reklama

"To jest nasz dom" - mówią pensjonariusze

DPS przy ul. Bema

Na okładce

"To jest nasz dom" - mówią pensjonariusze

DPS przy ul. Bema

Ich drogi życiowe były różne, tak jak różne są przyczyny ich pobytu w tym wspólnym domu. Ciepłym i kolorowym... Oburzają się, kiedy pytam o ich pobyt w domu starców i zgodnie podkreślają, że Dom Pomocy Społecznej jest miejscem, gdzie znaleźli swój azyl.

W Starachowicach, przy ulicy Bema stoją dwa budynki należące do Domu Pomocy Społecznej. Jednostki, która zapewnia miejsca pobytu ludziom starszym, schorowanym, takim, dla których samodzielna egzystencja jest już niemożliwa. Obecnie jest w nim 120 mieszkańców.

Na spotkanie umawiam się tuż po śniadaniu, kiedy mieszkańcy DPS mają czas wolny. Jedni siedzą w świetlicy, inni w swoich pokojach.

* * *

Uśmiech nie schodzi z jej ust przez całą naszą rozmowę. Nazywana jest weteranką, podczas jej pobytu zmieniali się dyrektorzy domu, personel, ludzie. Pani Krysia, która ma 67 lat, od 40 lat jest mieszkanką Domu Pomocy Społecznej. W naszym starachowickim mieszka od 28 lat. Pochodzi z miejscowości Szałas w gminie Zagnańsk.

- Choruję na zanik mięśni. To u nas rodzinne - tak swoją opowieść zaczyna pani Krysia. - Chorowali bracia, ja poszłam do pracy, myślałam, że uchronię się przed chorobą...

Po trzech latach pracy zawodowej pani Krystyna zaczęła odczuwać bóle mięśni i stawów. Przepracowała pięć lat, przeszła na rentę. Myśl o możliwej niepełnosprawności odsuwała od siebie jak najdalej. Ale, niestety, choroba zaatakowała, nasza bohaterka była wtedy młodą dziewczyną, przed którą świat stał otworem. Miała 27 lat.

- W domu już było dwóch chorych braci. Gdy zachorowałam ja, podjęłam decyzję o tym, by znaleźć sobie miejsce w domu opieki. Nie chciałam być obciążeniem dla rodziców. Wtedy wyprowadziłam się do placówki w Ostrowcu Świętokrzyskim.

Kobieta wiedziała, że nie da rady sobie sama, że kiedy przyjdzie największy rzut choroby, który posadzi ją na wózku, będzie potrzebować pomocy i opieki. Zdawała sobie sprawę, że rodzice nie będą żyć wiecznie. I nawet, jeśli udałoby się jej dostać mieszkanie, to nie wiadomo, czy poradziłaby sobie w codziennych czynnościach

Zanim zaadaptowała się w domu pomocy, początkowo miała chwile załamania. Ale szybko minęły. Z nowo poznanymi ludźmi tworzyli, jak sama pani Krysia mówi, bardzo zgraną paczkę.

W Domu Pomocy Społecznej pani Krystyna poznała Jerzego. Para zapałała do siebie uczuciem, pobrali się w 1985 roku.

- I myśleliśmy sobie, że pożyjemy kilka lat, a obchodzić będziemy już 33. rocznicę ślubu. To są lata szczęścia. Ja myślę głową, on nogami.

Pan Jerzy również cierpi na przewlekłą chorobę wątroby. Codziennie jeździ do pracy w Zakładzie Aktywności Zawodowej w Kałkowie. Małżeństwo ma swój pokój w Domu Pomocy Społecznej w Starachowicach. Mają swoją altankę pod lasem, gdzie w okresie wiosenno - letnim spędzają wolne chwile. Wyjeżdżają do rodziny męża, która w pełni zaakceptowała i pokochała panią Krystynę.

Przez 40 lat, mimo postępującej choroby, kobieta nigdy nie rezygnowała z codziennych zajęć. Z chęcią uczestniczy w życiu DPS, angażuje się w różnego rodzaju przedsięwzięcia.

- Nie jestem osobą, która się załamuje, która jest pochmurna. Robiłam tyle, na ile pozwalał mi organizm. Na przykład, pod takim moim patronatem jest kaplica i sprawy związane z modlitwami czy ze śpiewem. Wyjeżdżamy jako zespół na występy.

Pani Krysia śmieje się, że chociaż jest osobą niepełnosprawną, która porusza się na wózku, to jest sportsmenką. Uwielbia oglądać sporty, interesuje się nimi. Dla wielkich szlemów tenisowych potrafi zarwać noce. Nie wyobraża sobie życia poza domem pomocy, ze śmiechem mówi, że gdy dawnej jeździła w odwiedziny w rodzinne strony, to nie mogła się doczekać powrotu.

- To jest mój dom, moje życie. Nigdy nie mówię, że to jest państwowa placówka, to miejsce nazywam moim domem. Wracałam i wracam do domu, który jest tu.

Jest jej bardzo przykro, gdy słyszy, że w Polsce nadal straszy się osoby starsze oddaniem do domu pomocy. Spokojnie tłumaczy, że jest to niesprawiedliwy osąd ludzi, którzy progu DPS-u nigdy nie przekroczyli. Podkreśla, że jest szczęśliwa. Mimo choroby, która tak bardzo zaatakowała jest organizm, nie narzeka. W domu pomocy ma codzienną rehabilitację, dostęp do lekarza i pomoc pielęgniarską.

- Trzeba być mocnym. Mimo bólu, każdego dnia dziękuję Bogu za kolejny dzień, za kochanego i dobrego męża i ten mój dom. Nigdy nie miałam żalu. Z chorobą trzeba się pogodzić. Nie wiem, jakie byłoby moje życie, gdybym była zdrowa. A może byłoby gorsze?

* * *

- Najgorsze, co może spotkać matkę, to przeżyć własne dzieci...

Pani Teresa ma 87 lat. Od 1940 roku jest mieszkanką Starachowic. W domu przy ul. Bema przebywa od września zeszłego roku. Jej trzej synowie: Zdzisław, Krzysztof i Dariusz już nie żyją. Wnuki mieszkają nie tylko w innych miejscowościach, ale i województwach. W Starachowicach została sama.

- To była moja samodzielna decyzja. Miałam dobre warunki, ładne mieszkanko. Ale przestałam sobie radzić, w wielu sytuacjach było mi już po prostu ciężko - opowiada pani Teresa. - Utrata dzieci, ich śmierć była dla mnie ciosem. Miałam trzech synów i wszystkich trzech pochowałam.

Mieszkanka Domu Pomocy Społecznej jest po kilku operacjach. Choroby uniemożliwiają jej samodzielną egzystencję. Poza tym, jak sama mówi, bała się samotności, która doskwierać zaczęła jej po śmierci synów. Podczas jednego z pobytów w szpitalu, w trakcie rehabilitacji poznała panią, która była pensjonariuszką DPS-u. Zaczęła ją odwiedzać i z zainteresowaniem obserwować życie w domu pomocy. Jak ono wygląda, jak się toczy.

- Podobało mi się tutaj. Zazdrościłam jej tego, że ma codzienną opiekę. Byłam bardzo samotna, tu, w Starachowicach, bez rodziny, bez opieki. A po śmierci najlepszej sąsiadki, po prostu się załamałam i zdecydowałam, że zamieszkam tutaj.

W Domu Pomocy Społecznej poznała nowych ludzi, z niektórymi się zaprzyjaźniła.

- Z jednym panem na przykład chodzę na spacery, Staram się dużo chodzić, a że boję się sama, to chodzimy właśnie razem - opowiada.

Czas spędza również w świetlicy, gdzie bierze udział w zajęciach manualnych i na rehabilitacji, bo ma rozpisane zabiegi, które mają usprawnić jej fizyczność.

Święta Bożego Narodzenia pani Teresa spędziła u synowej, z którą - mimo śmierci syna - utrzymuje bliskie kontakty i w której domu zawsze jest miłe widziana. Nie narzeka na brak zainteresowania ze strony wnuków, którzy dzwonią do niej. A jedna z wnuczek, mimo natłoku zajęć, bywa częstym gościem u babci.

- Nigdy nikogo nie obwiniałam o to, co mnie w życiu spotkało. Taki po prostu był mi los pisany - spokojnym głosem mówi pani Teresa.

Jedyne o czym marzy, to zdrowie i to, by jak najdłużej być sprawną.



Przede mną siedzi starsza pani. W ręku trzyma książeczkę z pieśniami religijnymi, które napisała sama. Pani Maria, bo o niej mowa, ma 92 lata, ale mówi, że „czuje się na mniej”.

- Po kolei umierali - zaczyna rozmowę pani Maria. - Na początku mój mąż. Potem starszy syn. A niedawno, jakieś 3 lata temu, drugi młodszy. I zostałam sama. Zrozpaczona, bo proszę sobie wyobrazić... Przeżyć własne dzieci...

Pani Maria mieszkała razem z synem. Po jego śmierci, przytłoczona wydarzeniami i osobistą tragedią, upadła. W tym dniu miały ją odwiedzić zaprzyjaźnione panie, a gdy kobieta nie otwierała zaalarmowano rodzinę.

- Po tym wydarzeniu, moja synowa, żona młodszego syna, chciała mnie zabrać do bloku, jednak powiedziałam nie. Nie dałabym rady dostać się na drugie piętro.

Pani Maria podjęła decyzję o tym, że w Domu Pomocy Społecznej będzie miała „wikt i opierunek”. Że sama nie da sobie już rady, a tam znajdzie opiekę.

- I tak, w styczniu mija trzy lata, jak tu jestem - mówi starsza pani. - I bardzo dobrze, że tu się znalazłam.

Kobieta chwali sobie warunki, w jakich przebywa. To, że może liczyć w każdej chwili na pomoc, dostaje posiłki, jest zadbana.

- Bogu dziękuję za to, że się tu znalazłam. Jestem szczęśliwa i to podkreślam na każdym kroku. Ja wiem, że są ludzie, którzy nie mogą pogodzić się z tym, że w domu pomocy się znaleźli, że musieli zostawić swój dom. Ale ja swój dom stworzyłam sobie tutaj.

W domu pomocy pani Maria ma przyjaciół, odwiedzają ją członkowie rodziny. Przyjeżdżają również wnuki.

- Młodsza wnuczka Urszulka, która mieszka w Rudzie Śląskiej, wie wszystko, czego mi potrzeba. Dzwoni, pyta, przywozi. Wozi mnie na cmentarz, zawsze znajdzie czas. Druga wnuczka Iwonka ma trzy córki, takie złotka. Ona nie ma za bardzo czasu, by przejeżdżać. Ale jak tylko jest w Starachowicach, to zawsze mnie odwiedzi. I jeszcze starszy wnuk mnie odwiedza, razem ze swoją żoną. I prawnuczki mnie odwiedzają. I cały czas dzwonią - jednym tchem wymienia bardzo zadowolona pani Maria.

Z wielką przyjemnością dba o swój pokoik, który dzieli z panią Asią. A wolny czas poświęca modlitwie. Ma świetną pamięć, z wielkim rozrzewnieniem wspomina wizyty w Sanktuarium w Kałkowie i księdza kustosza, Czesława Walę.

- Pan Bóg, jak się rodzimy daje nam życiorys. Pogodziłam się z tym, co się wydarzyło. Nie spodziewałam się, że przeżyję męża i synów - mówi pani Maria. - Ale taki los został mi zapisany.



Na rozmowę ze mną zgodził się również 81- letni pan Jan. Przez większość swojego zawodowego życia był kościelnym w jednej ze starachowickich parafii. W Domu Pomocy Społecznej przy ul. Bema jest od 2002 roku. Nie ukrywa, że w placówce znalazł się dlatego, że po śmierci matki nie do końca dałby sobie sam radę.

- Chodziłem po gospodach na obiady, szukałem swojego miejsca i znalazłem je tutaj - opowiada.

Po śmierci matki znajomy podpowiedział panu Janowi, że może powinien zgłosić się do Domu Pomocy Społecznej, że może tu mu pomogą i będzie miał swoje „miejsce na ziemi”. Sprawy formalne zostały bardzo szybko załatwione i od 16 lat mężczyzna znajduje się w DPS.

- Nigdy nie żałowałem, że tu przyszedłem. Są ciepłe posiłki, mam zawsze czyste ubrania. Dla samotnej osoby to raj - mówi. - Gdzie byłoby mi lepiej?

Podobnie, jak moje rozmówczynie, pan Jan podkreśla, że w DPS znalazł przyjaciół. Wolny czas spędza chodząc na spacery, uczestnicząc w zajęciach gimnastycznych, rehabilitacji oraz w świetlicy, gdzie ogląda telewizję.

Przez 22 lata, w okresie letnim pan Jan chodził na pielgrzymki. Z dumą o tym mówi i żałuje, że zdrowie nie pozwala mu na kolejne pielgrzymowanie. Był również w Afryce. Jego bratanek jest misjonarzem i zaprosił go na wycieczkę do Republiki Południowej Afryki. Pan Jan, mimo upływu czasu, z wypiekami na twarzy nadal opowiada o tej wyprawie, o długim locie samolotem i dwumiesięcznym pobycie na tym egzotycznym kontynencie.

Tamten, pełen zajęć i pracy okres miło wspomina, ale dopiero teraz, w Domu Pomocy Społecznej znalazł swój dom. Drugi dom, bo pierwszym był ten rodzinny.

- Nie żałuję, że tu jestem. Jestem bardzo szczęśliwy - tym słowami kończy ze mną rozmowę pan Jan.



Każda z osób, z którymi rozmawiałam, to inna historia życia. Choroba, samotność, utrata bliskich. Każda z nich znalazła swój azyl w domu pomocy.

- I tak, jak różne są historie mieszkańców, tak różnie przebiega okres aklimatyzowania (...). Ale po czasie doceniają pobyt tutaj - mówi Aneta Świercz, dyrektor Domu Pomocy Społecznej. - Powierzani są nam różni mieszkańcy. Z tymi, którzy nie do końca potrafią się pogodzić z tym, że znajdują dom w DPS, rozmawia psycholog. Jest też zespół pierwszego kontaktu analizujący na bieżąco problemy. Jest również pracownik pierwszego kontaktu, z którym mieszkaniec domu ma możliwość rozmowy, ma taką bliską osobę w naszym domu.

Czasami są ostatnią deską ratunku dla starszych osób, które zostały same. Swoim mieszkańcom zapewniają ciepłe posiłki, czyste ubrania, pomoc w codziennych czynnościach, rehabilitację, opiekę pielęgniarską i lekarską. Wszystko to w jednym miejscu. Pracownicy DPS-u wychodzą mieszkańcom naprzeciw, szukając im zainteresowań, pobudzając do czynnego uczestnictwa w różnych zajęciach.

- Każdy ma wolną wolę. Jeśli nie stanowi to dla mieszkańca niebezpieczeństwa, ma prawo wyjść. Ma prawo robić to, co lubi. To jest dom i nie można narzucić pewnych zachowań, jeśli dana osoba tego nie chce. Osoby tu mieszkające są wolne - podkreśla dyrektor.

Po trzech godzinach opuszczam DPS. Jestem pozytywnie zaskoczona, tym co usłyszałam i co zobaczyłam. Zdaję sobie sprawę, że co człowiek, to historia. W DPS są pewnie również ludzie, którzy nie do końca potrafią pogodzić się z tym, że nie mieszkają już w rodzinnych domach. W tej historii najważniejsze jest jednak to, że jest miejsce, gdzie schorowana i samotna osoba znajdzie opiekę, znajdzie swoje miejsce na dalsze lata życia.

Anna Ząbecka

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ