Majówka na Starym Mieście

Mimochodem

 

Występy najmłodszych mogły się podobać. Przemówienia lokalnych władz nie znużyły. Tort, którym częstowała Danuta Krępa, starosta starachowickiego powiatu, cieszył się dużym wzięciem. Podany na kawałku andruta, smakował jak domowy. A że pogoda w majowe święta dopisała, więcej niż trochę mieszkańców na rynek zawitało. I chyba nikt nie żałował, wracając do domu z biało – czerwoną chorągiewką, okolicznościowym, na 100- lecie odzyskania niepodległości, znaczkiem i folderkami, zachęcającymi do krajoznawczych wycieczek po okolicy.

Na tle promujących się na błyszczącym papierze powiatów może najgorzej Starachowice nie wypadają, ale też nie wybijają się na czoło. Wielkim Piecem niewątpliwie możemy się chwalić, ale już samo miasto – poza malowniczym położeniem – na kolana nie rzuca. Wystarczyło zerknąć na kolorowe zdjęcia w owej reklamówce północnego Świętokrzyskiego i potoczyć wokół wzrokiem z ławki na rynku.

Mimo że w części zapełniony, centralny plac miasta również tego dnia z patelnią się kojarzył. Bo nawet przeflancowane skądś z daleka drzewo nie chciało dalej tu rosnąć, pozwoliło się ukrzyżować, straciwszy wcześniej koronę. Ponieważ słońce mocno operowało, na bocznych siedziskach pod murkiem nie sposób było wytrzymać dłużej niż kwadrans. Innych ławek też nie osłaniają w dostateczny sposób wciąż wątłe drzewka. A przecież to jeszcze nie lato.... Tyle że w upał płynie do osobliwej misy woda. Schłodzi przynajmniej rękę, bo nogi tam chyba wsadzać nie wypada.

Starachowicki rynek ze starówką nie ma nic wspólnego. Mimo że miasto rozbudowało się właśnie wokół Wierzbnika. Każdy tamtejszy budynek pochodzi z innej bajki. Wspólnych elementów brak. Żeby choć dachy były jednakowe. Tylko parę jest podobnych. Elewacjom zdecydowanie trzeba odmówić urody. A że to zabudowa nie w gestii konserwatora zabytków, widać na odległość chałupnicze zapędy w podrasowaniu frontowych ścian.

Na tyły lepiej nie zaglądać. Wystarczy skręcić w ulicę – nomen omen - Krętą, by cofnąć się z estetycznym niesmakiem. Ba, już z rynku widać te wszystkie odrapane ściany i bezład architektoniczny, nie korygowany chyba od zakończenia II wojny światowej. Wyróżnia się jedynie brukowa nawierzchnia – efekt rewitalizacji rynku z przyległościami. Nie zdopingowało to jednak ani jednego właściciela posesji do uporządkowania zaplecza. Chwasty, gruz, pełno śmieci, z porzuconym piecykiem z rurą typu "koza" włącznie na podwórkach.

Komputerowa wizualizacja Wierzbnika, przy najbardziej oszczędnej metamorfozie, pokazałaby, że rynek ma potencjał. Ale przy niechęci ludzi do współdziałania nawet nie ma co marzyć, że kiedykolwiek będzie tu ładniej i ciekawiej. Dotąd wszak nie udało się przywrócić blasku ulicy Mickiewicza, Widok i Robotniczej, choć zapowiedzi prac rewitalizacyjnych słychać. A wystarczy rzut oka na tamtejsze domy, by wyobrazić je sobie w całej krasie po kompleksowym odnowieniu. Żaden blok w starachowickich osiedlach nie dorasta im do pięt! Te kształty, wypustki, łukowe wejścia... To dopiero byłaby starówka! O czym tu jednak gadać, jeśli nawet odbudowa wielkopiecowego biurowca utknęła w położonym na nowo dachu i wstawionych oknach.

O ile miło przejść się ulicą Partyzantów, o tyle z każdym dniem przestaje ona przypominać niegdysiejszą. I tu każdy dom jest odnawiany na własną modłę. Dlatego przyjemniej zajrzeć na ulicę Świętej Barbary (ta nowa nazwa zupełnie do niej nie pasuje), gdzie jeszcze można odnaleźć niegdysiejsze klimaty. Podobnie jak obok i wyżej, w domkach przy ulicy Warszawskiej, Bohaterów Westerplatte, Licealnej czy Spacerowej. Próżno takich szukać w Wierzbniku, nawet przy d. ulicy Marszałkowskiej. Stare Miasto w ruinie to nie jest, lecz jedna wielka prowizorka na pewno. Te wszystkie kamienice w rynku, domy przy ulicach Niskiej, Wysokiej, Krótkiej, Spółdzielczej, Kolejowej, Jasnej, Ciasnej, Targowej, Ogrodowej, Iłżeckiej ze Wspólną i Żabią. Tonące na dodatek w jarmarcznych reklamach i szyldach, przyprawiających o ból głowy.

/ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ