reklama

Styczniowy zryw

W numerze

Styczniowy zryw

"Historyczne czwartki" z dr. Krzysztofem Gęburą cieszą się niesłabnącą frekwencją. Tak było również w minionym tygodniu na wykładzie w Miejskiej Bibliotece Publicznej w naszym mieście.

Tym razem tematem było najdłuższe powstanie, jakim był zryw styczniowy (1863 r.), skierowany przeciwko imperium rosyjskiemu - na Litwie trwał do jesieni 1864 roku. Jakiś dociekliwy wnuczek słysząc od dziadka o ogromnych ofiarach w ludziach, o zsyłkach i represjach zapyta łysiejący autorytet.

- Czy przypadkiem ciągłe kłótnie rodaków o władzę, wpływy i duże pieniądze, podobne do obecnych opluwań, szkalowań i nienasyconej pazerności, nie spowodowały wzajemnej wrogości, którą wykorzystali sąsiedzi? A skoro już wykorzystali, to bycie niewolnikiem we własnym państwie (którego nie ma) wywołuje u zniewolonych naturalny odruch walki o utraconą niepodległość. Znów Polacy chwytają za broń, gdyż los podstawia na tacy ogromną szansę, o czym była mowa w wykładzie dr. Krzysztofa Gębury. Historyk przypomniał słuchaczom o porażce Rosji w wojnie krymskiej, co spowodowało osłabienie okupanta. Sprzyjającym czynnikiem wówczas była też łagodna zima. Główną i najważniejszą koniecznością chwycenia za oręż była jednak "branka" do wojska rosyjskiego, którą miało być objętych ok. 12 000 młodych mężczyzn, przeważnie aktywistów. Na dodatek nie wszystko przebiegało po myśli powstańców, gdyż rządy w Królestwie objął zwolennik współpracy z Rosją, Margrabia Wielkopolski. Jak przystało na Rząd Tymczasowy, jego członkowie dobrze wiedzieli, jak pozyskać przychylność najbardziej wykorzystywanej i licznej warstwy społeczeństwa, jaką stanowili chłopi, więc zaświecili im po oczach obłudnym lusterkiem uwłaszczenia.

Pierwszym dyktatorem powstania ogłoszono 50-letniego wówczas gen, Ludwika Mierosławskiego, który miał za sobą dowódcze doświadczenia z dwóch powstań w Wielkopolsce, zdobywanie arsenału i udział w bitwie grochowskiej, za które otrzymał Virtuti Militari. Ale był to kiepski wódz, co potwierdziły dwie potyczki, po przegraniu których powiesił szabelkę na kołku. Dodatkowy, wcale pozytywny, wpływ miała tu jego metryka. Obecnie pięćdziesięcioletni generał postrzegany jest jako super wartościowy dowódca, lecz w tamtych czasach w oczach podkomendnych uchodził za zgrzybiałego pryka. Dużo młodszym był ks. Stanisław Brzózka. Chociaż był duchownym nie w głowie mu było przebaczanie lub nadstawianie drugiego policzka. Wszedł do chlubnej historii powstańczej jako dowódca oddziału, nękającego Rosjan na terenach Lubelszczyzny i Podlasia. Nosił pseudonim "Ćwiek" i tak samo nazywano jego powstańców. Za ogromne zasługi Rząd Narodowy mianował go naczelnym kapelanem wojsk powstańczych w stopniu... generała. Był on ostatnim powstańcem, który dopiero późną wiosną 1865 roku, wraz ze swoim zastępcą Franciszkiem Wilczyńskim, stracony został na rynku w Sokołowie Podlaskim.

Również ostatnią egzekucją ale już w Warszawie, było stracenie na stokach Cytadeli Aleksandra Waszkowskiego. Ten zaledwie 24- letni naczelnik powstańczej Warszawy, w lutym 1863 r. wykradł Rosjanom cenne mapy służące później powstańcom. Jakby tego było mało, w lipcu tego samego roku, w biały dzień, z Kasy Rządowej Królestwa Polskiego wyniósł kilka milionów rubli, które znakomicie wykorzystali powstańcy. Był to oczywiście zastrzyk doraźny, ponieważ podstawę finansowania powstania stanowił podatek ofiary narodowej ściągany przez Rząd Narodowy. Na rzecz powstania spływały także składki i ofiary z zagranicy. Z funduszy tych kupowano ekwipunek oraz łożono na utrzymanie oddziałów. Za granicą nabyto też ok. 200 tys. karabinów, z których pomocą stoczyli łącznie ok. 1200 bitew.

Wspomnijmy też wartą odnotowania rolę biskupa krakowskiego Andrzeja Załuskiego, staraniem którego w pobliskim Parszowie wzniesiony został wielki piec (1782), w którym to zakładzie wyrabiano również broń dla powstańców. Następną miejscowością, będącą obecnie siedzibą miasta i gminy, jest Suchedniów. Na początku XIX w. Suchedniów stał się ważnym ośrodkiem przemysłowym, gdyż działał tu jeden z trzech pieców w Polsce służący do przetapiania żelaza oraz jedyne w kraju blachownie: w Parszowie i Mostkach. Tutaj właśnie zaopatrywali się kosynierzy w przerażającą broń, jaką były obosieczne kosy. Główny dostęp mieli do nich podkomendni gen. Mariana Langiewicza i Dionizego Czachowskiego. Karą za pomoc i udział mieszkańców w powstaniu, Suchedniów – jak wiele miast rosyjskiego zaboru – został częściowo spalony, a dodatkowo pozbawiony praw miejskich, które odzyskał dopiero w 1962 roku.

Długo można jeszcze prawić o wspaniałych postaciach tamtych czasów, jak chociażby Karol Kalita – Rębajło, którego oddziały stoczyły walki w pobliżu Lubieni i Iłży, generał Hauke Bosak, Romuald Traugutt stracony w Cytadeli, czy dzielna rodzina Prendowskich z Mirca. Ale zdarzali się, zdawać by się mogło wzorcowi, patrioci podobni przewodniczącemu Rządu Narodowego, urodzonemu w Denkowie w powiecie opatowskim Karolowi Majewskiemu, pochodzącemu z żydowskich neofitów, którego aresztowano i zapewniono aprowizację właśnie w Cytadeli. Po niedługim pobycie pod kluczem, zaczął sypać swoich kolegów, co nie uchroniło go od zsyłki na Sybir, gdzie przebywał 14 lat. Takimi właśnie oraz prawdziwymi patriotami zapełnione były cele X pawilonu Cytadeli, którą wzniesiono na polecenie cara Mikołaja I (1832-1834), czyli tuż po stłumieniu powstania listopadowego.

Analizując korzyści wynikające z powstań, trzeba uwzględnić straty w ludziach, sprzęcie oraz grabieże, podpalenia, zsyłki i wszystkie klęski spowodowane walkami kulturalnych ludzi wyznającymi DEKALOG. Zapewne każdy przyzna, iż jest to zaledwie cząsteczka tego co zdążyłem wynotować oraz cząstka wiedzy, którą – jak przyznał wykładowca - nie sposób omówić nawet w kilkunastu godzinach. Cieszy duże zainteresowanie słuchaczy, którzy zadają wiele pytań, jak też wnoszą jakże istotne szczegóły wynikające z rodzinnych przekazów.

Marek Oziomek

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ