Diagnoza

Mimochodem

 

Starachowice Miastkiem nie są. To umowna nazwa powiatowej miejscowości, w której socjolog dr hab. Maciej Gdula ze współpracownikami badał dobrą zmianę. Ale wiele się od niego nie różnią. Bo Starachowice również znajdują się na marginesie głównego nurtu zmian. 

I nas dotknęły prawie wszystkie dolegliwości związane z transformacją. Zamknęły się zakłady pracy, przez co drastycznie wzrosło bezrobocie. W ciągu ćwierćwiecza – podobnie jak badane Miastko – Starachowice musiały zmienić oblicze. I zmieniają nadal. Dzięki unijnym środkom trwa rewitalizacja dzielnic. O ile rynek nie zyskał spodziewanego statusu (brak zieleni i siedzisk w cieniu drzew zniechęca do dłuższego pobytu na wybetonowanym placu, z jedną miską wody w upalne dni), o tyle "skałki" są wręcz oblegane (latem trudno znaleźć miejsce przy fontannie). Po mieście można przemieszczać się rowerem, ale nie tak wygodnie jak w Miastku. Bo nie ma ścieżek rowerowych. Dopiero zapowiada je prezydent. I – co się chwali – po społecznych konsultacjach. Owszem, przy głównych ulicach działa handel, w mniejszym jednak stopniu gastronomia. I tak jak w Miastku, część niegdysiejszych handlowo – usługowych lokali stoi pustych, co ma związek z posadowieniem się nie tylko na obrzeżach zresztą, dużych sieciówek. Swoje centra handlowe ma osiedle "Południe", także "Majówka", nie mówiąc o zastawionej nimi ulicy Radomskiej.

Zabudowa Starachowic przypomina tę w Miastku. Bo są i blokowiska, i osiedla domów jednorodzinnych. Dość powszechny układ w wielu małych polskich miastach. W Starachowicach znajdują się hotele, lecz już stadionowi sportowemu brakuje dawnej świetności. No i straszy nieopodal niszczejący budek starego szpitala.

Całkiem dobrze ma się sektor gospodarczy. Dzięki strefie ekonomicznej, choć nie tylko, bezrobocie spadło poniżej 10 proc., co jest znaczące, przy przez jakiś czas temu ogromnym, stawiającym Starachowice w gronie miast najbardziej nim zagrożonym. "Nawet jeśli trudno określić Miastko mianem dynamicznie rozwijającej się miejscowości, to jednak daleko mu do obrazu zaniedbanej i marginalizowanej prowincji." Niczym w Starachowicach. Toteż i nastroje są podobne.

O swoich znajomych napisałabym to samo, co przeczytać można w opracowaniu M. Gduli. Część z nich polityką się nie interesuje, bo nie zawsze ją rozumie. Informacje czerpią z różnych stacji, również publicznej telewizji. Przeglądają fora internetowe dużo częściej niż ja; od nich znam więc treść fake newsów i tego całego hejtu, który ponoć się wręcz stamtąd leje.

Choć Kościół kat. jest istotnym elementem w życiu starachowiczan (większość znajomych mieni się katolikami), wielu do świątyń zagląda rzadko, lecz wszyscy przyjmują księży z kolędą; od rozmów o nim jednak uciekają. Urzędników Pana Boga utożsamiają z apostołami, przypisując księżom boskie cechy, uwalniają ich od ludzkich błędów, a przynajmniej usprawiedliwiają niedoskonałości.

Patrząc po wynikach wyborów można założyć, że starachowiczanie w ocenie kolejno rządzących są zbieżni z mieszkańcami Miastka. Część na pewno źle mówi o ekipie PO –PSL, zarzucając jej afery, zamiatanie spraw pod dywan i lekceważenie interesów zwykłych ludzi. Jednocześnie całkiem słusznie panuje przekonanie, że pozytywne zmiany są wynikiem nieuchronnego procesu, niezależnego nawet od woli i zaangażowania rządzących.

W Starachowicach lewica zawsze miała swój elektorat. Teraz głównie wśród pokolenia 50+. Po części w kontrze dla PiS. Ale nie dla jego socjalnego oblicza. Koleżeństwo w wieku emerytalnym, w razie finansowego programu PiS dla seniorów, bez wahania odda w wyborach głos na partię Jarosława Kaczyńskiego. Tak jak to zrobiło w 2015 r. Ze względu na skrócenie wieku emerytalnego i obiecane wsparcie rodzin z dziećmi. Zagłosowali nie na bliską im ideologicznie opcję, lecz na ewentualne profity. W głębokim ich cieniu pozostaje sposób rozumienia demokracji, a z nim sprawy Trybunału Konstytucyjnego, sądownictwa, Sądu Najwyższego i KRS. To kwestie niezbyt istotne dla ludzi, zainteresowanych raczej materialnymi. Dla niejednego nawet zachodzące zmiany to działania słuszne, bo wyrównują jakieś stare rachunki krzywd. M.in. z tych powodów starachowiczanie pewnie nie przyjęliby uchodźców, nie uciekając być może od pomocy na miejscu, w kraju ogarniętym wojną. I do wszelakich ruchów społecznych tłumnie się nie garną. Również sprzeciwiających się polityce PiS. Bo to, jak chyba mniemają, kolejna odsłona politycznej gry, w której elitom zależy na zaspokajaniu swoich interesów. Niech więc stare i nowe elity same się rozgrywają. Tyle że skutki tego mogą być nieprzewidywalne dla zwykłych ludzi. Niekoniecznie po ich myśli. Ale to się dopiero okaże. Albo i nie.

/ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ