reklama

W poszukiwaniu szczątków żołnierzy

Coraz bliżej ekshumacji w Wąchocku

Wąchock

W poszukiwaniu szczątków żołnierzy

Coraz bliżej ekshumacji w Wąchocku

Możliwe że wiosną 2013 r. rozpocznie się ekshumacja blisko trzystu żołnierzy Wehrmachtu zabitych w styczniu 1945 r. w lesie w Wąchocku. Prace prowadzić będzie firma Milak, na zlecenie Fundacji Pamięć, która od ponad dwudziestu lat zajmuje się poszukiwaniem Niemców poległych i pochowanych w Polsce. Miejsce, podczas wizji w terenie, wskazał jeden z mieszkańców, który był świadkiem tych makabrycznych zdarzeń.

Mieczysław Tyl, bo o nim mowa, był wówczas dzieckiem, jednak na tyle dużym, by wiedzieć, co się wokół niego rozgrywa, a jednocześnie zbyt małym, żeby móc to wymazać z pamięci. Nadal ma przed oczami tamte obrazy - ciała żołnierzy upchane w dołach, odarte z ubrań oraz godności. Łatwo wskazuje miejsca, w których miało dojść do pochówku. Chociaż pochówek w tej sytuacji wydaje się niezbyt właściwym słowem. Zakopywano ich tak, jak leżeli, w dość płytkich dołach. Pierwszych dziesięciu, tuż przy ulicy, zaraz przy wejściu do lasu. Dwa lata temu dokonano ich ekshumacji. Wystarczyło kilka razy ruszyć łopatą, by zaraz pokazały się pierwsze piszczele, a potem kolejne. W sumie odkopano dziesięć kompletnych szkieletów. W dwóch szczękach szkliły się jeszcze złote zęby. Niektóre czaszki były nietknięte, inne roztrzaskane. Ocalało też kilka nieśmiertelników, z których można było sporo wyczytać, a nawet niewielki pojemniczek z proszkiem do uzdatniania wody, wyprodukowany w 1938 r. Wszystkie kości ułożono w specjalnych metalowych pojemnikach i - jak powiedziano panu Mieczysławowi - przewieziono na niemiecki cmentarz wojskowy w Polesiu koło Puław, gdzie spocząć mają kolejne z wąchockiego lasu...

                                                 Pamięta jak dziś

Wszystko wydarzyło się 17 stycznia 1945 roku . Z rana, jak opowiada pan Mieczysław, na skraju lasu pojawili się pierwsi rosyjscy żołnierze.

- Cała ta strona, po której stoją dziś domy - mówi pokazując na koniec ulicy Tysiąclecia w Wąchocku - była wtedy niczym lotnisko. Cała puściutka, ani jednego krzaczka albo chałupy.  Pamiętam, że tego dnia ojciec mi przywiózł  "dłuboki". To był kawałek drewna, z wydrążoną w środku dziurą na nogę. Wyleciałem na drogę i tak się w nich trochę ślizgałem. W pewnym momencie patrzę: a tu chyłkiem gajowy przeleciał z jednej na drugą stronę. Za nim drugi, a potem trzeci. Myślałem wówczas, że to leśnicy, bo Niemcy mieli inne mundury, a Ruskich wówczas nie znałem. Powiedziałem do taty: ile tu tych gajowych. A on mi na to: synu, to ruskie wojsko, już będzie po wojnie. No i faktycznie... szli tutaj do nas.

- Biedne te chłopaczyny, żaden plecaków nie już nie miał, tylko powiązane na plechach worki, a karabiny na paskach parcianych. W dodatku większość bez butów, tylko w walonkach. A ja filców wtedy jeszcze nie znałem i dziwiłem się bardzo, mówiąc do taty: on ma buty z koca - kontynuuje swoją opowieść mężczyzna.

- Młode były te chłopaczyny i wszystkie pytały: ku dam Berlin? A bo ja to pojęcie miałem? Zaczęli przeskakiwać przez płoty. I kiedy oni tak wychodzili, od strony Lipska szedł oddział Niemców.

- Ktoś ich pewnie tu podwiózł, ale noc wcześniej szedł od Ostrowca taki parowóz z hakiem i rwał wszystkie szpały.  A potem powysadzano mosty, żeby Ruscy nie pędzili ich tutaj. Chcieli kierować się do Skarżyska, pytali kto ma tu konia. Jeden z nich poszedł do domu Ogonowskiego - mówi o jednym z sąsiadów.

-  Musiał to być jakiś oficer, bo buty miał z cholewami. Ale Ogonowski coś się ociągał, a to długo koniowi chomąto zakładał, a to nie mógł go wyprowadzić, aż w końcu zjawili się Ruscy. Gdy Niemiec to zauważył, zaczął uciekać przez pole. Rosły tam krzaczki, ale i tak było go widać. Jeden z Ruskich musiał go zauważyć, bo zaczął strzelać. Ten jednak próbował jeszcze uciekać, ale w pewnym momencie stanął, podniósł ręce do góry i przyszedł tutaj. Wzięli go do jednego z domów. Od razu tam poleciałem, bo mieszkał tam mój dobry kolega.

I tym sposobem, nieświadom niczego stał się świadkiem późniejszych wydarzeń.

                                            Nie sposób wymazać wspomnień

- Jeden z Ruskich zabrał Niemcowi buty, dlatego ten chodził już w owijakach. Widać było, że strasznie się bał - mówił o oficerze Wehrmachtu. - Po jakimś czasie wyprowadzili go z domu. Odeszli może z pięć kroków i strzelili mu w głowę. Z piwnicy wyglądało dwóch Ruskich i zaczęła się strzelanina. Tu zastrzelili jakiś dziesięciu. Niemiec musiał powiedzieć, gdzie ukrywają się inni, bo zaraz zaczęli na nich nacierać. Było już po południu, gdy nadleciały dwa samoloty. Zaczęły rzucać bomby od Wielkiej Wsi. To byli Rosjanie, sami swoich natłukli.  "Siekali" jak leci po lesie. A że wieczór zapadł dość szybko, ci którzy mieszkali bliżej mówili, że jeszcze przez całą noc słychać było jęki, tych co konali. Na drugi dzień z rana Ruscy poszli i wszystkich podobijali.

- Kiedy my tam poszliśmy - opowiada nam pan Mieczysław - większość żołnierzy nie miała już butów czy kapot. A leżeli tak jakoś 2- 3 tygodnie na mrozie, zanim zaczęli ich chować. Na koniec byli całkiem nagutcy, wszystko z nich pościągali. Dziwnie mi było patrzeć, bo jako mały chłopaszek nie byłem zwyczajny oglądać nagich chłopów, w dodatku trupów. Wrzucali ich niczym śledzie, w doły które nie były głębokie.

- Wszędzie zastygła krew, a na polu i na ugorze mnóstwo porozrzucanych papierów i listów. Jak rozmawiałem z tymi, co nosiłkami przynosili ich tutaj z lasu, mówili, że było ich może 200 czy 300. Cały oddział szedł i tutaj został. Dwóch cudem ocalało z tej rzezi. Sami przyszli się poddać.

- Ojciec, razem z takim co mieszkał w lesie, odprowadzili ich do klasztoru, obok którego stacjonowali Ruscy. Było ich tam naprawdę dużo. Później się okazało, że wzięli tych Niemców na bok i zaraz ich rozstrzelali.

Po przejściu frontu, mieszkańcy na polecenie sołtysa, pochowali poległych w czterech mogiłach. Jedna została już odkopana. Trzy pozostałe nadal czekają. Niedawno do domu pana Mieczysława zapukał Przemysław Skibiński z firmy Milak, działającej na zlecenie Fundacji Pamięć, prosząc o wskazanie ich lokalizacji.

- Zajmuję się przygotowaniem dokumentacji poprzez robienie zdjęć oraz szkiców, a także rozmowy ze świadkami tych zdarzeń - powiedział naszej GAZECIE. Bo sprawa ekshumacji mogił w Wąchocku, jest ponoć jedną z priorytetowych.

                                         Ekshumacja jest blisko

- Prawdopodobnie na początku przyszłego roku dojdzie do prac sondażowych - zapowiedział podczas rozmowy.  - Trwają one zazwyczaj dzień. Na miejsce przyjeżdża specjalna ekipa i sprawdza teren z pomocą tzw. piki, która pozwala ustalić, czy ziemia była przekopywana, ale też świdrów, georadarów i innych urządzeń. Jeżeli na coś trafimy, od razu przystępujemy do ekshumacji, bo byłoby wielkim nietaktem z powrotem zakopać szczątki.

W tym przypadku szansa jest duża, jak ocenia Skibiński

- Mamy naocznego świadka, który jest dla nas jak złoto - mówi o panu Mieczysławie, który jak na swój wiek, pamięć ma doskonałą. Z łatwością wskazał lokalizację dwóch mogił, a tylko przy trzeciej musiał chwilę się zastanowić.

- Zazwyczaj jeśli świadkowie się mylą, to na przestrzeni 10-15 metrów. Ale 10-letni chłopiec, jakim był wówczas pan Mieczysław, to już dziecko świadome. A widok trupów leżących w lesie, wbił się mu w pamięć na całe życie. Jeśli z jakiegoś powodu przeprowadzona wizja nie potwierdzi się wiosną, trzeba będzie zrobić kolejną z innymi świadkami, albo informatorami. Na pewno sprawy nie porzucimy - zapewnił Przemysław Skibiński. 

Fundacja Pamięć, która zleciła mu to zadanie, od ponad dwudziestu lat zajmuje się znajdującymi się na terenie Polski mogiłami niemieckich żołnierzy i cywilów. Według źródeł niemieckich, na terytorium Polski zginęło w czasie II wojny św. ok. 500 tys. żołnierzy. Ale informacje na ten temat są nadal ograniczone, zwłaszcza jeśli chodzi o miejsca pochówku. Główne ich źródło stanowi dokumentacja Niemieckiego Ludowego Związku Opieki nad Grobami Wojennymi i polskich władz terenowych, uzupełniana relacjami osób cywilnych, które były świadkami. Na podstawie tych informacji prowadzone są ekshumacje szczątek żołnierskich zwłok, wykonywane przez firmy takie jak Milak, przy udziale przedstawicieli instytucji, określonych w przepisach polskich oraz ekip niemieckich. W ciągu 21 lat (1990-2011) udało się ekshumować blisko 140 tys. osób. Prace prowadzone są systematycznie w całej Polsce; w ubiegłym roku dokonywano ich w trzech obszarach - na zachodzie kraju (woj. lubuskie, wielkopolskie i zachodniopomorskie), na południu (woj. małopolskie, śląskie i opolskie) oraz w centralnej Polsce - w woj. łódzkim i mazowieckim. W tym roku odbywają się bliżej nas, nieopodal Lipska. Wspólne pochówki odbywają się zwykle jesienią - w październiku i listopadzie. Duża część trafia na największy niemiecki cmentarz wojenny w Polsce - w Siemianowicach Śląskich, ale także i inne: w Przemyślu, Mławce, Modlinie, Nadolicach Wielkich, Gdańsku, Puławach, Bartoszach koło Ełku, a także w Glinnej koło Szczecina.

- Chcielibyśmy zaapelować do wszystkich osób, posiadających informacje dotyczące pochówku, choćby jednego niemieckiego żołnierza, o kontakt z Fundacją Pamięć. Posłuży to nam do zrobienia wizji w terenie i przeprowadzenia ekshumacji - mówi Przemysław Skibiński. - Informacje te w żaden sposób nie zostaną wykorzystane przeciwko nim - zapewnił GAZETĘ. 

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ