Prawo do niewiary

Mimochodem

 

Szkolnych przewinień mam na sumieniu więcej. Jednego jednak wstydzę się bardzo, gdyż mieści się wręcz w kategoriach prześladowań religijnych. Nie pamiętam przy tym, żeby ktokolwiek z dorosłych zwracał uwagę nam, wówczas dzieciom, na to, jak niewłaściwe jest nasze zachowanie. A już na pewno nie klasowa wychowawczyni jednej ze starachowickich podstawówek. Pisałam o tym chyba przy okazji wprowadzania do szkół lekcji religii. Sama je też miałam w programie nauczania. 

Tak jak teraz, nie wszyscy w lekcjach religii musieli uczestniczyć. Niewierzących (tak, tak – w "czerwonej" PRL) między nami nie było, ale trafił się w klasie chłopiec z grona świadków Jehowy, który na lekcjach religii nie zostawał. Brał tornister i wychodził z sali. Tyle że prawie za każdym razem musiał forsować mur złożony z rówieśników, wyzywających go, popychających, odbierających mu tornister, zamykających drzwi. Od małego sekowany, na własnej skórze doświadczył, jak nic wspólnego z praktyką nie ma przynależność do Kościoła kat., kierującego się określonymi wartościami chrześcijańskimi. Dziś wiem, że one nie istnieją, są tylko pewne zasady moralne, którym można być wiernym lub nie. Bo jakaż była ze mnie katoliczka, jeśli świadomie znęcałam się nad kolegą, który wierzył w innego boga?

Za chwilę najprawdopodobniej wychowawcami w klasach zostaną katecheci. Zastanawiam się, czy mój mały kolega z dzieciństwa chciałby do takiej klasy chodzić? Będąc na jego miejscu, w żadnym razie się nie zgodziłabym. Sądzę, że przede wszystkim rodzice by do tego nie dopuścili. Tym bardziej że fakt nieuczestnictwa w lekcjach religii nie budzi już chyba emocji. Nie wydaje mi się jednak, by takich dzieci była w klasie przewaga. Większość na lekcje religii jest posyłana, choć wielu rodziców ma raczej luźny związek z Kościołem kat. Ale przecież lepiej się nie wychylać...

Zdeklarowany ateizm u nas jest nadal piętnem. Nie hołubi się wyznawców innych religii niż katolicka. Zwłaszcza w małomiasteczkowych środowiskach. Starachowice niczym się nie różnią pod tym względem. Poza świadkami Jehowy, mieszkańcy przynależą do kościołów – zielonoświątkowego, adwentystów Dnia Siódmego, ewangelickiego i pewnie jeszcze paru, których nie wymieniłam. Dzieci z tych rodzin uczą się w miejscowych szkołach. Mam nadzieję, że nie są traktowane tak, jak ja z koleżeństwem potraktowaliśmy przed laty naszego rówieśnika. Po kolejnych zmianach w szkolnej edukacji mogą jednak trafić do klas prowadzonych przez katechetów. I choć nic do nich nie mam – akurat koleżanka do niedawna uczyła w szkole religii – pomysłu resortu szkolnictwa nie popieram. Nauczona doświadczeniem, jak na wstępie, wolałabym, żeby dzieci uczestniczące przecież w różnych zdarzeniach, miały szanse odwoływać się do wychowawców, nie obarczonych zauważalną przynależnością do Kościoła kat. Każdy bowiem ich wyrok w konkretnej sprawie może nosić znamiona nieobiektywnego. Chociaż tak w rzeczywistości nie będzie.

Obecność emblematów wiary w przestrzeni publicznej już czyni tę przestrzeń niezupełnie świecką. A takim państwem jeszcze się mienimy. Tyle że to faktycznie swego rodzaju pośrednia forma między państwem świeckim a wyznaniowym. Daleko nam co prawda do Iranu, ale jeszcze dalej do standardów Francji. Argumentem za oddaniem wychowawstwa w klasach katechetom ma być m.in. ilościowa dominacja katolików w Polsce, którzy właśnie takich rozwiązań sobie życzą. A co w takim razie z poszanowaniem racji mniejszości? Agnostyków, ateistów oraz wyznawców innej wiary?

/ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ