Jacy jesteśmy, każdy widzi

Mimochodem

 

Holendrzy chcą ograniczyć u siebie liczbę Polaków – emigrantów. Nie przeszkadzaliby im pewnie, gdyby nie próbowali zaistnieć w złej sprawie. Jak to Polacy. Nikt nas przecież nie zmusi, byśmy dostosowali się do innych, aniżeli własne, standardów. 

Co z tego na przykład, że worki ze śmieciami należy wystawiać przed domem w dzień ich zbierania przez służby porządkowe, jeśli przeszkadzają one w mieszkaniu. I stawia się je kilka dni wcześniej na chodniku, wprowadzając bałagan w przestrzeni publicznej. To niby drobiazg, ale jak raz złamie się zasady, później końca tego łamania nie ma. Przykro słuchać i czytać, że Polacy zachowują się wyjątkowo hałaśliwie w holenderskich osiedlach. Źle parkują auta.

Musi być coś na rzeczy, ponieważ w sprawę została włączona polska ambasada. Tyle że dyplomaci bronią rodaków, zamiast dać im do zrozumienia, że za granicą wymaga się od nich więcej niż w Polsce. Chcemy być traktowani jak naród wybrany, tymczasem wystawiamy sobie na każdym kroku najgorsze świadectwo.

Pewnie nie byłabym tak krytyczna wobec krajan, gdyby nie historia ze starachowickiego podwórka. Robiłam zakupy w jednym z miejscowych sklepów. Miałam przed sobą obcokrajowca, którego właśnie obsługiwała ekspedientka. Z przyjemnością słuchałam konwersacji obojga – z jednej strony łamaną polszczyzną – i starannego wybierania towaru. Oboje prześcigali się przy tym w uśmiechach. Kiedy transakcja dobiegła końca, nie omieszkałam rzucić uwagi, że był to wręcz wzorcowy kontakt dwóch różnych kultur. Zaprzeczenie tego wszystkiego, co mówi się o Polakach. Że ksenofobiczni, nietolerancyjni i wszystkie inne odmiany tych określeń. Pewnie na tym by się skończyło, gdyby...

Za mną w kolejce stała młoda dziewczyna, która włączyła się do rozmowy i sprowadziła mnie na ziemię. Dowiedziałam się, że większość z nas na obczyźnie rzeczywiście paskudnie się zachowuje. Za granicą jesteśmy wręcz niemili. Również dla siebie. Polak Polakowi nie pomoże. Raczej podstawi nogę, a od tubylców domaga się szczególnego traktowania.

Widząc moje zdziwienie, młoda dziewczyna szybko dodała, że wyjątki się zdarzają, ale one tylko potwierdzają regułę. I trudno jej powiedzieć coś pochlebnego o polskim środowisku za granicą, bo spędziła w takim cztery lata na Wyspach.

Chęć pozbycia się polskich sąsiadów przez Holendrów już mnie zatem nie dziwi. Zresztą nie muszę jechać do Holandii, żeby wyobrazić sobie rozpychających się tam łokciami Polaków. Bez cienia pokory. Bez znajomości savoir –vivre`u. Bez poczucia wstydu.

To mocne słowa, lecz dość mam na co dzień śmieci wyrzucanych nie do śmietnika, tylko zostawianych obok. Dość ironicznych spojrzeń przechodniów na widok sprzątającego po swoim pupilu znajomego. Dość wniosków o wycinkę drzew w osiedlach, zagrażających blaszanemu pudełku na parkingu. I dość niezrozumiałych decyzji na wysokich szczeblach, urządzających życie zwykłym mieszkańcom. Przykładów daleko szukać nie trzeba. Znajdą się i w Starachowicach.

Młode koleżanki oglądają w Internecie zdjęcia zagranicznych kurortów z myślą o wakacjach. Przebierają w ofertach niczym w ulęgałkach. Jak nie Grecja, to Kanary albo Wyspy Zielonego Przylądka. Ceny porównywalne. No i łatwość przemieszczania się, ponieważ często wystarczy tylko dowód osobisty. Żadnej z zaprzyjaźnionych starachowickich młodych rodzin nie przyjdzie do głowy, że mogą się znaleźć w miejscu, w którym źle się zapisali nasi rodacy. Bo hałasowali w ośrodku, wybrzydzali na jedzenie czy niestosownie się ubrali na zwiedzanie obiektów religijnego kultu. Jadą za granicę bez jakichkolwiek obiekcji. Pewność siebie się im chwali. Zazdroszczę. Z ociąganiem podawałam ostatnio paszport na lotniskach. Wstydząc się – nie boję się tego słowa - że jest to paszport polski. Jakby rzeczywiście wyzierał zza niego obraz roszczeniowego, bezwzględnego, małostkowego i nieporządnego Polaka. A ułatwiało mi przywołanie takiej wizji wcale nie tak znów dawne naganne zachowanie polskiego polityka na pokładzie samolotu lecącego ze świata do Polski.

/ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ