształcą je w społeczeństwa egalitarne. Działo się tak dlatego, że klasa robotnicza rosła najszybciej. Teraz w Polsce najszybciej rozszerza się klasa średnia, ludzie w niej nie tylko reprodukują, ale także do niej napływają. I dlatego to jej styl życia zaczyna być traktowany jako styl przyszłości." Jak na razie między klasą średnią i niższą istnieje napięcie. Tymczasem gdyby się dogadały, mogłoby dojść do takiej organizacji społeczeństwa, że ludzie nie musieliby brać kredytów na mieszkania, bo problem mieszkaniowy byłby rozwiązywany przez państwo. Że nie musieliby zarabiać na prywatne szkoły dzieci, bo publiczne byłyby na dobrym poziomie. Klasa średnia musiałaby jednak dostrzec problemy klasy niższej. Tym bardziej że do wyższej, nawet więcej pracując, nie dołączy. Jeśli klasa średnia nie dostrzeże tych różnic i możliwości znienawidzi wszystko i wszystkich. Wściekły człowiek zawsze wtedy zagłosuje w wyborach na takiego polityka, który wyrazi jego złość.

"Polityka" nr 34

Polacy są coraz bardziej tolerancyjni wobec finansowych oszustw – dowodzi Joanna Solska w tekście "Oszuści czasem". Co trzeci Polak jest gotów przymknąć oko na nieuczciwe zachowania.

Praca na czarno nie hańbi, zwłaszcza, jeśli ucieka się przed wierzycielami. Aż 29 proc. badanych to rozumie. 27 proc. z kolei akceptuje świadome ukrywanie majątku, a 22 proc. nie widzi nic złego w częstej zmianie rachunku bankowego, by wyprowadzić w pole komornika. Dla instytucji finansowych na świecie największym obecnie zagrożeniem są ataki hakerskie, w Polsce zaś ... ciągle wyłudzenia. Dotknęły one w ubiegłym roku aż 74 proc. badanych firm. "To o 11 pkt. proc. więcej niż rok wcześniej. Na wyłudzeniach sektor finansowy traci krocie. Bankowcom nie śni się jeszcze po nocach młody cyberprzestępca, ale sterany życiem słup kwalifikowany. /.../ Kwalifikowany musi być po przejściach, najczęściej więziennych. Z listą zarzutów prokuratorskich w CV. Umie odmówić współpracy organom, nie daje się zastraszyć, jest nieskłonny do zwierzeń. Słup kwalifikowany na zlecenie zorganizowanej grupy przestępczej wykonać może kilka wyłudzeń, najczęściej na doskonale podrobione dowody osobiste." Jedna z firm pożyczkowych składała zawiadomienie o popełnieniu takiego przestępstwa aż 10 tysięcy razy! Banki spotykają się z tym rzadziej. Jednocześnie rośnie tolerancja Polaków dla posługujących się cudzym dowodem osobistym. Żeby go zdobyć, wcale nie trzeba kraść. Usługodawcy żądają dowodu właśnie w zamian choćby za wypożyczenie sprzętu na urlopie. Łatwo wtedy dokument zeskanować. Pesel podaje się niefrasobliwie przez telefon przy byle okazji. Gdy odezwie się operator sieci komórkowej albo kablówki. Stąd prosta droga do sporządzenia fałszywego dowodu tożsamości. W sieci widać, jak wielu internautów posługuje się cudzymi dokumentami. To ogłaszający się np. "sprzedam anonimowe konto bankowe". Nieświadome niczego osoby nie mają pojęcia o operacjach przeprowadzanych na ich rachunek. Takie konta służą do ukrywania dochodu przed komornikiem, skarbówką etc. Polacy tolerują również oszustwa ubezpieczeniowe – zawyżanie wartości poniesionych szkód. Bo nie uważamy, by towarzystwa ubezpieczeniowe były uczciwe. Ta rosnąca tolerancja dla finansowych oszustw powinna niepokoić. Tyle, że z moralnością banków, ubezpieczycieli i firm pożyczkowych jest ... równie kiepsko.

"Duży Format" nr 26

O "Polsce pszepszczelonej" Krystyna Naszkowska rozmawiała z prof. Jerzym Wildem, z Uniwersytetu Warmińsko – Mazurskiego. Profesor obala mit, że w Polsce pszczoły masowo wymierają.

Pewnie, że co jakiś czas atakuje je choroba roztoczowa, która niszczy całe rodziny, ale w sumie pszczoły dobrze sobie radzą. Jest ich w Polsce jakieś 1,5 mln rodzin. W Stanach Zjednoczonych pszczoły rzeczywiście masowo giną, bo tam istnieje innego rodzaju rolnictwo niż w Europie. Może to wina monokultury, choć naukowcy nie są co do tego zgodni. Co jednak nie znaczy, że z pszczołami nie ma problemów. W tym roku w Polsce w niektórych regionach padło nawet 40 proc. pszczelich rodzin. Bo w kwietniu wróciła zima. Po części też z winy oprysków roślin. "W pełni sezonu połowa pszczół w rodzinie to pszczoły lotne, więc jeśli ktoś dokona takiego oprysku, wytruje wszystkie pszczoły lotne, które decydują o produkcji. Choć "praktycznie" środek był dla nich nieszkodliwy." Dziś pszczelarstwo stało się wędrowne. Pszczelarz nie potrzebuje ziemi. Ule stawia u rolników. Tak się dzieje w całej Europie, stąd mowa o pszepszczelonym kontynencie, nie tylko Polsce. Miód długo był towarem luksusowym. A i dziś nie każdy może sobie nań pozwolić, bo jego cena wzrasta. O wartości produktu decyduje to, czym pszczoły się żywią. "Uczciwy pszczelarz nie dokarmia ich cukrem, cukier daje na zimę, by pszczoły przetrwały. Trzeba kupować miód od świadomego pszczelarza, który ma certyfikat Związku Pszczelarzy, bo to jest gwarancja, że nie dosypywał cukru, a miód powstał z nektaru lub spadzi." Mawia się, że dobry miód jest skrystalizowany. To naturalny proces. "Każdy miód we wrześniu, październiku powinien być skrystalizowany. Poza akacjowym. Tyle, że ludzie wolą płynny miód, czyli patokę. "Lepiej się smaruje, no i przypomina czasy dzieciństwa. Z patoką mamy do czynienia, kiedy miód jest odwirowany z plastrów. Później trafia do pojemników i po jakimś czasie się krystalizuje." Dziś ule stawia się również w mieście, na dachach. Pszczoły odnajdują się w miejskich aglomeracjach. Ba, znajdują rośliny mniej chronione pestycydami niż na wsi. Pszczoły wiejskie są bardziej narażone na działanie chemii. Dlatego na świecie mocno się rozwija hodowla pszczół w miastach.

wybrała /ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ