Duch Wielkanocy

Mimochodem

 

Ćwierć wieku temu, kiedy rodzinne dziecko miało mniej niż 10 lat, bardzo chętnie uczestniczyło w świątecznych przygotowaniach. Tych związanych z tradycją i duchowością.

W Niedzielę Palmową nie honor było iść do kościoła z palmą ze sklepu. Każdy z członków rodziny robił sobie swoją. Później albo ją święcił, albo wybierało się jedną i z nią maszerowało na mszę. Zawsze za tę najładniejszą uchodziła oczywiście palemka dziecka. Choćby przypominała wiecheć. Bezcenny był zresztą widok malca prezentującego ów wiecheć ulicy i kościołowi.

Mimo że nie naciskany do praktykowania religii katolickiej, młody na swój sposób – w miarę upływu lat – wiarę w sobie pielęgnuje. Nigdy też nie protestował, kiedy to jego delegowano w Wielką Sobotę do święcenia jajek. Bez słowa brał koszyk i maszerował w czasach licealnych do kościoła. Pamiętając, że w dzieciństwie sam malował jajka, sam stroił koszyk i sam go zapełniał. Dziś, jeśli zdarzy mu się wcześniej przyjechać do rodzinnego domu, kultywuje zwyczaje wielkanocne z własnym synem. A że żona i matka dziecka jest bardzo do wszelkich tradycji przywiązana, już tygodnie wcześniej rozpoczynają się przygotowania, co jest dokładnie dokumentowane. Kończy się zdjęciami pięknie zastawionego stołu do wielkanocnego śniadania. I trochę później – zasiadających do niego domowników.

Tegoroczne święta zapowiadają się podobnie. Na pewno mniej będzie w okołoświątecznym czasie rozmów o porządkach czy potrawach i konkretnych działań, a więcej o wspólnym przeżyciu tych chwil. Bo jak każde święta, Wielkanoc ma specyficzny, właściwy tylko sobie duchowy wymiar.

Koleżankę mierzi licytowanie się, kto i na jakim etapie znajduje się w świątecznych przygotowaniach. Traktując je dosłownie, czyli w kategoriach czysto praktycznych. Akurat niedawno wymieniła okna, co było koniecznością, więc przebija wszystkie znajome mówiąc, iż ona okien przed świętami nie myje, bo... zastępuje je nowymi. I tak dopieka perfekcyjnym paniom domu. Dla wielu bowiem Wielkanoc to skupienie się na generalnych porządkach, gotowaniu, pieczeniu, by... w święta odreagowywać przedświąteczny pośpiech. Na coś dla ducha brakuje już ochoty.

Święta od dawna kręcą się wokół tego co materialne. Ich częścią są starachowickie kiermasze, gdzie – owszem – można kupić stosowne do okazji stroiki, akcesoria, ale również zabawki czy galanterię, nie mówiąc o regionalnych wyrobach spożywczych. Trafiają się i słynne sery korycińskie, i regionalne chleby na zakwasie oraz np. wyroby z gęsi, jak na jarmarku walentynkowym.

Miejsce przedświąteczne jarmarki uwiły sobie dobre. Pod skałami. Czyli w centrum. Wygodne dojście i dojazd ze wszystkich osiedli. A przecież takim celom miał służyć rynek. Tyle że tam... nie po drodze. I nie byłoby tak nastrojowo, o czym przekonano się po czasie. To niekoniecznie też scena dla występów artystycznych. Bo ciasno i z dala od przyrody. Dlatego lepiej pomyśleć pięć razy przed początkiem prac, zanim zacznie się zabetonowywać plac w zachodnich Starachowicach. Bo wielka płyta nie sprzyja spacerom i towarzyskim spotkaniom. Potrzeba zielonych płuc, jak pod skałami. To tam dziś tętni życie od wiosny do jesieni. Na ławce, w cieniu drzew, przy fontannie. I na wielkanocnym jarmarku, któremu tamtejsza natura wyjątkowo służy. Przyroda poza tym zawsze budzi ducha czy duchowość, jakkolwiek to rozumieć. I nadzieję. Zwłaszcza w Wielkanoc. Na wiosnę.

/ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ