reklama

Ksiądz niezłomny. Historia prałata Bogdana Lipca.

Na okładce

Ksiądz niezłomny. Historia prałata Bogdana Lipca.

Okrucieństwa wojenne widział oczami dziecka. Jako młody chłopak obserwował bohaterską postawę brata. W kontaktach z władzą PRL wykazał się niezłomną postawą. Profitom się nigdy nie kłaniał, a teraz jego postawa została doceniona przez najwyższe władze państwowe. Zapraszam na spotkanie z księdzem prałatem Bogdanem Lipcem.

W progu swego mieszkania znajdującego się na tyłach kościoła w Michałowie wita mnie uśmiechnięty pan. W kuchni leży pies, otwiera jedno oko i z powrotem wraca do ulubionej czynności, czyli do spania. Przez całe spotkanie, całą rozmowę z księdzem Lipcem będzie cierpliwie leżał u stóp swojego pana.

- On jest tak samo stary, jak ja - mówi ze śmiechem ksiądz prałat Bogdan Lipiec, proboszcz senior parafii p.w. Matki Bożej Królowej Polski w Michałowie. - Razem się starzejemy...

...

Bogdan Lipiec urodził się

1 października 1936 roku w miejscowości Pawliczka (gmina Rzeczniów, woj. mazowieckie). Był najmłodszym z siedmiorga dzieci Władysława i Natalii Lipców. Cudowne dzieciństwo małego Bogdana zostało brutalnie przerwane. Gdy miał trzy latka rozpoczął się okrutny czas w życiu małego chłopca.

- Pamiętam wkroczenie wojsk niemieckich do Polski. Siedzieliśmy w piwnicy, pamiętam przelatujące samoloty i strzały... - opowiada prałat Lipiec. - Ofiar wtedy w naszej wiosce nie było. Ale rozegrała się wielka bitwa pod Iłżą.

Początki II wojny światowej we wspomnieniach księdza prałata są różne. To mama, która go tuliła okrywając chustą i jednocześnie zasłaniała uszy swojego małego synka, by nie docierał do niego straszny warkot wrogich samolotów przelatujących nad wioską. Trzeciego września do miejscowości wkroczyły niemieckie wojska frontowe. Żołnierze zostali rozlokowania po wszystkich domach, w tym i w domu państwa Lipców.

- Przychodzili po posiłki do naszej kuchni żołnierze niemieccy. I do nas, jako dzieci nie odnosili się, jak wrogowie, tylko po ludzku. Częstowali nas pomarańczami, często podchodzili z menażką częstując posiłkiem.

Żołnierze stacjonowali we wsi przez cały wrzesień 1939 roku. W październiku wyruszyli na wschód. Ksiądz Lipiec z tamtego wymarszu wrogich wojsk zapamiętał następujący obraz. Jeden z niemieckich żołnierzy wziął go na ręce i coś opowiadał. W późniejszym okresie powiedziano prałatowi, że żołnierz wspomniał o tym, że sam w domu zostawił 3-letniego synka,chłopca w wieku Bogdana Lipca.

- Po tych frontowych żołnierzach, na naszej wiosce nie pozostało żadne wydarzenie, które byłoby krzywdą dla Polaków. Ale pojawili się SS-mani, którzy codziennie patrolowali wieś.

Ksiądz Bogdan Lipiec chwilę potem, na własne oczy przekonał się, czym było okrucieństwo gestapowców. Wracając z bratem z pastwiska zobaczyli wiezionego na furmance człowieka. Gdy minęli wóz, usłyszeli strzał. Następnego dnia odnaleźli zastrzelonego mężczyznę.

- Okupacja dla mnie wiązała się z wielkim strachem - ze łzami w oczach wspomina prałat Lipiec.

Strachem o swoją rodzinę, swój dom, siebie i strachem o bezpieczeństwo najbliższych. Do lasu, do wojsk partyzanckich zaciągnęli się dwaj starsi synowie państwa Lipców. Obaj należeli do Związku Walki Zbrojnej, która potem przemianowana została na Armię Krajową.

Młodsze dzieci uczęszczały na tajne komplety. Bogdan był za mały by uczestniczyć w zajęciach, ale z wielkim zainteresowaniem przeglądał notatki i podręczniki rodzeństwa, szczególnie z historii i geografii.

W 1942 roku Niemcy zastrzeli stryja prałata Lipca i dwóch jego synów. Śmierć zaczęła zbierać żniwo.

Bolesław, ojciec posła na Sejm RP, Krzysztofa Lipca, starszy brat prałata, wstąpił do oddziału leśnego, był partyzantem. W lesie był do sierpnia 1944 roku. Po powrocie do rodzinnego domu musiał się ukrywać, również przed sąsiadami. Powodem było to, że rodzina Lipców powiedziała, że Bolesław został wywieziony na roboty do Niemiec.

W styczniu 1945 roku, po wkroczeniu wojsk sowieckich niemal w każdej wiosce utworzono posterunki Milicji Obywatelskiej.

- Rozpoczął się nowy porządek - kontynuuje swą opowieść prałat Lipiec. - UB i milicja wyłapywali partyzantów. Zaczęły powstawać leśne oddziały WiN (Wolność i Niezawisłość - przyp. red.). Bolesław należał do tej organizacji.

Pod koniec 1948 roku Bolesław Lipiec został aresztowany przez ówczesne władze. Był sądzony „za posiadanie broni” i „działalność w zbrojnej bandzie mającej na celu obalenie rządu” i skazany przez Wojskowy Sąd w Kielcach na 9 lat więzienia karnego. Wyrok odsiadywał w Rawiczu. W trakcie pobytu w więzieniu, Bolesław Lipiec nabawił się gruźlicy. By ratować jego zdrowie, państwo Lipcowie sprzedali kawałek ziemi i za pośrednictwem znajomego sprowadzili ze Stanów Zjednoczonych streptomycynę. Choć w więzieniu odmówiono leczenia tym lekiem, to dzięki trosce lekarzy, którzy w tylko sobie znany sposób zdobywali lek i współwięźniów, udaje się uratować pana Bolesława.

- Pozostała nam modlitwa i łaska Pana Boga - mówi prałat Bogdan Lipiec. - Po sześciu latach więzienia, brat został warunkowo urlopowany.

Kiedy ksiądz prałat opowiada okrutną historię II wojny światowej i Polski powojennej nie ukrywa swojego wzruszenia. W jego oczach, raz po raz pojawiają się łzy. Mówi spokojnym głosem, ale widać, że tamte wydarzenie wryły się w jego pamięć. Rodzina Lipców znalazła się na „czarnej liście” służby bezpieczeństwa. Mimo tego nadal nie odmawiała pomocy tym, którzy wtedy jej potrzebowali. Mowa o żołnierzach wyklętych, którzy pojawili się w domostwie Lipców. Dostali od młodego wówczas Bogdana mapę Polski z zaznaczonymi terenami. Podczas akcji wojskowej zostali postrzeleni i aresztowani. Podpisana nazwiskiem „Bogdan Lipiec” mapa trafiła w ręce milicji.

- Dyrektor szkoły w Siennie, do której chodziłem, zauważył że coraz częściej w murach pojawiają się smutni panowie wypytujący o mnie. Wtedy doradził mi, abym dokończył 10 i 11 klasę w Niższym Seminarium Duchownym w Sandomierzu. Po zdaniu egzaminu, w roku 1952 roku zostałem przyjęty do seminarium. Powołanie miałem od dziecka. Brat babci był księdzem, zginął w obozie koncentracyjnym. Duży wpływ na moją decyzję miała śmierć księdza Stanisława Domańskiego ps. „Cezary”, żołnierza i kapelana, który został skatowany przez UB. I czułem, że powinienem zająć ich miejsce.

Władze komunistyczne na terenie całego kraju likwidowały niższe seminaria, dlatego Episkopat postanowił włączyć je w struktury seminariów duchownych. Władze nie pozwoliły młodym alumnom zdawać państwowej matury, zdawali wewnętrzne egzaminy. Po obłóczynach, czyli uroczystości przyznania alumnom sutann, klerycy rozpoczęli wyższe studia teologiczne.

- Zakończyłem je, wraz z moimi kolegami w 1959 roku - wspomina ksiądz prałat Bogdan Lipiec. - Po zdaniu absolutorium dopuszczono nas do święceń kapłańskich.

14 czerwca 1959 roku, w Katedrze Sandomierskiej, biskup ordynariusz Jan Kanty Lorek udzielił młodym klerykom, w tym i Bogdanowi Lipcowi święceń kapłańskich.

...

Przez ostatnie trzy lata swojej nauki w seminarium, młodziutki ksiądz Lipiec pomagał w posłudze w parafiach u księdza proboszcza Mariana Misiaka, w Czarnej, a potem Petrykozach. I właśnie do tej ostatniej miejscowości, jako młody wikariusz został po święceniach skierowany.

- Tam, panowie ze służb przypomnieli sobie o mnie. Że jestem bratem żołnierza wyklętego. W pierwszym roku posługi, uczyłem jeszcze w szkole, ale kolejny rok nie otrzymałem pozwolenia na katechizację.

W parafii coraz częściej zaczął się pojawiać funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa. Próbował namówić księdza Bogdana, by ten zaczął „rozmawiać” z SB. Ks. Lipiec kategorycznie odmówił. Odmowa spotkała się z brakiem zgody na nauczanie dzieci i młodzieży. By ulżyć, starszemu wiekiem proboszczowi Misiakowi, ks. Bogdan Lipiec zaproponował, że poprosi biskupa o przeniesienie do innej parafii, by na jego miejsce mógł przyjść inny młody wikariusz, mogący nauczać religii.

Ksiądz Bogdan Lipiec na początku lat 60-tych, trafia do parafii w Nowej Słupi, do księdza majora Walentego Ślusarczyka, przedwojennego oficera Wojska Polskiego. Mimo wstawiennictwa księdza Ślusarczyka, nie udało się uzyskać zgody na nauczanie w szkole. Ale ks. Lipiec rozpoczął katechizację w punktach katechetycznych. Tam pracował trzy lata, do 1964 roku.

...

Kolejnym, bardzo krótkim przystankiem w posłudze kapłańskiej prałata była Drzewica. Brak współpracy z miejscowym proboszczem spowodował przeniesienie dwóch wikariuszy do innych parafii. Ks. Bogdan Lipiec znalazł się w Pionkach. Jednak zarzuty funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa nie pozwoliły prałatowi na normalną współpracę z młodzieżą, którą katechizował od początku pobytu w tej miejscowości.

- Powiedziałem wtedy, że nie nadaję się, że chcę pracować spokojnie, dla dobra kościoła i ojczyzny - opowiada prałat Lipiec. I choć minęło już tyle lat, w jego głosie nadal słychać żal. - I powiedziałem funkcjonariuszowi SB, że nie wiem czy znajdzie na terenie gminy, tak oddanego pracy z młodzieżą człowieka.

Słowa ks. Bogdana nie przekonały przedstawiciela SB. Rozpoczęły się wezwania do Urzędu Wojewódzkiego w Kielcach, w sprawie wygłaszanych przez niego kazań.

- Usłyszałem słowa, które mną zatrzęsły, że jestem wrogiem Polski. Zasugerowano mi wtedy, że wśród księży są tacy, którzy z władzą współpracują, a dla spokoju wszystkich, należy mnie znowu przenieść - mówi wzburzony ksiądz Bogdan Lipiec.

...

Ostrowiec Świętokrzyski, to tu była kolejna parafia księdza Lipca. Trafił tam w 1966 roku. Władza nie odpuszczała.

- W tej nagonce na mnie zwróciłem się do księdza biskupa i zgodę na możliwość zrobienia studiów specjalistycznych. Otrzymałem zgodę na naukę w Prymasowskim Studium Życia Wewnętrznego (instytut badawczo-dydaktyczny zajmujący się kształceniem społeczeństwa w zakresie teologii duchowości - przyp.red.). Po krótkim pobycie w Ostrowcu zostałem przeniesiony do parafii Tczów z zaleceniem kontynuowania studiów w Warszawie.

Proboszcz parafii w Tczowie przejął nauczanie dzieci, natomiast ksiądz Lipiec w trakcie weekendów prowadził spotkania w salce katechetycznej. Po wyproszeniu z zajęć tajnego oficera służb bezpieczeństwa, został wezwany do Wydziału Wyznań. Ów agent napisał donos, w którym zarzucano ks. Lipcowi, że podczas kazania porównał wysoko postawionych urzędników państwowych do Artura Grajzera, który w 1939 roku dowodził atakiem Niemców na eksterytorialną Pocztę Polskę w Gdańsku. A jako namiestnik Kraju Warty ponosił odpowiedzialność za wysiedlenia ludności polskiej, germanizacje Wielkopolski.

- Pokazałem tekst, w którym rzeczywiście było o tym, że Grajzer kazał zburzyć pomnik Chrystusa Króla. A mniej więcej w tym samym czasie zginął w wypadku jego syn. Wyraziłem się, że „Artur Grajzer podniósł rękę na Bożego Syna, a Pan Bóg podniósł rękę na jego syna”. Oczywiście dostałem upomnienie. Po dwóch latach pobytu w parafii Tczów zostałem zapytany przez proboszcza, czy może wystąpić o moje przeniesienie do Staszowa. Wyraziłem zgodę.

Podczas pobytu w Staszowie jeździł na Katolicki Uniwersytet Lubelski, gdzie pisał pracę o katechizacji dzieci w Pionkach. W ten sposób prałat Lipiec odwdzięczył się proboszczowi i tamtejszym parafianom za pomoc w przeprowadzenie badań socjologicznych potrzebnych do pracy. Reperkusje ze strony władz nie zmniejszają się. Ksiądz Lipiec wzywany jest na komisariat Milicji Obywatelskiej. Próbowano namówić go do współpracy ze służbami.

- Widzę was tylko w konfesjonale - tak odpowiedział ks. Lipiec na tę propozycję. - Zażądano mojego usunięcia z terenu powiatu staszowskiego.

...

W 1970 roku skierowano go do parafii Jastrząb. Proboszcz wyrażając zgodę na kontynuację nauki i widząc, że ten posiada samochód, zaproponował mu pełnienie posługi kapłańskiej w najbardziej odległym punkcie na mapie parafialnej, w miejscowości Kierz Niedźwiedzi.

- I wtedy zrozumiałem... Zapytałem sam siebie, jak możliwie jest to, aby w XX wieku, dzieci do kościoła miały 11 kilometrów?

1 września 1970 roku prałat Bogdan Lipiec odprawił w punkcie katechetycznym pierwszą mszę świętą. Zbiegła się na nią cała wioska. Poprosił o zgodę na coniedzielną mszę odprawianą przez niego właśnie w Kierzu. Z mieszkania lokatorskiego wyprowadzał się akurat kierownik szkoły. Mieszkańcy zaproponowali ks. Bogdanowi, by ten zajął jeden pokój. W drugim znajdować się miała kaplica.

- Kiedy spakowany wyjeżdżałem do Kierza, obok osobistych rzeczy miałem ze sobą monstrancję. Obawiałem się o swoje życie... Kiedy ruszyłem mój wóz otoczyli ludzie z łopatami, siekierami, tak bym mógł bezpiecznie dojechać na miejsce... Wtedy zdałem sobie sprawę, w co ja się wmieszałem... Przecież, jeśli ktoś stanie nam na drodze, to dojdzie do rozlewu krwi. Na szczęście nie zaatakowano nas w trakcie podróży.

„Rozpoczęła się szatańska wojna”, ze łzami w oczach, łamiącym głosem wspomina ksiądz prałat. Dom, w którym mieszkał był pod ciągłą obserwacją milicji. W nocy, z tzw. „szczekaczek” rzucano obelżywe insynuacje dotyczące księdza Bogdana. Listonosz, w otwartych kopertach przynosił zdjęcia kobiet. Działy się rzeczy straszne, a wszystko to miało na celu po pierwsze -zniechęcić do posługi poprzez zastraszanie, po drugie uniemożliwić budowanie kościoła w Kierzu.

Kiedy okazało się, że nie da się księdza zastraszyć, władze rozpoczęły nagonkę na mieszkańców wioski. Zwolnienia z pracy, z internatów. Młodzi chłopcy podczas poboru wojskowego zostali skierowani do karnej jednostki. Sądem grożono właścicielom ziemi, na której powstawał kościół. Zaczynają się obietnice, które nie mają pokrycia w rzeczywistości. Mieszkańcom, w zamian za pozbycie się księdza Bogdana, obiecano wybudowanie szkoły, drogi, a nawet mostu, choć w Kierzu rzeki nie było.

- Do mamy do Starachowic jechałem zawsze w towarzystwie mieszkańców. Grożono mi również wysłaniem do szpitala psychiatrycznego - opowiada prałat Lipiec.

Mimo prób zastraszania, kościół w Kierzu Niedźwiedzim powstawał, finalnie oddano go w 1977 roku. Na władzach kościelnych wymuszano usunięcia prałata Lipca z Kierza. By mieszkańcy mogli kontynuować budowę, ksiądz Lipiec poprosił o przeniesienie. Skierowano go do Opoczna. Tamtejszy proboszcz zapowiedział, że będzie możliwy pobyt w jego parafii, ale pod warunkiem, że ks. Lipiec nie będzie się wychylał. Ksiądz Bogdan pełniąc posługę przetrzymał trzy lata, by następnie trafić do Iłży.

...

Ksiądz prałat Bogdan Lipiec dostał misję tworzenia kościoła w Nagorzycach, gdzie do 1977 roku nabożeństwa odprawiano w kaplicy. Po 20 latach starań, władze wojewódzkie w Kielcach udzieliły zezwolenia na budowę kościoła.

Rozpoczęła się ona w październiku 1977.

- Mieliśmy teren, przygotowane materiały. 16 października przystąpiliśmy do budowy mówi ksiądz Bogdan Lipiec. - Pracowaliśmy na trzy zmiany.

Prałat Lipiec ze szczegółami pamięta budowę kościoła w Nagorzycach. Są to szczegóły dotyczące nie tylko informacji historycznych, ale nawet parametrów technicznych.

- To był ogromny zapał, wszystkich ludzi - opowiada ksiądz Bogdan. - Wszyscy się angażowali, a dzięki opatrzności bożej udawało się nawiązywać współpracę i z architektami i z artystami od witraży czy malunków ściennych.

Kościół w Nagorzycach, dzięki współpracy parafian i księdza Bogdana Lipca budowano dwa lata. 20 października 1981 roku kościół uroczyście poświęcił go biskup Edward Materski.

...

- Wiedziałem, że Pan Bóg czegoś ode mnie żąda - mówi prałat Lipiec.

Kolejną misją księdza Bogdana była budowa kościoła w Michałowie. 13 października 1987 roku, biskup podpisał nominację ks. Lipca na objęcie parafii w tej dzielnicy Starachowic.

- Pożegnanie z mieszkańcami Nagorzyc było bardzo wzruszające, nie chcieli mnie od siebie puścić - mówiąc te słowa, ks. Bogdan ma łzy w oczach. - Wy mnie odwieziecie, ale ja wam obiecuję, że po śmierci będę u was pochowany.

W Michałowie było pole orne... Ruszyła zbiórka funduszy na budowę kościoła i starania o uzyskanie zezwolenia.

- Do Michałowa trafiają cegły na budowę, ruszyła budowa... Wraz z wiernymi zbudowaliśmy od podstaw kościół p.w. Najświętszej Marii Panny Królowej Polski oraz dom parafialny.

Kościół, według projektu architekta Mirosława Szklarczyka został zbudowany w latach 1989–1993.

- Za półtora roku będę obchodził 60-lecie posługi kapłańskiej. Jeśli Pan Bóg pozwoli, chciałbym je obchodzić tu, w tej mojej parafii w Michałowie... Ale Pan Bóg zaczyna się do mnie dobierać...

...

Księdza prałata pamiętam z pełnego emocji wystąpienia w obronie Polsko - Amerykańskich Klinik Serca, które odbyło się w wakacje 2017 roku. Pacjenci i personel Klinik, którzy zgromadzili się w Spółdzielni Mieszkaniowej w ciszy i ze łzami w oczach słuchali słów prałata Bogdana Lipca. Jako chory na serce człowiek, apelował do władz o pozostawienie tej placówki w Starachowicach.

- W grudniu 2017 roku znowu się źle poczułem, ból w klatce piersiowej był ogromny. Trafiłem do naszego starachowickiego szpitala, tu otoczono mnie wspaniałą opieką. Nie przeprowadzono zabiegu, ponieważ była zepsuta maszyna. Wypisano mnie ze szpitala, ale z zaleceniem, że jak tylko będzie się coś działo mam wracać. W międzyczasie dowiedziałem się, że czeka na mnie miejsce w Józefowie, w tamtejszej Klinice Serca. W ostatniej chwili trafiłem na zabieg.

Ksiądz prałat podkreśla w rozmowie, że nie ma żalu do lekarzy szpitala powiatowego i podkreśla zasługi lekarzy PAKS.

- Przecież te dwa oddziały mogłyby nadal obok siebie działać - mówi ksiądz prałat - Kiedyś leczyłem się w naszym starachowickim szpitalu, potem trafiłem do doktora Dzika do PAKS-u. Jedni i drudzy ratowali mi życie.

Ksiądz Bogdan Lipiec nie może się nachwalić atmosfery, jaka panowała w Polsko - Amerykańskich Klinikach Serca.

- Doktor Grzegorz z doktor Krystyną narzucili w Klinikach rodzinny styl bycia, że przychodzący pacjent jest jednym z nich. Że każdego trzeba otoczyć taką samą opieką. Zadziałał jakiś zły duch, który to popsuł. Nie ma Klinik, skończyła się współpraca dwóch, przecież kiedyś działających obok siebie jednostek.

Prałat Bogdan Lipiec wyraził nadzieję, że uda się odzyskać PAKS dla Starachowic, dla pacjentów takich, jak on sam.

- To, że nie umarłem świadczy o jednym... Coś jeszcze ode mnie Pan Bóg chce... Bo podobno czwartego zawału się nie przeżywa, ja żyję i rozmawiam z panią.

...

Ksiądz prałat Bogdan Lipiec został w grudniu 2017 roku odznaczony przez Prezydenta RP Andrzeja Dudę Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. Odznaczeniami uhonorowano zasłużonych działaczy opozycji demokratycznej, wśród których znalazł się i długoletni proboszcz parafii w Michałowie.

- Dwa lata temu, po wyborze na prezydenta Andrzeja Dudy, zgodziłem się na zgłoszenie mojej osoby do tego orderu, do Krzyża Oficerskiego - opowiada ksiądz Lipiec. - Cieszę się, że jest to Krzyż Oficerski a nie Kawalerski dlatego, że w międzyczasie Polskie Drużyny Strzeleckie obdarzyły mnie stopniem generała drużyn strzeleckich.

Wniosek o przyznanie odznaczenia do Kancelarii Prezydenta RP złożyła starachowicka radna Marta Zięba. Zyskał on poparcie również samorządów, gdzie ksiądz prałat jest honorowym obywatelem: Skarżyska Kościelnego, Waśniowa i Rzeczniowa.

- Stałem w gronie 118 osób z całej Polski... Dumny, że stało się to na stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości... To dar, dla moich rodziców, dla mojego rodzeństwa, szczególnie brata Bolesława...

...

- Śmierć księdza Jerzego Popiełuszki, dwóch innych księży zamordowanych w niewyjaśnionych okolicznościach, wydarzenia w Kierzu spowodowały, że zawsze w sumieniu byłem gotowy na to, że może wydarzyć się coś złego - mówi ksiądz Bogdan Lipiec.

Podkreśla, że czuje satysfakcję z tego, co zrobił w swoim życiu, że tak przebiegała jego posługa. Mimo przeciwności, jakie go spotykały ze strony ówczesnych władz, nie poddawał się.

- Żal czułem, gdy usłyszałem, że postępuję wbrew Polsce... Ja, który uczyłem młodzież czym jest ojczyzna - opowiada drżącym głosem. - Ja, który chciałem przybliżyć kościół. Czułem satysfakcję, że doczekałem tej Polski, gdzie władzę myśmy wybrali, my obywatele.

„Tak i wy, gdy spełnicie wszystko, co wam polecono, mówcie jesteśmy nieużytecznymi sługami, wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać”, tymi słowami z Ewangelii św. Łukasza, prałat Lipiec zwracał się do nieprzychylnych urzędników. Swoją misję, swoje posłannictwo wykonał. I jak podkreśla, „zło nie zwalcza się walką, tylko jednością”.

Anna Ząbecka

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ