Na innych łamach

"Gość Niedzielny" nr 14

"Czekają nas wielkie zmiany" – zapowiada ks. prof. Dariusz Walencik, rozmówca Andrzeja Grajewskiego.

W związku z nowymi przepisami unijnymi dotyczącymi przetwarzania danych osobowych, które zaczną obowiązywać od 25 maja br., Kościół będzie się musiał do nich dostosować. Dobiegają końca prace nad procesem legislacyjnym. Dekret Konferencji Episkopatu Polski przewiduje m.in. powołanie Kościelnego Inspektora Ochrony danych, odpowiednika świeckiej instytucji GIODO. Gdyby tego nie zrobić, wszelkie kompetencje w kwestii ochrony danych otrzymałby GIODO. Zmian zatem będzie wiele, dla parafianina jednak nieodczuwalnych. Pojawią się za to nowe obowiązki dla proboszczów parafii, biskupów w diecezji czy przełożonych zgromadzeń zakonnych. "Nie wystarczy już /.../ posiadanie na przykład odpowiednich pomieszczeń, sejfów czy szaf pancernych, zapór sieciowych, programów antywirusowych czy zasad zmiany hasła. Administrator i podmiot przetwarzający będą musieli przeprowadzić samodzielnie analizę ryzyka, a następnie wdrożyć odpowiednie środki techniczne i organizacyjne, aby zapewnić stopień bezpieczeństwa odpowiadający temu ryzyku." W tym celu szkoli się liderów, którzy potem będą szkolić proboszczów, przełożonych domów zakonnych itp. Nowe przepisy nie umożliwią jednak parafianom, w ramach tzw. prawa do bycia zapomnianym, do wykreślenia danych z ksiąg parafialnych. "Prosty przykład: mamy małżeństwo kanoniczne. Jeden z małżonków żąda usunięcia swoich danych z ksiąg metrykalnych – z księgi chrztów, z księgi małżeństw. Gdyby to prawo wykonać, doprowadzilibyśmy do sytuacji, w której możliwe jest zawarcie małżeństwa bigamicznego. Skoro bowiem usuniemy dane o zawartym małżeństwie, a istnieje przeszkoda węzła, to jak ją udowodnimy?" Również gdy apostata zażąda, by wykreślić go z księgi chrztów, jego prośba nie zostanie spełniona. Ale jego akt chrztu nie będzie sporządzany i dalej udostępniany. Do tego potrzeba zgody np. biskupa. Choćby w przypadku prowadzenia postępowania sądowego o stwierdzenie nieważności małżeństwa kanonicznego, które zainicjuje współmałżonek. Podobne prace trwają też w Polskiej Radzie Ekumenicznej czy w Kościele ewangelicko – augsburskim.

"Newsweek" nr 18 – 19

Olga Tokarczuk, pisarka, z którą rozmawiała Aleksandra Pawlicka, wydała właśnie tom "Opowiadań bizarnych". Bizarnych czyli niesamowitych. Takich jak świat, w którym teraz żyjemy – mówi w wywiadzie "Nasz bizarny świat".

Myślała, że jej pokolenie będzie pierwszym, które po doświadczeniu komuny wypłynie na szerokie wody. Tymczasem okazało się to jedynie chwilowym kursem. A ponieważ zawsze tkwiliśmy na peryferiach, może powinniśmy się z tym pogodzić? "Może naszą rolą jest bycie państwem granicznym, między wielkim imperium rosyjskim a zachodnią Europą? Skazanym na wszystkie nieszczęścia, które dotykają peryferia: przemarsze armii, późne dojrzewanie do idei gwarantujących rozwój, bycie z tyłu, zawsze krok za. Może kombinowanie, że należymy do Europy, było samooszukiwaniem, i PiS nam to boleśnie uświadomiło? Głosujemy jak peryferia. Wybraliśmy partię, która uświęca nasz prowincjonalizm." Ba, daliśmy się zmanipulować. Zatruwamy młode pokolenia romantyczną wizją podszytą pogańskim chrześcijaństwem. Wstrzykujemy dzieciom do głów narodową tożsamość ofiary i przegrywamy w ten sposób naszą przyszłość. W bizarnym świecie stajemy się samotni. Lęk zaburza nasze zmysły. Wystarczy lekko przesunąć punkt widzenia, a bizarność wypływa na wierzch. Niejednego pewnie wytrąciła z równowagi propozycja polityka, pełniącego funkcję wicepremiera, żeby dzieci miały prawo wyborcze. Idąc tym tropem, głos należy się także płodom w brzuchach matek. "Ktoś może postukać się w głowę, ale – także i ja tracę powoli zaufanie do świata – jeśli odpowiednio uzasadnić taki wniosek i uruchomić dla jego popularyzacji propagandę, tak skutecznie stosowaną przez PiS, to nie wykluczałabym, że za parę miesięcy taka idea mogłaby zyskać dziesięć albo więcej procent poparcia. Coraz częściej, gdy budzę się i zaglądam do serwisów informacyjnych, dopada mnie od samego rana wszechobecna groteskowość." Gwarantem oporu wobec propagandy nie są już nawet wolne media! Mimo że ludzie mają do dyspozycji różne dyskursy, z jakiegoś powodu wybierają te propagandowe... Z jednej strony zatem mamy bizarny świat, wymykający się poznaniu, z drugiej zaś wpychanie społeczeństwa w konserwatywne sposoby myślenia. "Powrót do konserwatyzmu nie jest tylko polską przypadłością. Ma miejsce na całym świecie. Wynika z panicznego lęku przed skomplikowaniem świata. Uciekamy w Polsce w zapamiętane z młodości wzorce, bo wydają się bezpieczne. Uciekamy w legendarną, zmitologizowaną przeszłość, wierząc, że panował w niej ład. /.../ Ten marsz ze zwróconą do tyłu głową jest niebezpieczny. Łatwo się przewrócić." Młody człowiek wychowywany w anachronicznych terminach nie będzie w stanie zrozumieć zmieniającego się świata. Jedyny zrozumiały bunt zapewni mu... ONR. Nie zradykalizował go wcale PiS. To zaczęło się wcześniej. "Dziś można się już tylko zastanawiać, jak bardzo zradykalizują się wyborcy? Na ile miejsc w parlamencie to się przeliczy? To już, niestety, nie jest kwestia, czy w ogóle, tylko ile. Nie mam co do tego żadnych złudzeń."

"Przegląd" nr 14

Na "Pytanie tygodnia" Michała Sobczyka: "Kto w Polsce ma aktualnie swoje pięć minut?" odpowiedzieli:

Wiesław Gałązka, dziennikarz, wykładowca Dolnośląskiej Szkoły Wyższej – "Swoje pięć minut mają przede wszystkim znajomi i przyjaciele decydentów z PiS, wszyscy ci nieudacznicy obsadzający miejsca w radach nadzorczych, oraz elita tej partii, która pełnymi garściami czerpie z obecnej sytuacji. Na fali są również skrajnie prorządowe media /.../ oraz ich kontrowersyjni dziennikarze. Na pewno swój czas ma także Kościół, chociaż on na brak znaczenia nigdy nie narzekał. I wreszcie, nad czym należy ubolewać, pięć minut ma w tej chwili chamstwo i arogancja obywateli i polityków"; drab. Małgorzata Molęda – Zdziech, politolożka i socjolożka, SGH – "Z mojej perspektywy 15 minut sławy, jak w znanym powiedzeniu Andy`ego Warhola, przypada w tej chwili kobietom. Są coraz lepiej słyszalne, coraz skuteczniej walczą o swoje prawa, potrafią merytorycznie uzasadniać swoje stanowiska. /.../ Na pewno ostatnio czas należy również do prof. Michała Bilewicza i jego badań dotyczących źródeł antysemityzmu, które spotkały się z dużym hejtem w sieci. Tym bardziej że w jego obronie, i w obronie wolności badań naukowych, wystąpił rektor UW, co jest chyba pierwszym takim przypadkiem. I jeszcze jedna rzecz: w Brukseli, gdzie od pewnego czasu jestem, wszyscy ćwiczą tango. Ten taniec jest oparty na dotyku i spokoju, dlatego może byłoby dobrze, gdyby moda na tango zapanowała także w Polsce i pomogła nam w osiąganiu równowagi między życiem a pracą"; dr Wiesław Żółtkowski, ekspert bankowy, menedżer – "Swoje pięć minut mają zarządy wielkich przedsiębiorstw państwowych. Jeszcze niedawno były to firmy w ruinie. Ograniczono połączenia lotnicze, a teraz LOT zdobywa świat. Inny zarząd ogłasza wizję budowy portu lotniczego, który zdominuje przewozy w tej części Europy. Stocznie upadały, a teraz mają budować nowe statki. Koncerny węglowe były na skraju upadku, a teraz ogłaszają dobre wyniki finansowe. Zarząd innej spółki zapowiada budowę polskiego samochodu z napędem elektrycznym. Przemysł zbrojeniowy nie potrafił wyprodukować podwozi do nowej haubicy, teraz kwitnie na zamówieniach wojskowych. /.../ Spółki energetyczne rosną w siłę, choć nie mogą się uporać z normami unijnymi w sprawie odnawialnych źródeł energii. /.../ Moje doświadczenie bankowe nie pozwala mi wierzyć w trwałość takich sukcesów".

"Polityka" nr 17/18

Agnieszka Sowa w tekście "Mity a życie" obala te, które towarzyszą przywoływaniu na świat dzieci za wszelką cenę. Z letalnymi wadami, których lekarze nie zauważyli albo nie chcieli zauważyć.

"Wrodzone wady rozwojowe występują statystycznie u 3,5 proc. wszystkich noworodków, żywo i martwo urodzonych – mówi prof. dr hab. Ewa Helwich, konsultantka krajowa w dziedzinie neonatologii. W większości (ok. 80 proc.) to wady jednego tylko narządu, przede wszystkim serca, i dzieciom tym można pomóc, nawet (sporadycznie) operując jeszcze przed urodzeniem. Pozostałe 20 proc., to wady letalne. W Polsce, gdzie rodzi się ok. 400 tys. dzieci rocznie, ma je więc – szacunkowo 2800 noworodków. Statystycznych danych brak." Po wprowadzeniu przez PiS ustawy "Za życiem", świadczenie finansowe przyznano 4126 kobietom, które urodziły dzieci nie tylko z wadami genetycznymi. Również wcześniaki. Dla skrajnie ortodoksyjnych antyaborcjonistów to za mało. Mają swój projekt oparty na wciąż tych samych mitach. Pierwszy, że wystarczy ochrzcić i pochować. Ale śmierć nie przychodzi na żądanie. Zgony dzieci z wadami letalnymi zdarzają się i po kilku miesiącach, a nawet dłużej. Przez cały czas karmione do żołądka, oddychające z respiratorem. Po drugie, że trzeba ratować każde poczęte życie. Postęp w medycynie sprawia, że lekarze potrafią długo je przedłużać. Widząc jednak noworodki w zamartwicy, z ciężkim niedotlenieniem zadają sobie pytanie, czy w tym podtrzymywaniu życia nie idą za daleko? Dziecka przecież nie wyleczą. Po trzecie, że zespół Downa to mimo wszystko lekkie upośledzenie. Tymczasem w ponad 50 proc. przypadków towarzyszą mu inne wady rozwojowe. Najczęściej poważna wada serca, ale także zrośnięcie dwunastnicy, wiotkość tkanki łącznej i obniżone napięcie mięśniowe. Zawsze występuje opóźnienie rozwoju i wczesna, niekiedy już po 20. roku życia, choroba Alzheimera. Po czwarte, że istnieje adopcja. Lecz na dzieci z wadami genetycznymi nie ma chętnych. "Można, manipulując prawem, próbować zmusić kobiety do rodzenia nieuleczalnie chorych dzieci, ale już nie do poświęcenia życia na opiekę nad nimi" Od 18 lat, odkąd istnieje, Zakład Pielęgniarsko – Opiekuńczy w Częstochowie nie miał ani jednej adopcji dziecka z zespołem Downa. Nawet zagranicznej. Po piąte, że stać nas na to. Nieprawda. Noworodki z wieloma wadami rozwojowymi wymagają długotrwałej i wielospecjalistycznej opieki, nie mówiąc o zabiegach operacyjnych. To wszystko kosztuje. Niemało. "Resort rodziny przeznaczył w zeszłym roku 4 mln zł na tworzenie miejsc opieki dla dzieci niepełnosprawnych do lat trzech. To za mało nawet dla tych, które już na świecie są. Ale nie liczba łóżek ani kwoty wydane na bezskuteczne podtrzymywanie przy życiu są w tym wszystkim najważniejsze, tylko cierpienie matek, które miałyby być zmuszane do rodzenia niezdolnych do życia dzieci i bezradnego patrzenia na ich agonię. Cierpienie noworodków na respiratorach i pompach, poddawanych kolejnym operacjom (bo jeśli dziecko z wodogłowiem nie umiera od razu, to zgodnie ze sztuka lekarską trzeba mu wstawić zastawkę). I samych lekarzy i pielęgniarek, którzy widzą bezcelowość tych działań, ale nie mogą ich zaniechać. To produkcja traumy na masową skalę, po to by zadowolić kościelnych hierarchów i zyskać ich poparcie w nadchodzącej kampanii wyborczej" – podsumowuje autorka.

"Nie" nr 14

Szef Komisji Weryfikacyjnej do spraw reprywatyzacji w Warszawie, Patryk Jaki, powiedział publicznie lokatorom kamienicy przy ulicy Poznańskiej 14, że mogą czuć się bezpiecznie. Joanna Skibniewska w tekście "Babciu, zapraszamy do rynsztoka" udowadnia, że to nieprawda.

Przedstawia losy ciężko chorej 93 –letniej kobiety, wymagającej całodobowej opieki, która usłyszała od administratora, że jeśli się z kamienicy sama nie wyniesie, to... wyniosą ją na prześcieradle. Sąd nad wyrokiem o eksmisję długo się nie zastanawiał. Mimo że kobieta ma ponad 70 lat "czyli obligatoryjnie należy jej się lokal socjalny. Jest rencistką, czyli też jej się należy. Jest niepełnosprawna, zatem należy jej się lokal socjalny także z tego powodu. /.../ Ale /.../ sędzia orzekła eksmisję kobiety na bruk." Sąsiedzi uznali, że to nieludzkie i wystąpili o zaniechanie eksmisji. Zablokowano ją. Tyle że w każdej chwili może się to zmienić. "Patryk Jaki ogłasza sukces za sukcesem. Jego komisja uchyla decyzje reprywatyzacyjne. Są to decyzje jedynie medialne. Lokatorzy wyeksmitowani z mieszkań nie mają możliwości do nich wrócić. I nigdy nie będą mieli." Autorka otrzymała z warszawskiego urzędu miasta listę nieruchomości, które zreprywatyzowała akurat jedna osoba. "Sprawdziliśmy adres po adresie. Sprawdziliśmy wyroki eksmisyjne. Wszystkie /.../ zapadały podczas kilkuminutowych rozpraw. Ogromna większość bez prawa do lokalu socjalnego." Jednego z lokatorów wyniesiono na krześle, gdy okazało się, że ma trudności z chodzeniem. "Wyniesiono go na bruk, bo sąd nie przyznał mu prawa do lokalu socjalnego."

"Duży Format" nr 15

"Dlaczego ksiądz założył szpilki" wyjaśnia Marketa Zahradnikova, autorka wywiadu z księdzem Zbigniewem Czendlikiem.

Najpopularniejszy proboszcz w Czechach jest Polakiem. Szpilki pożyczył. Czerwone. Chodziło o problem dyskryminacji kobiet, która u południowych sąsiadów nieźle się trzyma. On i kilku innych mężczyzn w szpilkach pozowało jednemu z magazynów. "Muszę przyznać, że miałem duży problem, by ustać na tych obcasach kilka minut, żeby zdążyli mi pstryknąć fotkę. Dzięki tej inicjatywie dotarło do mnie, że pod wieloma względami jest wam po prostu trudniej. Od tamtej pory oglądam się za każdą kobietą w szpilkach z szacunkiem i poważaniem. Nie jest wam wcale łatwo, a już najgorzej macie z nami, facetami." Mimo że habit dodaje dostojeństwa, ksiądz Z. Czendlik nosi go tylko w razie konieczności. Uważa przy tym, że to nie strój powinien odróżniać księży od reszty ludzi, lecz... przykład. Obejmując probostwo w Lanskroun, po czterech latach od święceń, zaczął od małych udoskonaleń. Umieścił np. przed wejściem do kościoła stojak na rowery. Przesunął pierwszą mszę z godziny ósmej na wpół do dziesiątej. Bo msza święta jest pamiątką ostatniej wieczerzy a nie śniadania. Parafię wziął z dobrodziejstwem trzech kościołów. Ponieważ koszty ich utrzymania są spore, postanowił oddać jeden miastu w celu stworzenia w nim biblioteki publicznej. Niestety, parafianie go nie poparli. Nie nalegał. "Staram się mieć jak najlepsze relacje z innymi. Życie jest zbyt krótkie, by marnować je na wojenki. Poza tym każda wojna jest wyłącznie stratą czasu, sił i energii. Nie mówię, że nie spotykam się z krytyką na swój temat. Bywa, że ktoś określa mnie wręcz niszczycielem wiary. Raz trafiłem na wezwanie do modlitwy o nawrócenie się kilku reprezentantów Kościoła. Znalazłem tam także swoje nazwisko, tyle że wtedy akurat mało nie pękłem z dumy. Bo tuż obok widniały same szychy, papież Franciszek, kardynał Duka czy Tomas Halik. Słowem, doborowe towarzystwo. Część wiernych uważa mnie za zbyt liberalnego, bywa, że moje wypowiedzi w mediach burzą im krew w żyłach. /.../ Mój dobry przyjaciel Tamir, nawiasem mówiąc żydowski ateista, jak sam siebie określa, niedawno rozbawił mnie pytaniem: "Wiesz, dlaczego pan Bóg lubi ateistów? Bo mu dupy nie zawracają." /.../ Patrząc od tej strony, to nawet bardzo logiczne. /.../ Szczerze mówiąc, nie najlepiej dogaduję się z ludźmi, którzy uważają się za świętych. Nadmiar świętości hamuje rozwój. /.../. Niestety, bardzo często spotykamy na swojej drodze "mało ludzkich" ludzi, którzy zawsze mają "świętą rację". Ludzi, którzy żyją dla Boga, ale bez Boga." Oczekują od księdza, że będzie świętszy od Pana Boga. "Tyle że, jak często mawiam, poświęconą wodą też można poparzyć palce."

wybrała /ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ