"Nic mi w życiu nie umknęło"

Znani starachowiczanie

Na okładce

"Nic mi w życiu nie umknęło"

Znani starachowiczanie

Ze Starachowicami osobiście i zawodowo związała się dzięki uczuciu, jakim zapałała do mieszkańca naszego miasta. Lubelszczyznę zamieniła na województwo świętokrzyskie, by tu szerzyć swoją wiedzę pedagogiczną. Jest pełna charyzmy, z ogromnym poczuciem humoru. Z refleksją opowiada o czasach minionych, które - choć za nami - jednak mają wpływ na życie współczesne. Zapraszam na spotkanie z Kingą Kozłowską.

 

Zamość, tam urodziła się bohaterka naszego reportażu, Kinga Kozłowska. Swoje dzieciństwo spędziła na roztoczańskiej ziemi, w lasach ordynackich, gdzie stała leśniczówka. Mieszkała w niej z ojcem, który był leśnikiem, Janem Skrzyńskim, mamą Marią i dwoma siostrami, starszą Adelą i młodszą Romaną. Dzieciństwo dziewczynek to lasy i długie spacery a także wędrówki do szkoły.

- Część dzieciństwa spędziłam w lesie, dosłownie... Pojedynczy dom, zwierzęta, przepiękna rzeka Wieprz, najpiękniejsze łąki na świecie... - opowiada pani Kinga Kozłowska. - Takie zielone dorastanie...

Do Zamościa wróciła do szkoły średniej, gdzie rozpoczęła naukę w Liceum Pedagogicznym, które miało różne formy kształcenia. Nauka trwała pięć lat, a Kingę Kozłowską nauczono podstaw różnych dziedzin nauki, wymagano wiedzy humanistycznej, matematyczno – przyrodniczej, gry na instrumencie, podstaw historii sztuki, malarstwa a nawet elementów tańca.

- Dano mi podstawy tej lepszej strony mojego życia - mówi.

Zdolności naukowe wykazywała już w szkole podstawowej, po kilku dniach nauki w pierwszej klasie komisja egzaminacyjna przeniosła ją o rok wyżej. Dla małej Kingi była to druzgocąca wiadomość, która mimo nobilitacji okrutnie ją zasmuciła, ponieważ trafiła do klasy, gdzie każdy z każdym już się znał. Umiejętności czytania, pisania i rachunków nabyła obserwując swoją, o dwa lata starszą siostrę, Adelę.

Gdy w rozmowie wracamy do epizodu szkoły średniej, pani Kinga wspomina, że już na poziomie drugiej albo trzeciej klasy zaczęła pracować. Spowodowane było to faktem, że wszystkie trzy siostry były zbliżone wiekiem, wszystkie chciały się kształcić, a w domu u Skrzyńskich się nie przelewało. Młoda Kinga zaczęła być przewodnikiem po swoim ukochanym Zamościu, a z racji tego, że była harcerką stała się też dziennikarką. Pracowała jako korespondent w piśmie „Na przełaj”, będącym dodatkiem do gazety Sztandar Ludu.

Po maturze zdecydowała się zdawać na studia na Uniwersytecie Marii Curie - Skłodowskiej w Lublinie. Chciała studiować psychologię, jednak tego kierunku w tym mieście nie było. Skoro nie było psychologii wybór mógł być tylko jeden - pedagogika. Jak opowiada nasza bohaterka, wszystkie jej siostry dostały się na studia, co w tamtych czasach było bardzo nobilitujące. Ona również w 1959 roku rozpoczęła naukę na wyższej uczelni.

- Dostałam się na studia, choć egzaminy nie były łatwe - opowiada Kinga Kozłowska. - Dostało się 14 osób, skończyło 9. Egzaminy poprzedziły kursy przygotowawcze, które były czymś fantastycznym i wprowadziły mnie w egzotyczny studencki świat.

Kursy przygotowawcze na studia związane są z wydarzeniem, które zapoczątkowało przyjaźń pani Kingi z poznanym tam przyszłym studentem historii i prawa, Staszkiem.

- Spędziłam z nim cały okres studencki, zyskałam brata - ze wzruszeniem wspomina pani Kinga, ze wzruszeniem, gdyż mężczyzna już nie żyje. - Pracowaliśmy razem, pilnowaliśmy się wzajemnie. Razem zdawaliśmy nawet niektóre egzaminy. A potem, gdy któreś z nas miało problem, rozwiązywaliśmy go razem. Mój mąż robił nam kanapki i herbatę, a my debatowaliśmy. Znajomość ta przerwała 56 lat...

Studia pedagogiczne był dla pani Kingi, jak sama wspomina pięknym przeżyciem, gdzie obok przekazywanej wiedzy student miał świetny kontakt ze swoim wykładowcą. Obok pedagogiki rozpoczęła studia na Wydziale Biologii. Z tymi studiami związana jest anegdota dotycząca zaliczeń z anatomii. Wykładowca, który na zajęcia przyniósł żabę podłączył ją do prądu i...

- I ta żaba odżyła i centralnie skoczyła na mnie - ze śmiechem wspomina pani Kinga.

Teraz można się z tego śmiać, lecz wtedy ta młodziutka dziewczyna narobiła rabanu. Zaczęła krzyczeć przerażona, a asystent prowadzący zajęcia do końca studiów już nic od niej nie chciał. Studiowanie tych dwóch kierunków - pedagogiki i biologii - bardzo przydało się pani Kindze w późniejszej zawodowej działalności.

Naukę musiała łączyć z pracą, nie miała wyjścia. Rodziców nie było stać na utrzymanie trzech studiujących córek. Pracę podczas dwóch pierwszych lat nauki na UMCS przypłaciła wyczerpaniem organizmu. Z tego też powodu trafiła do sanatorium.

- Na trzecim roku przyznano mi stypendium naukowe, ono mnie uratowało - opowiada. - Mogłam zwolnić i zająć się nauką, jednak z pracy nie zrezygnowałam. Stypendium otrzymywało się nie tylko przez miesiące studiowania, ale też przez wakacje. Na czwarty rok studiów wróciłam mając zaoszczędzone pieniądze.

Kinga Kozłowska skończyła studia w 1964 roku, jest magistrem pedagogiki i biologii. Po studiach została na uczelni, gdzie była asystentką na Akademii Medycznej. Uczyła się języków, robiła tłumaczenia. Pozwoliło jej to rozwinąć zdolności pedagogiczne i zaprocentowało dodatkowymi umiejętnościami. Z pracy tam zrezygnowała w 1966 roku, kiedy wraz z mężem zjechała do Starachowic.

* * *

Będąc na studiach, na czwartym roku Kinga Skrzyńska poślubiła studenta weterynarii Józefa Kozłowskiego. Było to w roku 1963.

- To był chłopak, który znał moją starszą siostrę, a nawet się do niej zalecał - opowiada pani Kinga. - Nie pamiętam kiedy i jak go poznałam. Na prywatki i zabawy na studiach chodziłam z moimi kolegami z roku. Kiedyś z jednym z nich - Grzesiem, poszliśmy na zabawę. I ten Grześ poszedł do łazienki i zostawił mnie samą na sali. Wszyscy tańczyli, tylko nie ja. I wtedy właśnie zjawił się ten były chłopak mojej siostry i to był właśnie początek tej naszej miłości.

Zostali parą, a po dwóch latach znajomości Kinga Skrzyńska została panią Kozłowską. Cywilny ślub wzięli w Lublinie, natomiast kościelny odbył się w miejscu, gdzie mieszkał pan Józef, czyli w Starachowicach. Rodzina Kozłowskich do naszego miasta przyjechała ze Lwowa, skąd musiała uciekać, gdyż na Ukrainie groziła im śmierć.

- Rodzina mojego męża przyjechała do Starachowic, gdzie już wcześniej zamieszkał brat teścia - mówi pani Kinga. - Jednak zawsze sercem teściowie byli we Lwowie.

Jednak sam Józef, mimo że pochodził z kresów, czuł się starachowiczaninem. Bo tu się wychował.

Po ślubie państwo Kozłowscy mieszkali jeszcze w Lublinie. W 1965 roku urodził się ich jedyny syn, Paweł.

W 1966 roku zjechali do Starachowic, gdzie zaproponowano panu Józefowi posadę lekarza weterynarii. W tym czasie w Michałowie wybudowano lecznicę, gdzie znajdowało się również mieszkanie dla lekarza i jego rodziny. Młodzi małżonkowie mieli gdzie zamieszkać. I w ten sposób rozpoczęła się przygoda pani Kingi Kozłowskiej ze Starachowicami.

* * *

Na pana Józefa w naszym mieście praca czekała, natomiast pani Kinga dostała kilka propozycji zawodowych, m.in.: w Urzędzie Miejskim w Wydziale Oświaty, w urzędzie powiatowym, w bibliotece na stanowisku dyrektora placówki, w Empiku oraz w biurze dowodów osobistych ówczesnej milicji.

- Mój teść, gdy dowiedział się o ostatniej propozycji dostał jakiegoś szału, jak mantrę powtarzał: tylko nie milicja, tylko nie to, nigdy w życiu. Pierwszy i jedyny raz widziałam go w takim stanie. Nie poszłam do tej pracy, a po latach wiem, że zachowanie mojego teścia uchroniło mnie przed tą, dziś pewnie źle ocenioną decyzją.

Wybrała ofertę ówczesnego Urzędu Miejskiego w Starachowicach i tam, w roku 1966 rozpoczęła pracę, jako zastępca inspektora w oświatówce. Dla kobiety, która pracowała na uczelni, przestawienie się na pracę w pełnym wymiarze 8 godzin w urzędzie początkowo było szokiem. Dość szybko stwierdziła, że nie jest to praca dla niej. Po dwóch tygodniach złożyła wymówienie, w głowie świtały jej nowe pomysły na siebie. Jednak jej ówczesny szef Jan Nejthardt nie chciał, by odchodziła ze stanowiska. W końcu postawił warunek, że Kinga Kozłowska ma kogoś znaleźć na swoje miejsce. Zaczęła szukać, ale kolejni kandydaci nie odpowiadali szefowi. I zanim się znaleźli, minęło dwa lata.

- Pewnego razu, Miłka Mazurkiewicz powiedziała mi, że są tacy ludzie, którzy pracują w Strzelcach Opolskich. I są to Baśka Kowalska i Witek Kowalski, którzy być może zgodziliby się zamieszkać i pracować w Starachowicach - mówi Kinga Kozłowska.

Para ta przyjechała do naszego miasta, na miejsce pani Kozłowskiej do wydziału oświaty poszedł Witold Kowalski. Nasza bohaterka już wtedy była przygotowana do stworzenia pierwszej w rejonie Poradni Psychologiczno - Pedagogicznej. Zamysł ten miała pracując jeszcze w urzędzie, przygotowywała podwaliny do jej powstania.

- Poradnia powstała w 1968 roku a Barbara Kowalska została moim pierwszym pracownikiem - opowiada pani Kinga. - Ciekawostką jest to, że wtedy poradnia nazywała się wychowawczo - zawodowa. Była to bardzo świeża, prekursorska myśl.

Kinga Kozłowska była organizatorem i wieloletnim dyrektorem placówki. Pracowała tam 30 lat. Pierwsza poradnia usytuowana była przy Szkole Podstawowej nr 11 w Starachowicach.

- To był jeden pokoik. Potem zajęliśmy rozbieralnię w podpiwniczeniu, następnie dwie sale lekcyjne. A w 1983 roku dostaliśmy budynek przy Wigury 23. I stamtąd odeszłam - wspomina pani Kozłowska.

Pomysł na powstanie tego typu jednostki związany był z zainteresowaniami Kozłowskiej. Interesowała się psychologią, psychoterapią, zachowaniami ludzkimi oraz logopedią. Z tej ostatniej zrobiła dyplom na studiach podyplomowych u profesora Leona Kaczmarka z Lublina, twórcy studium. Była pierwszym rocznikiem w Polsce (1973 rok), który poznawał zasady współpracy z osobą z zaburzeniami logopedycznymi. Kinga Kozłowska została pierwszym w kraju logopedą z trzecim stopniem specjalizacji zawodowej. Była jednocześnie pierwszym logopedą w Starachowicach i w województwie świętokrzyskim.

- Ludzi, którzy potrzebowali pomocy było wielu, nie tylko dzieciaki ale też starsza młodzież. Nie było żadnych wzorców, myśmy je tworzyli. Warunkiem rozpoczęcia pracy w poradni było to, że każda nowa osoba wnosiła coś nowego, nową metodę poznawczo - leczniczą. Uczyliśmy się od siebie wzajemnie - mówi nasza bohaterka.

W 1997 roku Kinga Kozłowska zakończyła swoją pracę w Poradni Psychologiczno - Pedagogicznej w Starachowicach. Ale nie zakończyła kariery logopedy. Pomagała ludziom z zaburzoną mową, zarówno tym najmłodszym, jak i starszym. Zakładała poradnie logopedyczne w regionie, nawiązała współpracę w Miejskim Ośrodkiem Pomocy Społecznej. Swoją wiedzą dzieliła się ze studentami w Kielcach. W sumie na uczelniach przepracowała ponad 20 lat.

- Jestem praktykiem. W mojej pracy na przestrzeni lat trafiły mi się wszystkie opisane przypadki pacjentów. Nie boję się z nimi rozmawiać, przepadam za dziećmi. Udało mi się pomóc wielu ludziom...

Kinga Kozłowska od 1968 roku działa w Towarzystwie Przyjaciół Starachowic. Była również radną miejską w latach 1998 - 2006.

* * *

W swoim życiu napisała osiem książek popularno – naukowych, a także ponad 150 artykułów i felietonów, do Gazety Starachowickiej również. Nie boi się poruszać kontrowersyjnych tematów.

- Jestem ciężko historycznie doświadczona - mówi Kinga Kozłowska. - Jestem dzieckiem Żołnierza Wyklętego, który po wojnie oddał życie za przynależność do Armii Krajowej. Pamiętam dom „niebieski” od milicji, pamiętam aresztowania mojego ojca. Do jego śmierci włącznie. To jest coś, co we mnie zostało (...). Pamiętam spotkania AK-owców u mnie w domu, pieśni partyzanckie. Tu jestem pamięcią...

Kinga Kozłowska kilka tygodnia temu opublikowała felieton dotyczący pomnika ku czci czerwonoarmistów znajdującego się przy ul. Piłsudskiego. Po publikacji myślała, że spotka się z nieprzychylnymi uwagami ze strony czytelników - mieszkańców Starachowic. Jest jednak inaczej.

- Ta sama pamięć o moim ojcu czy też o chrzestnym ojcu mojego męża, przedwojennym oficerze Wojska Polskiego, który zginął w łagrach osadzony tam przez NKWD, nie pozwala mi zapomnieć o tym, że tam też leży żołnierz. Mój ojciec nim był i wiem, że nie można tak traktować ludzi, którzy oddali swoje życie za to miasto, za Starachowice.

Jak mówi, nie można negować tego, co było i tego w jakim kraju przyszło nam żyć na przestrzeni lat 1945 - 1989.

- Tamta rzeczywistość pozwoliła mnie i moim siostrom, ale też wielu innym młodym ludziom, skończyć studia. Ja bym w życiu nie mogła pomagać innym, gdybym ich nie skończyła. Tamta rzeczywistość pozwoliła nam się kształcić. Ona nie jest czysta politycznie. Ale obecna również nie. A historii nie można traktować wybiórczo.



W mieszkaniu przy lecznicy weterynaryjnej w Starachowicach - Michałowie małżeństwo Kozłowskich mieszkało 20 lat. Potem wybudowali dom. Śmiech ukochanej wnuczki Kaliny, zwanej Kalą, wypełniał ściany domostwa. Dziadkowie pokazali dziewczynce Polskę i kraje znajdujące się poza jej granicami.

Kalinka wolne chwile uwielbiała spędzać z babcią i dziadkiem.

Wnuczka Kingi Kozłowskiej była również „twarzą” jej publikacji książkowych. Rosła wraz z wydawanymi przez babcię książkami traktującymi o rozwoju dziecka. Obecnie, 23- letnia już kobieta jest studentką weterynarii w Olsztynie. Czy wpływ na wybór Kaliny miała praca dziadka Józefa? Pewnie tak.

Kinga Kozłowska o swojej wnuczce mówi z miłością i zachwytem i kibicuje jej każdego dnia.

Ukochany mąż Józef zmarł 13 lat temu. Pani Kinga straciła nie tylko męża, ale jak sama mówi i kumpla, i przyjaciela.

- W moim życiu on sprawdził się najbardziej...



Kobietom, jak mówi powiedzenie, do aktu urodzenia się nie zagląda. Choć sama o sobie mówi, że jest już starszą panią, to każdy kto poznał Kingę Kozłowską uśmiecha się i mówi, że chciałby być „taką starszą panią”. Pełną humoru i charyzmy.

- Chciałabym być jeszcze przydatna - mówi pani Kinga Kozłowska na zakończenie naszej rozmowy.

Po czym wsiada do samochodu i odjeżdża na kolejne spotkania. Bo ma jeszcze dużo do zrobienia.

Anna Ząbecka

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ