reklama

Wspięli się na ponad 30 tys. metrów!

28 szczytów w 135 godzin i 35 minut

W numerze

Wspięli się na ponad 30 tys. metrów!

28 szczytów w 135 godzin i 35 minut

Brakło niespełna 10 godzin, by pobić rekord szybkości w wejściu na Najwyższe Szczyty Gór Polski. Podjęły się tego zespoły "Zdobywców" i "Orłów", w których byli nasi mieszkańcy: pochodzący z Parszowa Sebastian Boruń i Krzysztof Szczygieł oraz Mateusz Ferenc z Małyszyna Górnego.

 - Mamy troszkę szalony, a jednocześnie bardzo intrygujący pomysł, polegający na pobiciu rekordu najszybszego przejścia Najwyższych Szczytów Gór Polski - zapowiadali kilka tygodni temu. W niespełna pięć dni, dokładnie mniej niż 125 godzin i 49 minut, chcieli się wdrapać na 28 najwyższych szczytów pasm górskich naszego kraju. Nie tylko z ziemi, ale też z powietrza. Podjęły się tego trzy niezależne zespoły: "Zdobywców", "Orłów" oraz "Radiowców". Na czele pierwszych stał Robert Stachyra, alpinista i podróżnik ze Skarżyska-Kamiennej, który ma już na koncie 6 czterotysięczników w masywie Monter Rosa, najwyższe szczyty Niemiec i Austrii, a nawet najpiękniejszą górę Europy - Matterhorn (4478 m n.p.m.). Towarzyszył mu 16-letni Bartosz Stachyra i 23-letni Mateusz Ferenc z Małyszyna Górnego, który zakochał się w górach dziesięć lat temu i wciąż jest nimi zauroczony. Projekt Korony Gór Polski od dawna chodził mu po głowie. Dlatego, gdy nadarzyła się szansa realizacji marzeń i to z wyjątkową drużyną, nie zastanawiał się, zwłaszcza że z pozostałymi łączą go także więzy rodzinne.

Wsparcie z powietrza zapewniały im "Orły" - drużyna doświadczonych pilotów, motoparalotniarzy, wśród których byli Paweł Boruń, Piotr Krupa (wielokrotny medalista mistrzostw PPGG), Alina Jędrys (złota medalistka Mistrzostw Polski PPGG 2012 ) i mieszkającego w Parszowie Krzysztof Szczygieł. To właśnie oni, z wyłączeniem tego pierwszego, dwa lata wcześniej, o czym pisała GAZETA, przelecieli po przekątnej Polskę, startując z wyspy Uznam a kończąc w Bieszczadach. Tym razem latali między górami, wykonując bogatą dokumentację filmowo-fotograficzną.

W tym samym czasie Jarek Zięba SQ7LQY - krótkofalowiec od 2008 roku, reprezentujący jednoosobowy zespół "Radiowców" nawiązywał łączność z innymi krótkofalowcami w kraju i za granicą, gdy inni w tym czasie zdobywali szczyty. 

Eskapada zaczęła się 29 czerwca, po zbiórce i "przepakowaniach" przy Miejskim Centrum Kultury w Skarżysku-Kamiennej. Stąd cała ekipa, łącznie z Michałem Murawskim, który odpowiadał za sprawy techniczne, ruszyła do Św. Katarzyny. Jeszcze tylko krótka sesja fotograficzna i zegar wyprawy zaczął odmierzać czas, dokładnie o godz. 4.44

                                                Pierwszy dzień zmagań

Pełni woli do walki z przeciwnościami i słabościami, spragnieni przygody "zdobywcy", jasno określili sobie zadanie: wejść w jak najkrótszym czasie na 28 najwyższych szczytów pasm gór Polski, tak zwanej - "Korony Gór Polski". Pierwsza na trasie była Łysica, którą zdobyli już po 26 minutach, o godz. 5.10. Potem zejście do Św Katarzyny i kierunek na Wołosate, gdzie czekała już na nich Tarnica - najwyższy szczyt Bieszczad. Podejście zaczęli o godz. 11.48. Zaraz po wyjściu na szlak przywitał ich deszcz, który zmienił drogę w ślizgawkę. Mimo trudnych warunków, dotarli do celu po równo 70 minutach.

Jeszcze większą pokorą w stosunku do "matki natury", musiały wykazać się "Orły", które ze względu na deszcz zmieniły trasę. Loty na motoparalotniach w takich warunkach nie są możliwe, prawnie wręcz zabronione, a przy tym obarczone dużym ryzykiem. Dlatego nie zapuszczali się dalej, nad piękne Bieszczady z zalewem Solińskim, tylko obrali kurs na Beskid Niski oraz Lackową. Wejście "Zdobywcom" zajęło równo 1 godzinę i 2 minuty. Na szczycie byli o godz. 19.10. O wiele wcześniej przywędrowali tu motoparalotniarze, choć nie bez trudności. Wystartowali ok. godz. 11.30.

- Wiatr mocno pomagał, czasem nawet zbyt mocno, termika leniwie akcentowała swe przebudzenie, w powietrzu huśtawka, utrzymanie aparatu w "puncie" stanowiło nie lada wyzwanie - opowiadał nam parszowianin. - I zaraz pierwsza "niespodzianka": kamera nie działa. Szybko spojrzałem w dół, w kierunku startującego właśnie Piotra, który wyposażył swą "trajkę" w kilka kamer, dzięki czemu mamy wspaniały materiał filmowy.

Po działaniach aero-foto i lotach z bocianami wylądowali w Beskidzie Sądeckim. Szybko przemieścili się pod Radziejową. Ale znów rozpadał się deszcz. Wszystko zaczęło się, więc od nowa. Prognozy... obserwacje... kalkulacje...wyczekiwania... i tak do zmierzchu.

"Zdobywcy" byli na szczycie dokładnie na 17 minut przed północą. Zejście zajęło im ponad godzinę. Kąpiel i sen musiały poczekać, bo wzywały ich już Pieniny i znajdująca się tam Wysoka (1050 m n.p.m.).

                                                             Dzień drugi

Na miejscu byli ok. godz. 3.00 i zaraz po posiłku i spakowaniu plecaków, ruszyli na szlak. Zmęczenie szybko dało o sobie znać, a aura nie pomagała. Niemal przez cały czas wędrowali we mgle. Dopiero przed szczytem pojawiło się słońce, które towarzyszyło im na finiszu.

Po Wysokiej przyszła kolej na... Rysy, cel strategiczny z uwagi na jego wysokość. Pogoda była dość dobra - 18 stopni Celsjusza i słońce, a tylko nad wierzchołkami pojawiały się chmury. Gdy byli przy szczycie rozpadał się deszcz, który przechodził też w śnieg. Wierzchołek spowity był mgłą, która towarzyszyła im także przy zejściu. Na Łysą Polanę dotarli o godz. 18.30, a potem krótka regeneracja w Ośrodku Wczasowym Jaskółka w Zakopanem, gdzie dzięki sponsorowi mogli się odświeżyć i przespać.

Ze względu na trudne warunki nie udało się zsynchronizować ich przejścia przez Rysy z lotem motoparalotniarzy, którzy od razu, gdy nadarzyła się szansa, wynieśli sprzęt i wzbili się szybko do nieba. Boczny wiatr, wąską pochyłą łąkę, spalone starty, przecięte linki, mokre skrzydła, a nawet trawę, jaka pojawiła się w skrzydłach, zrekompensował im widok wspaniałych Tatr, nad którymi przemieszczali się dość spokojnie, delektując chwilą, fotografując i filmując z wysokości ok. 2500 m. n.p.m.

                                                          Dzień trzeci

Po dwóch dniach wojaży, piechurzy mieli przemoczone wszystko. Spali 2,5 godziny, z wyłączeniem Michała od spraw technicznych i Jarka krótkofalowca, którzy zasuwali po korytarzu i wszystko przygotowywali, bo ... Turbacz już czekał. Warunki były znów nieciekawe: zimno, mglisto i wietrznie. W butach dość szybko zachlupotała woda. Szwankowało też oznaczenie. Do schroniska było dość dobre, w potem w znalezieniu wierzchołka przydał się... GPS.

Wraz ze słoneczkiem wróciły humory, które przydały się przy wejściu na Mogielnicę. Została zdobyta o godz. 9.35. Następny miał być Lubomir, skąd nawiązano łączność krótkofalową. Jeszcze tylko wspólne zdjęcie i dalej ruszyli w drogę. Przez błąd nawigacji na Przełęcz Krowiarki pod Babią Górą, dotarli dopiero po trzech godzinach. Nadrobili to jednak na trasie. Łączny czas wejścia i zejścia, określany w przewodnikach na ok. 4 godz., zajął im... dwie. Potem, niestety... padli w drodze na Czupel (922 m n.p.m.) w Beskidzie Małym. Na trasę ruszyli, gdy było już ciemno i zimno. Wędrowali jak gdyby korytem strumienia - wszędzie kamienie oraz wysokie brzegi, co nie było dość komfortowe. Ale cel osiągnęli o godz. 23.15. Potem obrali kierunek na Skrzyczne w Beskidzie Śląskim.

W tym samym czasie motoparalotniarze zdążyli oblecieć już Babią Górę, z pominięciem Parku Narodowego, co wymagało wysokich lotów i "łuku" nad granicą polsko-słowacką z prędkością 130 km/h. Znaleźli też czas na działania "lotniczo - plenerowo - promocyjne", gromadzące wielu obserwatorów i " pomocników", najczęściej dzieci i młodzież..

Dzień czwarty

Dla piechurów zaczął się już ok. godz.2.30, gdy wyruszyli na Skrzyczne (1257 m n.p.m.). Nie pomagała niska temperatura. Ale udało się, o godz. 4.15 zdobyli szczyt, gdzie przywitało ich piękne słońce. A w górze sporo się działo.

- Tuż obok mnie samolot holował szybowiec nad Czupel, z kolei nad Żarem trwały przetasowania szybowców i paralotni - wspomina Krzysztof. - Pode mną awionetka z kursem na Żywiec, a z lotniska podnosiła się właśnie podkarpacka motoparalotnia z Piotrem i Aliną. Było tam wszystko: słońce, piękne krajobrazy i dobre towarzystwo. W takich okolicznościach czas szybko mija i ... paliwa ubywa. Po godzinie lotu i kilkudziesięciu fotografiach, żałowałem, że nie zatankowałem na maksa. Wracając, przyjrzałem się jeszcze olbrzymiej "wannie" na szczycie góry Żar, która na dobre wkomponowała się już w beskidzki aero-krajobraz.

Zdobywcy nie mieli wiele czasu na podziwianie widoków, bo już czekała na nich Biskupia Kopa (889 m n.p.m.) w Górach Opawskich. Poradzili sobie z nią szybko, bo w 30 minut, podczas gdy dojazd do niej zajął im całe 3,5 godz. Potem Kłodzka Góra (765 m n.p.m. Góry Bardzkie), Rudawiec (1112 m n.p.m. w Górach Bialskich) oraz Kowadło (989 m n.p.m. w Górach Złotych).

Zdecydowanie dłużej zeszło im ze Śnieżnikiem (1425 m n.p.m.), gdzie napotkali na drodze, prawdopodobnie wilki. W świetle latarek widoczne były tylko błyszczące oczy około 10 par. Nie bały się ani świateł czołówek, ani hałasu, dlatego zdecydowali przeczekać do świtu w schronisku. Na Śnieżnik wdrapali się więc o godz. 5.30.

Z góry obserwowały ich "Orły". Krzysztof dość szybko dotarł między Rudawiec a Śnieżnik, patrząc jak Piotr mozoli się dopiero po stoku.

- Zrobiłem zwrot w jego kierunku fotografując okolicę i "instalując" kolejny "Mobilny Punkt Widokowy". Wiatr "wyzerował" mi prędkość postępową. I choć było jeszcze wiele do fotografowania i "oblecenia" - odpuściłem całkowicie trymery, "odkurzyłem" belkę "speed-a", wycisnąłem co było można. Zwolniłem lekko manetkę gazu, ustawiłem się bokiem i poleciałem pod wiatr... Bardziej w dół niż do przodu, ale był postęp. Po wykonaniu kilkunastu serii zdjęć, filmu oraz 86 wersji piosenki E. Stachury "Nie rozdziobią nas kruki", szczególnie akcentując słowa: "...ruszaj się Bruno...", doleciałem czy raczej dowlokłem się nad startowisko. Raz jeszcze poszedłem w górę, po kilka fot... Samo podejście do lądowania przypomina trochę trafianie rozłożoną kartką papieru do kosza, albo ucieczkę przed krokodylem - tłumaczył nam Krzysztof. - Wylądowałem łagodnie, a potem "zgasiłem" skrzydło i czekałem na Piotra.

                                                 Dzień piąty

"Zdobywcy" zaczęli od podróży do Poniatowej pod górą Jagodna (977 m n.p.m.) w Górach Bystrzyckich, która już o godz. 10.15 została zdobyta. Szybkie zdjęcie z banerem imprezy i w drogę. Następnym punktem wyprawy była Orlica (1082 m n.p.m.). Żeby wejść na nią potrzebowali jedynie 19 minut. W równie zawrotnym tempie wdrapali się na Szczeliniec Wielki (919 m n.p.m.) w Górach Stołowych. Szybka wizyta w hotelu, prysznic i obiad, a na deser czekała już ...Wielka Sowa (1015 m n.p.m.). Z niej udali się już na Ślężę 718 (m n.p.m.), a potem na Waligórę (936 m n.p.m.) w Górach Kamiennych.

Kiedy wychodzili na trasę było już ciemno, za to dość ciepło i prawie bezwietrznie. Szczytowali tuż przed godz. 23.00. Potem przespali się kilka godzin i "uderzyli" na Chełmiec (851 m n.p.m.) w Górach Wałbrzyskich.

W tym czasie motoparalotniarze podziwiali zakątki, poszerzając też przy okazji dokumentację zdjęciową.

                                                Dzień szósty

Łowcy przestworzy spędzili czas na zacieśnianiu przyjaźni w Kotlinie Jeleniogórskiej, gdzie nie szczędzili im gościnności Agata i Dariusz Pierścińscy, rodem ze Skarżyska-Kamiennej. Gdy przejaśniło się trochę, udali się z gospodarzem na Górę Szybowcową, jedno z najlepszych - a może i najlepsze miejsce do szkolenia paralotniowego i szybowcowego w Polsce.

- Szybko skontaktowaliśmy się z lotniskiem. Bezproblemowo uzgodniłem nasz start, potem lot zapoznawczy - opowiada Krzysztof. - Niewiele światła, tylko chmury deszczowe. Kilka fotografii dokumentalnych... fragment filmu i... szybka ucieczka przed deszczem.

Górscy zdobywcy w tym czasie finiszowali. W niespełna 40 minut zaliczyli Chełmiec. Potem podjęli próbę podbicia Śnieżki (1602 m n.p.m.). Wybrali, niestety, nieczynny szlak i musieli nadłożyć drogi, by dojść do innego. Determinacja była ogromna, bo już przed godziną 10.00 pozdrawiali ze szczytu. Jeszcze tylko Skalnik (945 m n.p.m.) w Rudawach Janowickich, Skopiec 724 m n.p.m. w Górach Kaczawskich i wreszcie ostatni szczyt! Wysoka Kopa (1126 m n.p.m.) w Górach Izerskich, którą zdobyli o godz. 19.10, a równo o godz. 20.19 - Robert, Mateusz i Bartek zeszli ze szlaku i wyłączyli stopper.

Całkowity czas przejścia Najwyższych Szczytów Gór Polski wyniósł 135 godzin i 35 minut. Zabrakło zatem 9 godzin 45 minut do pobicia nieoficjalnego rekordu Polski. Najważniejsze jednak, że osiągnęli cel - weszli na Koronę Gór Polskich i zeszli: cali i zdrowi. Nogi ich nie zawiodły, a w pobiciu rekordu przeszkodziły im tak naprawdę objazdy i korki.

- Same podejścia na szczyty nie przysporzyły trudności. Większość przebiegała planowo. Problemem okazały się jednak polskie drogi i możliwości przemieszczania się pomiędzy poszczególnymi miejscowościami wypadowymi - oceniał na chłodno po powrocie Krzysztof Szczygieł. Grupa przejechała z Gór Świętokrzyskich w Bieszczady, a potem wzdłuż południowej części Polski aż do Karkonoszy.

Najtrudniejsze były nocne podejścia oraz wejście na Rysy w Tatrach. Łącznie wspięli się na wysokość 30 kilometrów, gdyby zsumować wysokość wszystkich szczytów, na które weszli. Podczas zdobywania poszczególnych gór zrobiono tysiące fotografii oraz powstały filmy nakręcone z motoparalotni. Efekty pracy zostaną zaprezentowanie podczas specjalnego spotkania w Miejskim Centrum Kultury w Skarżysku-Kamiennej, gdzie dyrektorem jest parszowianin. Swoją wyprawę wspominają dzisiaj z uśmiechem. Możemy im tylko pogratulować siły i wytrwałości w dążeniu do celu i pokonywaniu własnych słabości.

(An)

 

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ