Na innych łamach

"Newsweek" nr 9

Tak naprawdę Donald Trump nie ma pojęcia, jakim cudem został wybrany i co dalej robić – powiedział Tomaszowi Lisowi w wywiadzie "Idiota w Białym Domu" Michael Wolf, autor książki "Ogień i furia. Biały Dom Trumpa".

Hillary Clinton niewątpliwie była słabym kontrkandydatem. Populizm dochodzi do głosu na całym świecie, ale to i tak nie tłumaczy faktu, że D. Trump nagle znalazł się na samym szczycie w USA. "To niesamowicie głupi człowiek. /.../ Ja mogę tylko stwierdzić, że Trump był bardzo dziwacznym kandydatem. Taka też jest jego prezydentura, która będzie tylko tymczasowa, bo on nie zostanie ponownie wybrany, nawet jeżeli uda mu się przetrwać pierwszą kadencję. Zagadka prezydentury Trumpa jest trudna do rozwikłania. Chyba tylko Bóg jest to w stanie pojąć". Wszyscy, którzy dla nowego prezydenta rozpoczęli pracę w styczniu 2017 r., myśleli, że musi on coś w sobie mieć. Coś wyjątkowego. Także sprytny plan na siebie i swoją prezydenturę. Tymczasem okazało się, że żadnych zdolności i narzędzi nie ma, by funkcjonować w tym środowisku. Jego wybór to wielki błąd. Coś, w czym nie ma żadnej logiki. "On nie czyta zupełnie niczego! Dosłownie. Jeśli ma przed sobą tekst, to tak jakby słowa same się przed nim zamazywały i odkłada go na bok. To sprawia, że wszystkie informacje docierają do niego z innych źródeł – od ludzi, którzy go odwiedzają, albo z telewizji. Ale on nie tylko nie czyta, on również nie słucha. Największy problem Białego Domu polega na tym, jak dostarczyć mu informacje." Albo przez telewizję, albo z pomocą przyjaciół, z którymi rozmawia po nocach. Co z tego, że uda mu się dobrze przeczytać z promptera przemówienie, i to dobry tekst, jeśli zaraz zepsuje wrażenie jednym wpisem na Twitterze. "Trump nie tylko nie ma żadnego doświadczenia w polityce, ale on również się nią nie interesuje. Zachowuje się tak jak w biznesie, jak szef rodzinnej firmy od nieruchomości. /.../ On lubi się otaczać słabymi ludźmi, którzy spełniają jego zachcianki i kaprysy. Ciągle kogoś zwalnia, z nikim nie jest w stanie się dogadać." Nie ma też logicznego wytłumaczenia, dlaczego dwie najbliższe mu osoby, córka i zięć, piastują tak wysokie stanowiska. I oni nie mają odpowiedniego wykształcenia i doświadczenia, co uprawniałaby ich do roli doradców. Dla wszystkich innych osób z otoczenia prezydenta jest to ekstremalnie trudna sytuacja. Istnieje obawa, że nie wszyscy zechcą tkwić w Białym Domu. Jeśli w listopadzie zwyciężą w wyborach demokraci, jest duża szansa na impeachment. Choć lepiej, gdyby prezydentura zakończyła się w sposób naturalny. W każdym razie D. Trump na pewno uważa się za szczęśliwego człowieka, mimo że ta historia dla Ameryki dobra nie jest.

"Przegląd" nr 6

"Bastion katolicyzmu blisko aborcji" (tytuł tekstu). Premier Irlandii uważa, że nie można dłużej "eksportować problemu" – donosi Tomasz Borejza. Na przełomie maja i czerwca br. ma się tam odbyć referendum dotyczące legalizacji aborcji właśnie.

Nie do wiary - w kraju, uchodzącym do niedawna za najwierniejszą córę Kościoła kat. W 1937 r., w konstytucji wpisano nawet jego przewodnią rolę i specjalną pozycję. Kobietę zaś przypisano do domu. I wcale nie było to martwe prawo. Bo mężatki nie mogły pracować w bankach ani urzędach. Do 1978 r., antykoncepcja była nielegalna, później środki zapobiegające ciąży sprzedawano jedynie małżeństwom. "Kobieta nie mogła odwiedzić pubu i nie miała prawa do posiadania nieruchomości. Nie mogła także odmówić mężowi seksu, bo uważano, że ten jest jego prawem i nie istnieje coś takiego jak gwałt małżeński. Tak samo jak nie uznawano przemocy domowej." Jeszcze na początku lat 90. nie było rozwodów. Przynajmniej dla katolików /.../. Nielegalna była aborcja. Sankcje złagodzono dopiero w 2013 r. Dziś jednak za aborcję kobiecie grozi 14 lat więzienia. I to ma się zmienić. Tajemnicą poliszynela jest, że tysiące Irlandek usuwa ciążę za granicą, głównie w Wielkiej Brytanii. Premier napisał na Twitterze, że "Te podróże nie muszą się odbywać". Wtórował mu minister zdrowia : "Nie mogę zamknąć oczu na to, że 3265 naszych obywatelek z każdego hrabstwa podróżowało w 2016 r. do Wielkiej Brytanii. Nie mogę przejść obojętnie obok sytuacji, w której pigułki wczesnoporonne są nielegalnie kupowane przez kobiety, a te korzystając z prywatności swoich sypialni, zażywają je bez żadnego nadzoru medycznego." Rząd zapowiada, że jeśli społeczeństwo opowie się za aborcją, będzie ona dostępna "na życzenie" do 12. tygodnia ciąży. Tyle że ostateczny kształt przepisów trzeba będzie wspólnie wynegocjować. Wszak i w Irlandii nie brakuje obrońców życia poczętego. "Zmiana postaw wobec aborcji to wynik wieloletniej pracy ruchów kobiecych, które domagały się legalizacji usuwania ciąży, ale ze swoimi postulatami długo odbijały się od ściany, ponieważ politycy albo bali się zadzierać z Kościołem, albo zgadzali się z tym, co mówi. Kampania trwała latami, by osiągnąć przełom w 2012 r., kiedy w jednym z irlandzkich szpitali zmarła młoda kobieta, której odmówiono przeprowadzenia zabiegu, w czasie gdy roniła ciążę. Po tym przyszły manifestacje /.../." Dziś w Irlandii Kościołowi kat. ufa zaledwie kilka procent obywateli. Można powiedzieć, że za laicyzacją społeczeństwa kryje się... Rzym.

"Forum" nr 3

Nacjonalizm, złość, populizm – bułgarski politolog Iwan Krastew w wywiadzie "Swojskie Niemcy", dla "Der Spiegel", tłumaczy wewnętrzny podział Europy.

Niemcy długo żyli w raju. Nie inaczej, jeśli się ma stabilną gospodarkę, duże zaufanie do instytucji publicznych, partii politycznych i mediów. Tkwiąc w swoim własnym świecie trudno zrozumieć problemy innych. Sporo ostatnio zmienili uchodźcy i nawet afera z silnikami Diesla w autach Volkswagena. Raj się skończył. Niemcy powoli pojmują, że inni nie są złoczyńcami, którzy pasjami naruszają zasady. Zaczynają rozumieć, że inne narody na własną rękę zmagają się z czasami przełomu. W całej Europie druga generacja zmienia optykę, zastanawiając się nad swoją tożsamością. Proces ten pociąga za sobą skutki polityczne, również wzrost populizmu. Rewolucje są atrakcyjne, bo pociągają za sobą zmianę elit. Tak stało się w Niemczech. W Polsce i na Węgrzech po 1989 r., nowe elity nie usunęły starych, lecz je dokooptowały w nadziei, że stara kadra się zreformuje. Teraz to się nie podoba. Ludzi ogarnia złość. Na Zachodzie Europy dochodzi lęk przed... migrantami z Europy Wschodniej. Polska straciła 2,5 mln ludzi, Rumunia – 3,5, Litwa – 600 tys., Bułgaria – 10 proc. ludności. Populiści notują największe poparcie tam, gdzie nastąpił największy odpływ ludności. W Polsce, przeżywającej boom gospodarczy, złość i resentymenty mają znaczenie kulturowe. "Paradoks globalizacji polega na tym, że choć ludzie są obecnie bliżej siebie niż kiedykolwiek, to odrzucają uniwersalistyczne ideologie. Po upadku komunizmu Europa uważała, że jej system polityczny jest uniwersalnym wzorem dla całego świata. /.../ Unia Europejska bazuje na idei równości wszystkich obywateli świata. Jeśliby wziąć poważnie to założenie, to albo musiałyby na świecie zniknąć wszystkie różnice ekonomiczne i polityczne, albo należałoby – co jest niemożliwe – dać każdemu obywatelowi świata możliwość zamieszkania tam, gdzie zechce." To przecież utopia. Mamy zatem zamiast uniwersalizmu tendencję do zamykania się i wykluczania obcych. Ba, dalej istnieje głęboka rysa mentalna między Wschodem i Zachodem. "Dobrym przykładem jest Polska. W telewizji widzimy na bieżąco, że kraj jest rozdarty i wielu Polaków nie zgadza się z poczynaniami rządu, które podważają trójpodział władz. Unia chce teraz wprowadzić sankcje. Co mają robić Polacy o liberalnych poglądach? Są przeciw rządowi? Tak. Ale czy popierają działania unijne? Nie, bo także oni uważają, że suwerenne państwo samo powinno rozwiązywać swe problemy". Politolog przestrzega, że populizm rodzi antypopulizm. Tyle że im bardziej będzie się ludziom wmawiać, że są faszystami, tym większe prawdopodobieństwo, że się nimi staną.

"Polityka" nr 8

Zdaniem Sławomira Sierakowskiego, powstaje "Nowa żelazna kurtyna". Europa dzieli się na dwie części, które coraz mniej nawzajem się rozumieją. Jedna część walczy z populizmem, druga zaś się w nim pogrąża.

Dekady integracji mogą zostać zmarnowane. Badacze podzielili Europę na cztery części. Wschodnią – od Polski po Macedonię, Zachodnią – od Szwajcarii po Wielka Brytanię, Północną – Skandynawia i państwa bałtyckie oraz Południową – od Grecji do Portugalii. "Nasz region okazuje się jedynym, gdzie populiści wygrywają konkurencję z tradycyjnymi partiami. Rządzą w 7 na 15 państw (Bośnia, Bułgaria, Czechy, Węgry, Serbia, Słowacja i oczywiście u nas), współrządzą jeszcze w dwóch, w trzech są zaś głównymi siłami opozycji (Kosowo, Macedonia i Czarnogóra). W 2000 r., jedynie w dwóch państwach populiści przekraczali wynik 20 proc., dziś aż w dziesięciu. Polska opisywana jest jako najbardziej rażący przykład." Badacze wobec nas i Węgier mają najgorsze przewidywania. Przytaczają zniszczenia w sądownictwie i mediach. Uważają je za trwałe zaburzenie trójpodziału władzy i demokratycznego procesu w parlamencie. Jednocześnie pocieszają się, że w Europie Zachodniej populizm nie pójdzie tak daleko. Tym bardziej że we Francji i Wielkiej Brytanii poparcie dla populistów spada. "W Europie Wschodniej populiści, wobec nie działających mechanizmów kontroli i równowagi, mogą sobie zapewnić wybór na następne kadencje, a w Europie Zachodniej wydaje się to niemożliwe." O ile np. w USA ani służby specjalne, ani armia nie stanęłyby po stronie Donalda Trumpa, gdyby próbował przekroczyć granice swoich kompetencji, o tyle "w Polsce służby specjalne są ramieniem partii rządzącej, a prokuratura i policja coraz wyraźniej chronią demonstracje rządowe i nie patyczkują się z opozycjonistami. Już zapadło 226 zaocznych wyroków na uczestników antyrządowych demonstracji. /.../ W naszym regionie w hierarchii wartości wyżej są potrzeby materialne, a w Europie Zachodniej większe znaczenie mają postmaterialne, takie jak wolność słowa, równość wobec prawa, równość płci, poszanowanie procedur i rozdziału władz. /.../ Nic dziwnego /.../, że wielu Polaków w Unii Europejskiej pociągają wyłącznie fundusze europejskie, a nie wyższe wartości. Pęknięcie między Niemcami, Francją i Włochami a Polską, Czechami, Węgrami i Słowacją najlepiej obrazuje, na czym polega różnica między materialistyczną Europą Wschodnią i postmaterialistyczną Zachodnią." Inna rzecz, że Europa Wschodnia to pokomunistyczne państwa, stąd brak w nich albo słabość lewicy. Upadek komunizmu stworzył poza tym zupełnie odmienne społeczeństwo obywatelskie. W założeniu miało być skupione na rozwiązywaniu społecznych problemów, nie angażujące się w sprawy polityczne. Nic dziwnego zatem, że nieporównywalnie mniej ludzi bierze u nas udział w demonstracjach. I tak oto oddalamy się od Zachodu znacznie szybciej niż się wydaje. Unia rozpada się w tym samym niemal miejscu, gdzie w 1946 r., Winston Churchill nakreślił przebieg żelaznej kurtyny. "Historia zatacza koło. Europa Zachodnia zmierza dziś w przeciwnym kierunku niż Wschodnia. Tam chcą się reformować, tu się odsuwają."

"Nie" nr 5

Olbrzymie poparcie dla PiS nie bierze się znikąd. Ono się bierze z budżetu państwa – twierdzi Tadeusz Jasiński w "Parówce wyborczej". Tak właśnie działa klientelizm polityczny.

Rządzący wychodzą z założenia, że jak obywatel coś od władzy dostanie, będzie jej wdzięczny i to na nią zagłosuje w kolejnych wyborach. Nic dziwnego zatem, że rządzący po zwycięstwie biorą wszystko. Trzeba przecież ulokować szwagra na dobrej posadzie i kolegę szwagra. "Mistrzami w tej dziedzinie byli ludowcy z PSL. Tyle że w 2015 r., sprawa się rypła. Wygrało PiS, bo zapowiedziało, że frukty popłyną tam, gdzie dotychczas nie płynęły. Co było gówno prawdą, bo "500 plus" śmignęło w miejsce, gdzie kolosalny hajs już dopływał. Znaczy na wieś." Teraz pisowcy poszerzają więc zastępy ludzi, którzy wyrażą im wdzięczność przy urnach. To przede wszystkim górnicy, którym wypłacono po 10 tys. zł z racji utraconego deputatu węglowego. "235 tysięcy osób wraz z rodzinami stało się dłużnikami rządzącej partii. A kto wie czy nie więcej, bo już trwają przygotowania do poszerzenia grupy deputatowych beneficjentów o wdowy i sieroty po górnikach nie będących emerytami i rencistami, ale pracownikami." Z kolei rolnikom umorzono długi. Można tak postąpić, jeśli wylegitymuje się pechem graniczącym z nieszczęściem lub klęską żywiołową. W tym roku szykuje się absolutny rekord umorzeń. Ponad 40 mln zł. Jak zatem PiS ma się nie umocnić w rejonach wiejskich? Około sześćdziesięciolatkowie 500+ nie dostaną, ale i im można umorzyć długi. "Okazało się że około roku 1990 kilkaset tysięcy ludzi zaciągnęło kredyty mieszkaniowe. Z absolutnie nieprzewidywalnymi odsetkami." Przez to cena małego mieszkania w miarę upływu lat "zaczęła być warta tyle, co wypasiony dwupoziomowy apartament młodszy o 1,5 dekady. /.../ Niemal 300 tysięcy właścicieli spłacanych mieszkań wisiało /.../ bankowi ponad 20 lat nieco ponad 5 mld zł. Od tego momentu kredytobiorcy spłacili bankowi ok. 7 mld zł. Państwo dopłaciło w tym czasie /.../ 28 mld zł. Do kupy daje to 35 mld zł, czyli siedmiokrotność kredytu. A mimo to pod koniec zeszłego roku bank policzył należności wobec siebie na kolejne 4 mld zł. /.../ Machnięto ustawę umarzającą "kredyty starego portfela", która mówi, że jeśli ktoś spłaci szybko kapitał, to odsetki zostaną mu umorzone" Wszyscy są zadowoleni. Te kilka tysięcy klientów i ich rodziny. Również bank, bo zaległe odsetki dostanie z budżetu. Zresztą to bank państwowy. Tylko 750 tysięcy osób z rodzinami zagłosuje raczej na opozycję. Frankowicze, którzy na podobny myk liczyć nie mogą.

wybrała /ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ