reklama

Kilka krzyżyków w tył

Mimochodem

 

Przyzwolenie na stawianie w kratkach kart wyborczych wręcz esów – floresów przyjęłam z niedowierzaniem. Może dlatego, że nadejście każdego nowego roku jest dla mnie zawsze synonimem kroczącego postępu cywilizacyjnego. A co za tym idzie, wiąże się z nabieraniem doświadczenia, doskonaleniem umiejętności. Ba, kojarzy się z dążeniem do perfekcjonizmu. Nie przypuszczałam więc, że kto jak kto, ale najwyższe siły w państwie zwolnią mnie z akuratności. Zezwolą na bylejakość. Gorzej, dadzą zielone światło chaosowi.

Krzyżyki stawiali nasi pradziadowie, którym nie było dane chadzać do szkół, by nauczyć się, choćby w minimalnym stopniu, czytać i pisać. Zaraz po wojnie było ich całkiem sporo (nie wiem, czy przypadkiem nie byliśmy w Europie najbardziej zacofanym edukacyjnie społeczeństwem?), toteż ówczesna władza wydała analfabetyzmowi wojnę. Posadzono w ławach szkolnych rzesze Polaków, dla których największym sukcesem była dotąd umiejętność postawienia krzyżyka w miejscu przeznaczonym na podpis. Dziś zakwestionowano nawet opanowanie tej sztuki. Jedną ustawą cofnięto nowoczesne, wydawałoby się, społeczeństwo, do świata sprzed okresu z trudem niesionego kaganka oświaty.

Zgoda na zamazywanie kratek na kartach wyborczych, a nawet robienie notatek na wyborczych kartach, to uderzenie w intelekt przeciętnego obywatela. Rodzaj dyskryminacji. Dzielenie ludzi na jedynie światłych (rządzący) i z IQ poniżej normy (suweren), którzy z krzyżykiem w wyborczej kratce sobie nie poradzą. To mocny cios dla rozumu homo sapiens, polskiego społeczeństwa prawdopodobnie obecnie jednego z bardziej wykształconych w Europie. Gdzie jak gdzie przecież, ale u nas rozmaite szkoły wyższe aż pękają w szwach. Wszak nigdy nie było tylu osób z licencjatem i tytułem magistra. Przewody doktorskie też nie są żadnym zaskoczeniem. Często słyszę, że otwierają go kolejni młodzi starachowiczanie. Inna rzecz, że np. syna koleżanki, z wrodzonym talentem do zgłębiania wiedzy, nigdzie indziej, jak właśnie na uczelni, nie widzę. Pewnie podobnego jemu koleżeństwa ze Starachowic jest więcej. Zaskakuje jednocześnie to, że wszyscy oni pozwalają sobie wmawiać, że są tak niedouczeni (nawiasem mówiąc, co to zatem za doktorat, co to za kadra uczelniana!), iż nie zdołają postawić porządnego krzyżyka w kratce, przyporządkowanej nazwisku kandydata na samorządowca w nadchodzących wyborach.

Sądząc po sobie, Polacy są przynajmniej na tyle wyedukowani, że przynajmniej w minimalnym stopniu ogarniają rzeczywistość, rozróżniają partie, ugrupowania na scenie politycznej i ruchy obywatelskie. A jeśli mają z tym kłopot (choć to obelga z mojej strony pod adresem społeczności starachowickiej, bo tę mam na uwadze), to na pewno znają dossier, w potocznym rozumieniu tego słowa, co bardziej aktywnych sąsiadów, dalszych znajomych itd. Tym bardziej że nasze miasto duże nie jest i większość ludzi się zna. W każdym razie łatwo się dowiedzieć jedni o drugich. Dlatego czuję się niedoceniona.

Jak ktokolwiek z trzymających władzę mógł pomyśleć, że nie poradzę sobie, podobnie jak grono moich znajomych, z postawieniem krzyżyka w kratce, nad czym – jako świadomi obywatele – przed dniem wyborów długo i dobrze się zastanawiamy. Akt głosowania nie jest czymś zwykłym, nie zdarza się co dzień, więc każdy ma czas na dogłębne przemyślenia, a nawet potrenowanie krzyżowania dwóch kresek.

Trzymający władzę jedną ustawą odebrali mi pewność siebie. Pozwalając na zrobienie z karty do głosowania brudnopisu, zdegradowali mnie do poziomu najgorszego ucznia w klasie. Nie przypuszczałam, że będę świadkiem czasów, kiedy nobilituje się naganne zachowania i oceny. Parafrazując C.K. Norwida: intelekt sięgnął bruku.

/ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ