Na innych łamach

"Gość Niedzielny" nr 15

"Jak naprawić krzywdy?" – zastanawia się Andrzej Grajewski. Szacuje się, że mienie pożydowskie może stanowić 20 proc. wszystkich roszczeń reprywatyzacyjnych.

"Od 1989 r., w parlamencie i rządzie pracowano nad 20 projektami reprywatyzacyjnymi, jednak żaden z nich nie stał się obowiązującym prawem. Polska jest jednym z nielicznych krajów Europy Wschodniej, który nie rozliczył zaboru prywatnej własności przez komunistów." Autor postuluje przyjęcie jakiegoś wariantu ustawy reprywatyzacyjnej, zgodnego ze standardami międzynarodowymi oraz akceptowanego przez polską opinię publiczną i odpowiadającego możliwościom Skarbu Państwa. Bezczynność w tej kwestii problemu reprywatyzacji nie rozwiąże. Problemów na pewno pojawi się bez liku. Szkodliwy byłby zapis, który uzależniałby prawo do uzyskania odszkodowania od tego, czy dany obywatel polski w momencie utraty swego mienia zamieszkiwał w Polsce, czy nie. "Kryterium powinno być jednoznaczne: kto w momencie nacjonalizacji był obywatelem polskim, bez względu na to, gdzie wtedy się znajdował, przysługuje mu prawo do odszkodowania – przekonuje jeden z rozmówców autora. – W przeciwnym razie będziemy musieli się tłumaczyć przed potomkami polskich Żydów, których rodzice bądź dziadkowie w obawie przed Niemcami uciekali z kraju, i z tego powodu nie mają mieć prawa do rekompensaty. W ustawie powinien być więc zapis, że jeśli ktoś w momencie zaboru jego mienia posiadał polskie obywatelstwo, jemu oraz jego prawnym następcom i spadkobiercom powinno przysługiwać prawo do ubiegania się o odszkodowanie na tych samych warunkach co wszystkim pozostałym obywatelom Polski oaz ich spadkobiercom." Można się spierać o różne detale, lecz odejście od tej akurat zasady naruszy międzynarodowe standardy. W konsekwencji państwu polskiemu zostaną wytoczone procesy nie przed naszymi sądami, ale w Stanach Zjednoczonych. I trzeba się liczyć, że takie ograniczenie zostanie tam ocenione jako przejaw dyskryminacji, a w konsekwencji Polska przegra te procesy."

"Przegląd" nr 15

Więcej ulic polskich lewicowców znajdziemy w Berlinie niż w naszych miastach – informuje Przemysław Witkowski w "Zdekomunizowanych i ich następcach".

W Polsce lewicę dokładnie wymazuje się z przestrzeni publicznej. Usuwa się wszelkie ślady lewicowego dziedzictwa. Więzieni i zamordowani działacze robotniczy, partyzanci, ofiary czystek muszą zrobić miejsce patronom z Narodowych Sił Zbrojnych czy opozycji peerelowskiej. Wśród nowych patronów sporo jest duchownych. Najczęściej zdarza się to w małych miejscowościach, gdzie kler lub ultrakatolicy są w stanie wymusić na lokalnych władzach patrona – duchownego. Dochodzi więc i do absurdów. W podkarpackiej sześciotysięcznej mieścinie uhonorowano aż czterech proboszczów, nadając ulicom ich nazwiska. Poza zmianą tabliczek czy wymianą dokumentów nastąpi również zmiana naszego dyskursu publicznego na jeszcze bardziej militarystyczny, klerykalny i nacjonalistyczny. "Polska wolna od lewicowego dziedzictwa okaże się wolną od praw pracowniczych i rozwarstwioną społecznie specjalną strefą ekonomiczną wielkości całego kraju. A lewica bez korzeni, dziedzictwa i historii na zawsze zostanie zepchnięta do kąta z etykietką antypolskich, bezbożnych zdrajców. Szczególnie, że nie widać końca "dekomunizacji". /.../ Może się to wydawać śmieszne, ale na naszych oczach dokonują się zmiany, które jeszcze 10, 20, lat temu wydawały się niemożliwe. Pomysły, które na początku lat 90. wypełniały głównie ziny skrajnej prawicy i gazetki endeckich emerytów, stają się rzeczywistością za sprawą pisowskich polityków i ich nacjonalistycznych sojuszników z Młodzieży Wszechpolskiej i ONR.W Polsce dekomunizacja skończy się na Kołłątaju i potępieniu masońsko – jakobińskiego Oświecenia /.../" - ubolewa autor.

"Duży Format" nr 15

Kiedy mówię o przemocy domowej, rasizmie i dzieciakach, które mają myśli samobójcze, tak naprawdę mówię o sobie – przyznaje się młodszy inspektor Gerard Bah, pełnomocnik ds. ochrony praw człowieka w komendzie w Kielcach, z którym w wywiadzie "Reaguję, nie kabluję" rozmawiała Iza Michalewicz.

Rozmowę zaczęła od "torby przeznaczenia". Tak nazywa się ćwiczenie podczas szkoleń. Jego uczestnicy losują karteczki z wypisanymi na nich różnymi cechami, na które człowiek nie ma wpływu. Pochodzenie, orientacja seksualna, płeć. "Na przykład gej, Rom, Syryjczyk. Albo kobieta. Grupy, które zazwyczaj są dyskryminowane. /.../ Policjant, który wylosuje karteczkę z napisem "kobieta", na pytanie, co zmieniłoby się w jego życiu, odpowiada: na pewno trudniej byłoby mi zawodowo awansować. Słyszę to też od moich koleżanek, które pracują w różnych firmach czy korporacjach, gdzie zarabiają mniej niż mężczyźni, a w niektórych ważnych sprawach nie są w ogóle dopuszczane do głosu." Uczestnikom szkoleń trudno postawić się w roli osoby dyskryminowanej. To dlatego, że w naszym społeczeństwem w ogóle trudno być innym. Młodzi ludzie o tym wcale nie rozmawiają. Ba, nie mają żadnych autorytetów. Owszem, wiedzą, że to osoba, na której można się wzorować. Ale nikogo nie podają. Rzadko rodziców, niekiedy raperów lub osoby z Internetu. Stąd wzięła się idea kontaktów ze szkołami. Nauczyciele zapraszają G. Baha również na spotkania z rodzicami. Nie mówiąc im, że zetkną się z policjantem. Bo mogłoby ich to zrazić do niego już na wstępie. "Dlatego stosuję element zaskoczenia, na przykład zaczynam rozmawiać o tym, co niedobrego wydarzyło się wcześniej w ich szkole. Pokazuję realne zagrożenia, na przykład wypowiedzi dzieci na forach internetowych, różne strony w sieci, które przekazują destruktywne treści. Choćby jak popełnić samobójstwo." Rodzice nie wiedzą, że takie strony istnieją. I że ich dziecko może na nie wchodzić. Albo że może borykać się w szkole z mową nienawiści, bo się inaczej ubiera lub pochodzi z małej miejscowości. "Zawsze powtarzam, że słowo może zabić człowieka szybciej niż czyn. Musimy sobie uświadomić, że przemoc psychiczna jest równie, a może nawet bardziej niebezpieczna i niszcząca niż fizyczna. Znam ofiary przemocy domowej, które zapisywały się na zajęcia z samoobrony. Z przemocą fizyczną i psychiczną, zwłaszcza jeśli jest się dzieckiem, trudno sobie jednak poradzić. Ta ostatnia jest w Polsce szczególnie bagatelizowana." Warto przy tym znać symbolikę widniejącą na koszulkach młodych ludzi, związaną z mową nienawiści. "Najbardziej rozpoznawalna jest swastyka, ale cyfry 88, 18, 28 czy 14 – już mniej. /.../ Ósemka to ósma litera w alfabecie, czyli "h", dwie ósemki to skrót nazistowskiego pozdrowienia "Heil Hitler". 14 to cyfra amerykańskiej rasistowskiej organizacji The Order, która w latach 80. terroryzowała Stany Zjednoczone. 18 – inicjały AH, Adolf Hitler, 28, czyli Blood & Honour (Krew i honor), nazwa nazistowskiej organizacji wywodzącej się z Wielkiej Brytanii." Jak się dobrze rozejrzeć po szkołach, to można tam znaleźć właśnie te symbole – uczula na szerzące się zjawisko policjant.

"Nie" nr 15

Michał Marszał rozmawiał z kilkoma "Posłami na głodzie". Tuż po zapowiedzi zmniejszenia im uposażeń na fali wysokich premii, przyznanych członkom rządu.

O ile warszawskim parlamentarzystom może być rzeczywiście trudniej, o tyle prowincjonalnym nie da zginąć regionalny biznes. Zadba o zaproszenia na intratne imprezy. "Jeśli komuś nie w smak system kopertowy, świadczenia poselskie obejmują np. odpowiednią oprawę przy różnego typu lokalnych wydarzeniach, takich jak festyny, jarmarki, targi, a nawet otwarcia chlewni czy stacji benzynowych. Tam przytulić można podarunki (tych o wartości do 1000 zł nie trzeba wpisywać do rejestru korzyści, w co i tak mało kto się bawi), a także napić i nażreć się do syta." Posłowie warszawscy muszą być minimum wiceministrami, żeby się wybić w życiu biznesowym. Wszystkim spoza stolicy należy się dodatek 2500 zł na wynajęcie mieszkania, w którym można zainstalować choćby studiujące dziecko. I już są oszczędności. Ze wsparcia takiego korzysta obecnie 176 posłów i 31 senatorów. Za przewodnictwo sejmowej komisji dostaje się 20 – proc., dodatek, za wiceszefostwo – 15 –proc., natomiast przewodniczący podkomisji zgarnia 10 proc. Prawdziwa forsa leży w Komisji Finansów Publicznych. Najwięksi frajerzy idą do Komisji Łączności z Polakami za Granicą. Jeśli parlamentarzysta jest członkiem grup bilateralnych, dostaje zaproszenia na bankiety do ambasad. Trzeba tylko wiedzieć, z których korzystać. "Amerykanie dają proste produkty własnej kuchni, Francuzi oszczędzają na winie /.../. Panuje przekonanie, że im słabszy gospodarczo kraj, tym urządza lepsze przyjęcia, bo chce się pokazać. Nic dziwnego zatem, że Sejm utrzymuje bilateralne stosunki m.in. z Zambią, Angolą czy Uzbekistanem. Tam żarcie jest prima sort!" Jeśli zna się choć trochę języki obce, uczestniczy się w spotkaniach międzynarodowych. Ale trzeba się odzywać, by zapracować na poczęstunek w dobrych knajpach stolicy. Jeden z posłów nawet "zwijał sery z desek i wkładał je do reklamówki /.../. Wzdłuż ściany wschodniej pokutuje tradycja, że wypada napakować do bagażnika ważnemu gościowi specjałów regionalnych: mięs, słodkości, alkoholi. Prezentami można się potem wymieniać /.../." Posłom przysługują ponadto darmowe przejazdy komunikacją publiczną, również bezpłatne loty samolotem. Niektórzy pod koniec kadencji "nabijają sobie tzw. mile, aby w przyszłości korzystać już prywatnie ze zniżek na przeloty albo darmowej wyżerki na pokładzie. Szczególnym wzięciem cieszą się podróże na trasie Szczecin – Rzeszów i z powrotem, bo to najdalej oddalone od siebie porty lotnicze i mil można natrzaskać najwięcej." Parlamentarzyści korzystają też z lotniskowych salonów, gdzie można dobrze zjeść. Zniżki na garnitury, koszule, krawaty pozwalają ubrać tanio całą rodzinę. "Więksi cwaniacy bawią się w obrót samochodami, na które uzyskują dealerskie zniżki, drobni ciułacze przycinają zaś na pieniądzach z biur poselskich, wynajmując lokale od zaufanych ludzi, zatrudniając u siebie znajomych dzielących się pod stołem wypłatą albo nawet spieniężając książki, materiały biurowe lub zamawiając niewidzialne ciastka, które oczywiście oficjalnie w wielkich ilościach pożera elektorat." W razie obniżki uposażeń parlamentarzyści będą jeszcze mniej odporni na wszelkie wziątki. A do Sejmu i Senatu coraz częściej wejdą "idioci, nieudani aktorzy, sportowcy, dziennikarze, a także oszuści średniego szczebla, bo ci zdolniejsi po konfitury sięgną gdzie indziej."

"Wysokie Obcasy" nr 13

Pachnie jak niemowlę, uspokaja biciem serca, nigdy cię nie zostawi – tak w "Schronieniu" fotografka Karolina Jonderko zachwala Sylwii Szwed... lalkę reborn (reborn, czyli odrodzone). Drogą lalkę, gdyż cena niektórych sięga nawet 10 tys. zł.

Każda jest ręcznie robiona, niektóre to prawdziwe dzieła sztuki. "Tych lalek się nie kupuje, lecz je adoptuje. W momencie adopcji dostaje się certyfikat narodzin. Panie, które "przekazują dzieci do adopcji", określają swój biznes słowem "nursery", czyli żłobek. Lalki można znaleźć na aukcjach internetowych albo na specjalnych targach. Leżą wtedy jedna obok drugiej jak na porodówce /.../." Artystki wykonują również lalki na zamówienie, według nadesłanych zdjęć. Na przykład dla kobiet, które straciły dziecko. Jest także oferta dla przeżywających syndrom pustego gniazda. Ba, trafiają się lalki z deformacjami, wtedy... adoptuje się chore dziecko. Największe rynki reborn są w Niemczech, USA i Anglii. Fotografka widzi w nich narzędzie terapeutyczne. Zetknęła się z jedną z producentek, która zdecydowała się na tego rodzaju wytwórczość po osobistych tragediach. Pragnęła mieć więcej dzieci. Urodziła dwójkę. Później aż 22 razy poroniła. I wtedy zaczęła robić lalki. Powodów, dla których kobiety te lalki kupują jest wiele. "Są położne, właścicielki szkół rodzenia, które adoptują lalki z myślą o zajęciach z kobietami w ciąży. Dla innych jest to zabawa, swego rodzaju hobby, ubieranie i robienie zdjęć. Dla jeszcze innych to kolekcjonowanie ładnych przedmiotów. Lalki są również kupowane do szpitali, do filmów, seriali, pack - shotów ubranek dziecięcych. /.../ Reborn to przedmiot, który uruchamia uczucia. Trzymanie dziecka na rękach koi, jest to udokumentowane naukowo. Zapach niemowlaka pobudza produkcję hormonu szczęścia, jego obecność w naszym krwioobiegu dobrze wpływa na nasze samopoczucie, powoduje, że usypiamy." Rzeczywistość jest bardziej skomplikowana niż się ludziom wydaje. Można radzić kobiecie przeżywającej stratę dziecka, żeby spróbowała odnaleźć się na nowo pomagając innym albo adoptując dziecko z ochronki. Nie zawsze się sprawdzi. Chodzi przecież o to, żeby terapia zadziałała. A jeśli działa z adoptowaną lalką? "Odbieram to jako bezpieczne schronienie po stracie, przywiązanie bez strachu bycia opuszczonym. To jest lalka, ja kontroluję, czy ona jest ze mną czy nie, jak długo ze mną jest, kiedy jest mi potrzebna. Nikt i nic mi jej nie odbierze. Jak chcę, to zawsze będzie ze mną, nie przeżyję następnej utraty kochanej osoby, ukochanego dziecka."

"Forum" nr 8

Etolog Norbert Sachser uważa, że człowiek mógłby się wiele nauczyć od zwierząt w kwestii miłości – donosi "Suddeutsche Zeitung" w wywiadzie "Wierny jak bóbr".

Ssaki z całą pewnością odczuwają emocje. Np. strach i radość. "Jeśli połaskotać szczura, można zobaczyć na jego pyszczku wyraźny uśmiech, jak u człowieka. /.../ Jednak /.../ panują też wśród zwierząt nieco bardziej skomplikowane uczucia, jak np. zazdrość" Ale czy kochają? "Może /.../ być tak, że bóbr kocha, tylko nie zdaje sobie z tego sprawy." Co ciekawe, dorosłe zwierzęta pozostają ze sobą wyłącznie wtedy, kiedy ich związek się sprawdza, jeśli mają zeń korzyść. Nierozłączne pozostają niektóre papugi. Jeśli jedna papużka z takiej pary umiera, odchodzi i druga. Podobne relacje spotyka się np. u wiewióreczników albo u pseudokawii. Tu można użyć słowa "miłość". Przy wyborze partnera zawsze pokazują, jakie mają preferencje. Jeśli przypadną sobie do gustu, zaraz zaczynają się przytulać. "Jeśli para żyje w harmonii, ma to też zbawienny wpływ na zdrowie obojga. Mówiąc inaczej, miłość to najlepsze lekarstwo. Szczęśliwy związek obniża poziom stresu i poprawia samopoczucie" Harmonijnie wpływa na krążenie i system odpornościowy. Tylko 3 - 5 proc. gatunków ssaków żyje w monogamii. Ba, to samice zdradzają partnerów. Prawdopodobnie dlatego, żeby swoje geny przekazać w efektywny sposób. "Jeśli najlepsze rewiry i najlepsze okazy wśród samców są już zajęte, muszą optymalizować swoje rozmnażanie przez wykorzystanie czyichś samców. Ale do wychowania potomstwa potrzebują już innego osobnika." Według etologa, prawdziwa miłość zdarza się tak samo wśród zwierząt, jak i wśród ludzi, ale tylko wtedy, gdy relacja jest trwale powiązana z pozytywnymi emocjami.

wybrała /ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ