„Nie chcę być towarem, bo jestem osobą!”

Aktor inny niż wszyscy, na przekór konsumpcyjnego świata

W numerze

„Nie chcę być towarem, bo jestem osobą!”

Aktor inny niż wszyscy, na przekór konsumpcyjnego świata

Pochodzący ze Starachowic Jan Krzysztof Szczygieł, aktor filmowy i teatralny, występujący na deskach teatrów w Łodzi, Radomiu oraz Warszawie, a ostatnio w wielu polskich serialach. Związany z Telewizją Polską, dla której współtworzył i prowadził program katolicki „Znaki Czasu” czy kulturalny „Pegaz”. Kojarzony przez wielu z występami Zespołu Pieśni i Tańca „Mazowsze” oraz „Chóru Aleksandrowa” udzielił wywiadu GAZECIE.  O jego początkach, drodze do kariery, nieustającej fascynacji słowem i ciągłych poszukiwaniach Tego, Który go stworzył rozmawiała Anna Ciesielska. 

- Urodził się Pan w Starachowicach, ale wychował w Ostrowcu. Jak zapamiętał Pan nasze miasto?

- Starachowice są dla mnie miastem urodzenia i pięknych wspomnień. Na ulicy Łąkowej mieszkali moi dziadkowie. Bardzo lubiłem tam spędzać wakacje, szczególnie kiedy w ogrodzie dojrzewały śliwki i winogrona, którymi zajadałem się na „potęgę”, nie bacząc wcale na obiad, który za chwilę będzie (śmiech). Pamiętam też częste kąpiele w pobliskiej rzece Kamiennej, która wije się krętym korytem. Nie wiem czy dziś jeszcze tak jest, ale woda była w niej czysta, a dno bardzo piaszczyste. Jako dziecko nie należałem do tych spokojnych i grzecznych chłopców. Lubiłem „wściubiać głowę” w różne miejsca, szczególnie te najbardziej tajemnicze. Dziś młodzi ludzie mają filmy pełne magii oraz Internet. Dla mnie prawdziwie magiczne były zakazane miejsca w starej kamienicy, w której mieszkali moi dziadkowie. Lubiłem się tam zapuszczać i szukać ciekawych, starych przedmiotów, które miały swoją historię. Podobnie jak pytać dziadka Stanisława o jego życie oraz działalność w AK, ale nie był za bardzo skory do odkrywania przede mną tych kart swojej historii.

- Czemu właściwie zainteresował się Pan aktorstwem?

- Nie ma w życiu przypadków, moje spotkania z krakowską aktorką Anną Lutosławską pod koniec lat 80- tych XX wieku, nie były też przypadkowe. Choć w tamtym czasie bardziej myślałem o tym, by zostać krytykiem literackim, niźli aktorem. Jako nastoletni człowiek, lubiłem czytać „Życie literackie” i „Politykę”. Wtedy była to jeszcze wielka rozmiarowo gazeta, a jej czytanie sprawiało spore trudności z uwagi na rozmiar kartek. Najbardziej lubiłem czytać artykuły oraz recenzję wydarzeń teatralnych. Ale to właśnie spotkania z Anną Lutosławską spowodowały, że gdy zadała mi pytanie czy nie chciałbym zdawać na wydział aktorski do PWST w Krakowie, chętnie na to przystałem, choć złożyłem również papiery na Uniwersytet Jagielloński na filologię polską, gdzie wydział krytyki teatralnej miał się dopiero tworzyć. Nigdy jednak nie poszedłem na egzaminy, bo teatr pochłonął mnie prawie bez reszty. Nie dostałem się na PWST w Krakowie, zabrakło mi punktów. Ale rektor Jerzy Trela zaprosił mnie wtedy do gabinetu na rozmowę i zapytał, czy nadal interesuje mnie teatr? Odpowiedziałem, że tak. Zaproponował mi wtedy spotkanie w Teatrze Starym z Henrykiem Majcherkiem, który właśnie został dyrektorem Teatru Dramatycznego w Elblągu. A Henryk z kolei -  angaż adepta. Po roku spędzonym w Elblągu startowałem do PWSFTViT w Łodzi, prof. Jan Machulski przyjął mnie na swój rok. I tak się to wszystko zaczęło...

- Jak wspomina Pan swoją pierwszą rolę?

- Myśląc o pierwszej roli powinienem przywołać chyba „Zemstę” A. Fredry w Teatrze w Elblągu, ale tak naprawdę uznaję za nią rolę Ian’a Brady w Preparadise, Sorry Now de R.W. Fassbinder w Teatrze Studyjnym w Łodzi. Zagrałem ją będąc jeszcze studentem II roku Wydziału Aktorskiego łódzkiej „filmówki”. Rola bardzo trudna. Ian Brady był obsesyjnie zauroczony nazizmem. Wejście w postać maniakalnego mordercy nie należało do łatwych. Był to nowatorski spektakl z genialną scenografią Grzegorza Małeckiego, który był jednocześnie reżyserem. Pamiętam, że łódzka publiczność nie przyjęła go z entuzjazmem. Dziś odebrany byłby pewnie inaczej. Wtedy widzowie nie byli jeszcze gotowi na przyjęcie takiej historii, tak myślę..

- Występował Pan w Teatrze Dramatycznym w Elblągu, w czasie studiów - w Teatrze Powszechnym i Studyjnym w Łodzi. A potem można było Pana zobaczyć na deskach Teatru Powszechnego im. Kochanowskiego w Radomiu czy wreszcie Teatru na Woli. W którym z nich grało się Panu najlepiej?

- Każde z tych miejsc było dla mnie fascynujące, a przede wszystkim związane z innym etapem mojego życia. W każdym momencie człowiek patrzy na świat nieco inaczej i każde wspomniane miejsce niosło ze sobą nowe tajemnice, nowych ludzi i nowe wyzwania. Nie potrafię określić, że któreś z nich było wyjątkowe. Na pewno każde na własny sposób. To tak jak spotkanie z człowiekiem, każdy ma w sobie inny ładunek i inną fascynację.

- W takim razie którą ze swoich kreacji uważa Pan za najbardziej udaną?

- O to najlepiej zapytać widzów, ale jeśli pyta Pani, którą najbardziej lubiłem, to mogę wymienić dwie, z Antoniego Czechowa: Wujaszek Wania - Wojnicki i Trigorin z Mewy. Czechow do dziś pozostał dla mnie wyjątkowy, z uwagi na kształt psychologiczny postaci oraz ich głębię. Można by rzec, że wychowałem się na Czechowie. Przez wszystkie lata w szkole, na każdym roku mierzyłem się z jego bohaterami.

- O jakiej roli marzy Pan dziś?

- Z mojego punktu widzenia i czasu kiedy zadaje mi Pani to pytanie, muszę powiedzieć - choć  zabrzmi to może trochę dziwnie - że nie mam marzenia zagrania jakiejś wielkiej postaci z literatury światowej. W głowie powraca mi jedno zdanie zasłyszane na zajęciach w łódzkiej „filmówce” -  nie ma małych ról, są tylko mali aktorzy (uśmiech). Chciałbym spotkać się z dobrym reżyserem, dla którego aktor jest bardzo ważnym czynnikiem w sztuce. Chciałbym mieć wystarczająco dużo czasu na przygotowanie roli i chciałbym, by była to rola o wielkich możliwościach przemiany na scenie, o możliwościach wydobycia i z roli, i aktora pełnego spektrum osobowości ludzkiej. A to możliwe staje się wtedy, gdy wszystkie okoliczności i ludzkie, i techniczne na to pozwalają.

-  Można już było Pana zobaczyć w kilkudziesięciu filmach oraz serialach, tj. „Ojciec Mateusz”, „M jak miłość”, „Szpilki na Giewoncie”, „Układ Warszawski”, „Na dobre i na złe”, „Weekend” czy „Skorumpowani”. Którą z tych serialowych ról wspomina Pan dziś najlepiej?

- Jak już wspomniałem, każde doświadczenie roli, nowego planu filmowego przynosi spotkanie z innymi ludźmi, inaczej myślącymi i każde jest ciekawe. W szkole grałem wiele ról w etiudach czy to reżyserskich, czy operatorskich. Miały one inny wymiar niż pierwsza rola Andrzeja Pawelca w obsypanej nagrodami „Samowolce” w reż. Feliksa Falka na dużym ekranie. Etiudy były robione przez kolegów - studentów, często bardzo utalentowanych, ale rola w filmie fabularnym, i spotkanie z doświadczonym reżyserem to przecież nie lada gratka. Byłem wtedy studentem II roku, bardzo zresztą podekscytowanym. Pamiętam, że zdjęcia robiliśmy zimą, w podwarszawskiej jednostce wojskowej. To był mój debiut, który noszę do dziś w swojej pamięci. Jak wspomniałem, każda rola to doświadczenie, spotkania z kolegami aktorami i reżyserami. W 2011 roku spotkałem się z młodym reżyserem podczas kręcenia filmu reklamowego. To był Tadeusz Śliwa. Wspominam tę pracę bardzo dobrze. Współpraca układała się znakomicie, a to co najbardziej zapadło mi w pamięć, to jego praca z aktorem. Lubię reżyserów, którzy poświęcają jej dużo czasu. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze spotkamy się w pracy z Tadziem. W szkole filmowej miałem podobne doświadczenia z prof. Grzegorzem Królikiewiczem i z prof. Henrykiem Klubą, do którego chodziłem jako słuchacz na zajęcia z reżyserii.

- Dał się Pan poznać także jako prowadzący w TV 4 program „Wokanda” oraz „Znaki Czasu” w TVP 2. W „Pegazie” realizował Pan reportaże i felietony. To trochę odmienne zajęcie jak na aktora...

- Ależ nie. W „Znakach Czasu” byłem prowadzącym program. To jest zadanie aktorskie, jak każde inne. Mam do zagrania rolę pracownika TVP i prowadzącego, przygotowuję się do niej, by wypaść jak najlepiej. Daje to również dużo możliwości kreacyjnych, podobne do tych, które ma realizator, czy reżyser. Każde z tych zajęć ma w sobie duży potencjał artystyczny. Przygotowanie reportażu czy filmu dokumentalnego jest także procesem twórczym, połączonym z zarządzaniem ludźmi, bądź nieco innymi relacjami. Tu muszę się dogadać dobrze z operatorem zdjęć i z montażystą, by wspólnie tworzyć dzieło - podobnie jak wspólnie tworzy reżyser z aktorem.

- Mówi Pan często o sobie, że ma ogromną pasję bycia trenerem. Co takiego pociąga Pana w tym zajęciu?

- Zajęcie podobne do bycia reżyserem. Wydobywanie z ludzi ich potencjału, uświadamianie im ich talentów i możliwości, bycie inspiratorem w ich procesie dojrzewania - to jest genialne! Jeśli oni się na to zgadzają i jeśli - jak aktor - otwarcie idą na tę współpracę. Mam zawsze w tych działaniach wielki entuzjazm. Entuzjazm dzielenia się swoimi umiejętnościami i doświadczeniem. Dziś, obserwuje się często brak entuzjazmu. Słyszymy o wypaleniu zawodowym. Wydaje mi się, że jest to spowodowane właśnie brakiem entuzjazmu w pracy zawodowej. A jeśli ktoś mówi, że w swojej pracy nie ma możliwości na entuzjazm, to chyba najwyższa pora na weryfikację swojego życia i na zmianę zajęcia, lub odpoczynek.

- Słyszałam, że jako młody chłopak, grał pan w piłkę nożną, w drużynie KSZO... Co  dziś zostało z tej Pana młodzieńczej pasji?

- Pozostała gra w Reprezentacji Artystów Polskich, choć przez ostatnie 2 lata nie stanąłem na boisku z powodu kontuzji kolana, której nabawiłem się na nartach w Wiśle. Ale może z czasem powrócę, zobaczymy.

-  Kocha Pan także góry, jest Pan nawet ratownikiem WOPR. Gdzie najczęściej można Pana spotkać?

- Latem, każdego roku możemy się spotkać na szlakach naszych Tatr. Od kilkunastu lat zabieram tam moją córkę Sonię i wędrujemy po tatrzańskich szlakach, zdobywając polskie i słowackie szczyty. Do dziś przechowuję moje pierwsze buty, w których przeszedłem polskie Tatry, prawie po wszystkich szlakach. Córce jeszcze trochę zostało, ale myślę, że z biegiem lat i ona zdobędzie je wszystkie, a ja z chęcią powrócę na nie kolejny raz.

- Mimo że grywał Pan w wielu miejscach, z sentymentem powraca wciąż w nasze strony... W poprzednią niedzielę, w Parafii św. Jadwigi w Ostrowcu, prezentował Pan mickiewiczowskie „Księgi Pielgrzymstwa Polskiego”. Był to już Pana kolejny występ w zainaugurowanym niedawno Teatrze Żywego Słowa. Skąd pomysł takich wieczorów?

- Po prostu. Kiedyś z moim serdecznym kolegą poczuliśmy potrzebę spotykania się u niego w domu w Warszawie, w gronie znajomych przy czytaniu ważnych tekstów z polskiej literatury. Wieczory te odbywają się cyklicznie. Przybywa na nie około 40 osób. Ta formuła wzięła się z fascynacji Janem Pawłem II, gdy jeszcze jako Karol Wojtyła zachwycał  słowem i wielkimi pisarzami, jakich wydała ta ziemia. Kiedy spostrzegłem, że pomysł sprawdził się doskonale w Warszawie, postanowiłem zainteresować nim mojego proboszcza ks. Mariana Kowalskiego, co zresztą znalazło odzew. W styczniu 2012 roku zainaugurowaliśmy takie Wieczory z żywym słowem w Parafii św. Jadwigi w Ostrowcu Św. i odtąd każdego miesiąca, w ostatnią niedzielę o 19.00 będę prezentował teksty z wielkiej polskiej literatury. Proszę sobie wyobrazić, że przybywa na nie bardzo dużo ludzi. Ciekawe jest to, że wolą przyjść do nas niż usiąść przed telewizorem i oglądać wiadomości. Myślę, że odczuwają głód dobrego słowa i mają potrzebę oderwania się od zgiełku dzisiejszych mediów i karmienia się wartościowym słowem, a ja jestem po to, by im to umożliwić. Chcę przywrócić wartość słowa, by na powrót budowało człowieka, a nie powodowało jego wewnętrzne spustoszenie.  C. K. Norwid pisał w Promethidion: „Bo nie jest światło, by pod korcem stało,/ Ani sól ziemi do przypraw kuchennych,/ Bo piękno na to jest, by zachwycało/ Do pracy - praca, by się zmartwychwstało”.

- Jakub Kowalski, w artykule dla Tygodnika Katolickiego Niedziela, napisał o Panu, że ma Pan „twarz powszedniej ludzkiej dobroci, czerpiącej swoją siłę z czystego źródła Dobroci, podobnie jak Pana słowa, odbijają moc jedynego Słowa. Świat artystów i tajemnice ich życia – smaczny kąsek codziennych tabloidów – w przypadku Jana Krzysztofa są zwyczajne, proste, jak zwyczajna i prosta jest jego wiara, której się nie wstydzi, o której opowiada bez żadnego patosu”. Rzadko spotykane wśród współczesnych aktorów, a już na pewno mało medialne... Nie pragnie Pan wielkiego rozgłosu?

- A po co? To pytanie właściwie zawiera odpowiedź. Jeśli będziemy zadawać  je sobie często, dojdziemy do tego, że często podejmujemy działania kierując się emocjami, a te niestety są zmienne. Gdyby ludzie zadawali sobie to pytanie mielibyśmy inny świat niż mamy. Po co podaje się z takim natężeniem w mediach historie sensacyjnych morderstw lub inne tragedie? Czy to pozwala lepiej nam żyć? Czy Pani lepiej się żyje, kiedy usłyszy Pani w 20-minutowych informacjach o kilku sensacyjnych, kryminalnych wydarzeniach? Czy spokojnie Pani śpi? Uwielbiamy niestety zagłębiać się w życie innych, ale swoje pozostawiamy „nietknięte”. Proszę powrócić pamięcią do nie tak odległego zdarzenia w Sosnowcu, historii tej małej dziewczynki. Jaki procent czasu antenowego w stacjach telewizyjnych poświęcano temu zdarzeniu? Rozmawiając z wieloma osobami na ten temat, słyszałem, że ktoś już jest zmęczony tymi sprawami, a ja mu na to - to po co oglądasz? Po co na własne życzenie katujesz się tymi informacjami?

To jest swego rodzaju choroba dzisiejszych czasów i brak selektywnego patrzenia na życie. Zamiast porządkować własne, mamy nieodpartą ochotę przeżywania cudzego. Jest to swego rodzaju zafałszowanie rzeczywistości i ucieczka od odpowiedzialności za własne życie. Podobnie jest z chęcią takiego życia „by o tobie pisali”. Tylko po co mi taka próżna, nadęta sława? Nie chcę być towarem, bo jestem osobą.

-  Co w takim razie jest dla Pana największą wartością i czy można będzie Pana zobaczyć kiedyś Starachowicach, choćby na wyjazdowych występach Teatru Żywego Słowa?

- Starachowice? Z chęcią przyjadę, o ile znajdzie się ktoś zainteresowany moim przyjazdem. Jestem na to bardzo otwarty. Na mojej stronie internetowej (www.janszczygiel.com) znajduje się kontakt. W tym wypadku wszystko jest chyba możliwe. Co do wartości… Ważne jest dla mnie by żyć w harmonii ze sobą, a także światem, czyli innymi ludźmi i tym co mnie otacza. Taka harmonia nie będzie możliwa, jeśli nie poznam i nie zaakceptuję swoich możliwości, słabości i niewierności. Jeśli odejdę od faktu, że jestem stworzeniem. Jeśli zaś jestem stworzeniem, to jest także Ktoś, kto mnie stworzył. Jeśli zatem Ten Ktoś istnieje, to stwarzając mnie, miał jakiś plan wobec mnie. Zatem spędzam życie na poszukiwaniu tego Kogoś i rozpoznawaniu PO CO On mnie właściwie stworzył? I to jest genialne, poszukiwanie odpowiedzi na to pytanie PO CO? To jest ciekawsze dla mnie od tych wszystkich wiadomości, Harry Potterów i innych. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie mają one znaczenia. Ale mnie tak bardzo fascynuje poszukiwanie Stwórcy, że mam mało czasu na inne sprawy. Poszukiwanie Stwórcy w innych stworzeniach przede wszystkim.

- A zatem owocnych poszukiwań. Dziękuję za rozmowę i mam nadzieję do zobaczenia, jeśli nie w Starachowicach, to na górskich szlakach.

 

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ