reklama

Na innych łamach

"Newsweek" nr 15

W dzień masowych protestów przeciwko zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej Polacy po raz pierwszy demonstrowali przed siedzibami kurii w całym kraju – przypominają w rozmowie "Chodzi o władzę" Dominika Kozłowska, redaktor naczelna katolickiego miesięcznika "Znak", i rozmawiająca z nią Renata Kim.

Protest był wymierzony w Kościół instytucjonalny, który angażując cały swój autorytet, poparł konieczność zmian w przepisach. Ba, zaapelował o: niezwłoczne podjęcie prac legislacyjnych nad projektem obywatelskim "Zatrzymaj aborcję". Gdyby zmiany przeszły, zostałyby zapamiętane jako ustawa kościelna. Inna sprawa, że wielu katolików nie identyfikuje się z linią episkopatu. "Jak pokazują badania społeczne, coraz mniej ludzi uznaje autorytarny głos biskupów w kwestiach moralnych /.../. Socjologowie mówią o zjawisku sekularyzacji religii i moralności." Co z tego, że Polacy chodzą do kościołów, jeśli w indywidualnych sytuacjach sami podejmują decyzje w zgodzie z własnym sumieniem. To swego rodzaju emigracja wewnętrzna. Ale w ten sposób autorytet Kościoła spada. Owszem, religia jest obecna w szkołach, lecz wszyscy wiedzą, że to niedobre rozwiązanie. Tyle że biskupi właśnie przepisami ustanawianymi przez polityków chcą chronić państwo przed zeświecczeniem, co niejednego Polaka oburza. I swoją wiarę zaczynają przeżywać w oderwaniu od Kościoła. Pikietują też kurie. Cele hierarchów są czysto polityczne. Wcale nie chodzi im o ochronę życia. "Chodzi o zahamowanie zmian społecznych, które powodują, że zanika taki porządek społeczny, w którym kobiety mają miejsce w domu i w przestrzeni prywatnej, a mężczyźni – zwłaszcza dojrzali – w publicznej. I to oni nam urządzają świat. A teraz ten porządek władzy się załamuje na każdym polu, także w Kościele, czego świadectwem jest coraz żywsza dyskusja o roli kobiet we wspólnocie religijnej /.../. Niedawno na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II zaprezentowano raport o sytuacji rodzin wychowujących dzieci z zespołem Downa. Wnioski były pesymistyczne - są województwa, w których ponad 70 proc. z nich doświadcza ze strony instytucji państwowych dyskryminacji, nietolerancji, nie mają też dostatecznej opieki medycznej ani wsparcia instytucji kościelnych i wspólnoty wiernych. To pokazuje, że państwu i Kościołowi nie chodzi o realną pomoc dla takich rodzin." W szumnie zapowiadanym programie nie ma ani urlopów dla opiekujących się niepełnosprawnym dzieckiem, ani łączenia pracy zawodowej i pobierania zasiłku. A to jest przecież prawdziwa troska o życie! W narracji episkopatu zaś... perspektywa władzy.

"Tygodnik Powszechny" nr 4

"Oskarżam" to tytuł publikacji o. Ludwika Wiśniewskiego. W Polsce – jego zdaniem – umiera chrześcijaństwo. Wykorzeniają je gorliwi członkowie Kościoła. Biskupi milczą, niestety.

"Wprowadziliśmy w naszą religijność element, który ją rozsadza: wrogość. Jesteśmy nią nie tylko zarażeni, ale przyzwyczailiśmy się do niej: stała się do pewnego stopnia wręcz naszym znakiem rozpoznawczym. A gdzie jest wrogość, tam prawo obywatelstwa ma nienawiść – wroga przecież należy zniszczyć. Można więc pluć, drwić i deptać ludzi, można bezpodstawnie oskarżać ich o niegodziwości, a nawet zbrodnie, i równocześnie powoływać się na Ewangelię, stroić się w piórka obrońcy chrześcijańskich wartości i Kościoła, odbywać pielgrzymki na Jasną Górę, składać świątobliwie ręce do modlitwy i ukazywać w mediach rozmodloną twarz. Przecież to już nie jest chrześcijaństwo, tylko jego parodia." Świadczy o tym nasz stosunek do uchodźców i migrantów. Przeciwko którym jest dziś ponad 60 proc. Polaków. To namacalny rezultat agresywnej antykatechezy. Zwolennicy zamknięcia granic przed obcymi rzekomo bronią chrześcijańskiej cywilizacji. Tyle że nawet papież Polak uczył nas, że "człowiek jest drogą Kościoła". Mamy mu zatem służyć. Każdemu, bez wyjątku. "Aż się wierzyć nie chce, jak bardzo wrogość zagościła w głowach polskich katolików." Niedawno "jeden z bliskich mi i zasłużonych kapłanów powiedział: "na szczęście nasz rząd nie wpuścił tej dziczy do Polski..." Rządzący potrafili ulepić potwora i przestraszyć dwie trzecie Polaków, by odnieść wyborcze zwycięstwo. "Trzeba z całą mocą zawołać: polska polityka wobec uchodźców jest haniebna. /.../ Jeszcze nie tak dawno temu Polska była szanowanym liderem przemian po upadku komunizmu, a teraz stała się "chorym człowiekiem Europy". Nie widzicie tego posłowie i senatorowie? Wiele najpoważniejszych autorytetów oskarża was o niszczenie Polski, ja natomiast, z wielkim zażenowaniem, ale z całą stanowczością oskarżam was o niszczenie chrześcijaństwa i dlatego proszę, byście zaniechali głoszenia, że jesteście obrońcami Kościoła. /.../ Na polskich ulicach i placach, przy różnych okazjach, dają się coraz częściej słyszeć dziwne okrzyki, np.: "Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę", "Odsunąć żydostwo od władzy", "Biała siła! Biała rasa!" /.../ Politycy zdają się patrzeć na grupy wykrzykujące te hasła z przymrużeniem oka /.../. Również wielu duchownych uważa krzyczących za prawdziwych patriotów, na Jasnej Górze przyjmuje się ich z honorami /.../. Jakby nacjonalizm, antysemityzm i wrogość do obcych nie były śmiertelnymi chorobami. /.../ W najczarniejszych snach nie przewidywałem, że będę świadkiem takich wydarzeń. Że rządzący będą przekreślać znaczenie Solidarności i osiągnięć Polski po obaleniu komunizmu, że będą mówić, iż wszystko, co dobre, zaczęło się od nich – to byłoby jeszcze do przełknięcia. Problem w tym, że rządzący Polską uważają, iż po drugiej stronie nie ma konkurentów i przeciwników – są tylko zdrajcy. Dlatego pluje się na nich, wymyśla oszczerstwa /.../. Jedyną siłą, która w Polsce dysponuje jeszcze pewnym autorytetem jest Episkopat. /.../ Wybiła godzina, kiedy jesteście bardzo, ale to bardzo potrzebni - Kościołowi, lecz również Polsce."

"Nie" nr 10

Zaraza feminizmu dotarła do Watykanu – ogłasza Agnieszka Wołk –Łaniewska w tekście "Pingwin jedzie na szmacie". Znalazła w marcowej edycji comiesięcznego dodatku do "L`Osseravatore Romano" publikację o wyzysku zakonnic przez... księży.

Siostry opowiadają o kompletnie średniowiecznej pozycji konsekrowanych kobiet w kościele katolickim. "Zakonnice, które służą w domach biskupów i kardynałów, wstają o świcie, żeby przygotować śniadanie i kładą się nocą, kiedy kolacja jest podana, dom posprzątany, pranie wyprasowane. Jeśli otrzymują za to jakieś wynagrodzenie, to jest ono rzadkie, niepewne, bardzo skromne. A co gorsza, prawie nigdy nie są zapraszane do tego, żeby usiąść przy stole, do którego podają /.../. Czy jest normalne, że jedna osoba konsekrowana jest obsługiwana w ten sposób przez inną? I dlaczego osoby duchowne przeznaczone do obsługiwania innych osób duchownych to prawie zawsze kobiety?" Przecież święcenia chyba się od siebie nie różnią... Nie dość że zakonnice zarabiają grosze, to nie mają umów o pracę, ubezpieczeń. Ich "pracodawcy" nie interesują się, kto zapłaci za leczenie zakonnic, z czego będą żyły na starość. Także kongregacje traktują swoje członkinie bez szacunku. "Zakonnica pełniąca posługę w biskupim domu, szkole czy szpitalu, gdy zachoruje, z dnia na dzień odsyłana jest do swego macierzystego klasztoru, który skwapliwie posyła inną. Co więcej, przełożona żeńskich klasztorów bynajmniej nie sprzyja rozwojowi duchowemu swoich podwładnych: Często najzdolniejsze zakonnice nie dostają zgody na kształcenie, gdyż to mogłoby "wbijać je w dumę". Inne po zrobieniu doktoratu z teologii wysyłane są do pracy w kuchni czy przy sprzątaniu, bez słowa tłumaczenia, co zapewne też ma być lekcją pokory." O wynagradzaniu za pełnienie rozmaitych funkcji w parafiach nie ma mowy! Natomiast ksiądz z tej parafii, gdy prosimy go, żeby odprawił u nas mszę, żąda 15 euro." Za tym wszystkim stoi myślenie, że kobieta jest mniej warta niż mężczyzna.

"Polityka" nr 14

Liberałowie muszą znaleźć język do obrony swoich wartości – radzi Marcin Matczak, prawnik, w "Łowcach słów". Podpowiedzi zamyka w konkretnych zasadach demokratycznych dla kandydatów do wielkiej polityki.

Po pierwsze: "mów językiem wspólnoty, nie językiem jednostki czy partii. Nie mów: "moja partia się nie zgadza", mów "Polacy nie zgadzają się". Neoliberałowie mają problem z mówieniem za wspólnotę, bo szanują odmienność innych. Ale obrońcy prawa kogoś reprezentują i mają prawo mówić w imieniu tej wspólnoty, w podobny sposób jak Beata Szydło zazwyczaj mówiła w imieniu Polek i Polaków." Po drugie: "wolność od przymusu i prawo do samorealizacji uczyń absolutnie kluczowym elementem narracji, zwłaszcza kierowanym do ludzi młodych, kochających autonomię. Mów głośno o potrzebie dotrzymywania umów i grania według reguł gry. O odwadze w podejmowaniu decyzji i umiejętności, kiedy te decyzje okazują się błędne. Neoliberałowie mają problem z głośnym komunikowaniem wartości, które im przyświecają, ponieważ uznają je za oczywiste – to błąd." Po trzecie: "nie kręć i nie klucz. Tak jak dzieci szybko wyczuwają niespójność aksjologiczną rodziców, tak obywatele wyczuwają niespójność wartości władzy. /.../ Dlatego jeśli bronisz państwa prawa, a więc m.in. godności człowieka, nie możesz kluczyć w swoim stanowisku wobec przyjęcia uchodźców. Musisz być gotowy ich przyjąć, ale i pokazać, jak mimo to zapewnisz Polakom bezpieczeństwo" Po czwarte: "powtarzaj wielkie słowa, powtarzaj je z uporem. Odmieniaj wolność przez wszystkie przypadki. Nie bój się być nudny: niech prawda powtarzana tysiąc razy stanie się głośniejsza niż kłamstwo. /.../ Ale nie bądź agresywny i nie wdawaj się w pyskówki." Po piąte: "wyjaśniaj przystępnie działanie systemowych narzędzi, takich jak niezależność sądownictwa, ale mów przede wszystkim o wartościach, którym te narzędzia służą, nie o technikaliach. Miej dla wspólnoty wielki plan, którego elementem jest przywrócenie państwa prawa. Niech to będzie odzyskanie godnej pozycji Polski w Europie – powrót państwa prawa jest do tego niezbędny, ale staje się środkiem do realizacji większego, zrozumiałego celu." Ludzie potrzebują wielkich planów, by czuć się wspólnotą – podkreśla autor.

"Duży Format" nr 10

O "Jarosławie z walizki" Grzegorz Szymaniak rozmawiał z Klaudią Jachirą, aktorką i satyryczką. Lalkę prezesa zrobiła za pieniądze Polaków, z publicznej zbiórki, by była obecna zarówno w przestrzeni publicznej, jak i Internecie.

Jeździ z nią po Polsce, z minispektaklami, podobne wrzuca do sieci. Stała się zauważalna, kiedy udawała reporterkę TVP. Za kradzież cudzego utworu (logo telewizji publicznej) grożą jej stosowne sankcje. Sprawę prowadzi wydział do walki z przestępczością. Z występów jednak nie zamierza rezygnować. "Mówię o tym, co mnie rusza. A w tym momencie rusza mnie to, co robi PiS. To jest inna liga niszczycielstwa i nie mam ochoty w tym momencie śmiać się z czego innego. /.../ Lubię, jak filmik wywołuje emocje, lubię prowokację. /.../ Dużą oglądalność ma filmik, w którym opowiadam o skoku na SKOK –i o Polsce w ruinie. Jechałam rowerem wzdłuż Odry i zatrzymałam się w Nowej Soli. Przypomniało mi się, że w ruinach fabryki Szydło kręciła klip o zrujnowanej Polsce. No i te ruiny wtedy dalej tam stały – bo podobno niedługo po moim filmie je zlikwidowali – dokładnie w tym samym stanie. Nagrałam więc: "Widać uśmiechniętych robotników, którzy zostali zwolnieni za rządów PO, teraz pracują za godziwe pieniądze. Ogłusza mnie huk maszyn przędzalniczych, a pod fabrykę podjeżdżają tiry, które wiozą polskie nici /.../. Uważam też, że wyborcy PiS –u zostali kupieni za 500+. Co jest oszukiwaniem ich, bo jednocześnie przez ostatnie dwa lata podrożała żywność. Nie zarabiam tyle, żeby tego nie poczuć. PiS korzysta na tym, że społeczeństwo jest niewyedukowane. /.../ Nie mam pretensji, że ulegają populistom. Jest mi przykro, że nie zostali nauczeni mechanizmów rządzących takimi partiami, jak PiS. Dzieci od pierwszej klasy powinny mieć nauczanie ekonomiczne. /.../ Uważam, że najlepiej wiem, co zrobić z pieniędzmi, które zarobiłam. A rezultatem 500+ będzie ogromna inflacja. Dlatego opozycja powinna edukować na ten temat do skutku." K. Jachira ma "swojego" Jarosława. Gdyby zobaczyła żywego, pewnie by się rozpłakała z bezsilności. Ale jej lalka by go zwymyślała. Za to, że tak bardzo jest źle.

"Forum" nr 6

Mosad jest najlepszy. A jednak popełnia błędy. O zabójstwach na zlecenie Izraela opowiada w wywiadzie "To nie jest kraj dla sygnalistów", dla "Der Spiegel", dziennikarz śledczy Ronen Bergman.

W ciągu pół wieku izraelskie służby pozbawiły życia przynajmniej trzy tysiące osób, wliczając w to niewinnych ludzi, którzy znaleźli się w niewłaściwym miejscu o złym czasie. Koncepcję mordu i pozbywania się w ten sposób niewygodnych przeciwników wprowadzono już w początkach minionego stulecia. W walce z wrogami pomijając wszelkie międzynarodowe normy i zasady. "Każdy, kto miał na rękach żydowską krew, powinien być świadomy, że Mosad, czyli izraelskie służby specjalne, dopadnie go, choćby to miało trwać i kosztować nie wiadomo ile." Ba, Mosad działa poza politycznymi ramami. Nie ma wątpliwości, że jest jednym z najlepszych aparatów bezpieczeństwa. Mimo to, w latach 90. popełniono sporo błędów. Nie zauważono takich zagrożeń, jak Iran czy Hamas. W Norwegii zamordowano wskutek pomyłki niewinnego kelnera, zamiast przywódcy organizacji terrorystycznej Czarny Wrzesień. Agenci skompromitowali się też próbując otruć w Ammanie jednego z przywódców Hamasu albo zabijając w świetle monitoringu innego hamasowca. Z winy pychy i przekonania, że jest się nieomylnym. Zabijający w imię Izraela to młodzi ludzie, przed trzydziestką. To Żydzi, ale raczej nie urodzeni w Izraelu. Podejmowano wiele działań przeciwko Jaserowi Arafatowi. USA nie pochwalały ewentualnego zamachu. George W. Bush usłyszał więc: "Tak więc gdyby Izrael podjął jakieś działania, musiałyby być tak dyskretne, że nie dowiedzieliby się ani Amerykanie, ani Palestyńczycy." Kiedy J. Arafat zmarł naprawdę, pojawiły się pogłoski, że kryje się za tym Izrael. "Świat będzie zaszokowany, gdy się kiedyś dowie, jak daleko sięgała współpraca między izraelskimi i arabskimi służbami. Można jej zawdzięczać większość sukcesów, jakie zaliczano na konto Izraela w ciągu minionych 20 lat".

wybrała /ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ