reklama

Frezer

Z kart historii miasta (165)

W numerze

Frezer

Z kart historii miasta (165)

Praca w Zakładach Starachowickich pod koniec lat 30. była atrakcyjna finansowo.

Jednym z kilku tysięcy ówczesnych pracowników Zakładów był Franciszek Góra, syn Romana i Anny z Ziewców. Pochodził z Wanacji. Jego dom rodzinny znajdował się przy dzisiejszej ulicy Żytniej. Franciszek pracował jako frezer. Oznacza to, że zajmował się frezowaniem półfabrykatów metalowych, wykonywanych metodą odlewu lub kucia, lub półfabrykatów drewnianych.

Frezowanie można potocznie określić jako niwelowanie zbędnego nadkładu materiału, celem uzyskania gładkiej, jednolitej powierzchni i wymiarów zgodnych z podanymi w szkicu technicznym. Frezowanie likwiduje więc niedoskonałości powstałe w wyniku nieprecyzyjnej metody odlewniczej lub kucia.

W pamięci pana Zdzisława Kupisza, krewnego Franciszka, zachowała się informacja, że "bardzo dobrze zarabiał". Dokumentacja archiwalna potwierdza, że robotnicy wykwalifikowani w przemyśle zbrojeniowym pod koniec lat 30. zarabiali stosunkowo dużo. A Franciszek był wówczas młodym chłopakiem – urodził się bowiem w 1916 r. Trudno powiedzieć, w jakim wieku rozpoczął pracę zarobkową, ale prawdopodobnie około 16-18. roku życia. Pracę musiał rozpocząć wcześnie, gdyż ojciec, który był kamieniarzem i robił koła młyńskie, zmarł przedwcześnie w wieku 33 lat. W pamięci rodziny zachowała się informacja, że zmarł na skutek utraty zdrowia wywołanej ciężką pracą. Matka Franciszka poszła wówczas do pracy w Zakładach. Pracowała w stolarni, przy produkcji skrzynek amunicyjnych. Musiała zapewnić byt swoim dzieciom – oprócz Franciszka – trójce jego rodzeństwa: Leokadii, Władysławowi i Kazimierze. Gdy Franciszek dorósł, także na jego barkach spoczęło zapewnienie rodzinie środków do życia. Zawodu frezera zapewne nauczył się w fabryce, gdyż nie zachowały się informacje o ukończeniu przez niego jakiś szkół. W roku 1937 osiągnął wiek 21 lat i powinien pójść do wojska. Zapewne ze względu na fakt, że był jedynym żywicielem rodziny, przez dwa lata odraczano mu powołanie do służby. Jednak wiosną 1939 r. został powołany do odbycia obowiązkowej służby czynnej w Wojsku Polskim. Nie wiadomo, gdzie służył.

W pamięci rodziny zachowała się informacja, że latem 1939 r. przyjechał na przepustkę w czapce z piórkiem i w pelerynie. Są to elementy umundurowania charakterystyczne dla strzelców podhalańskich. Z dużym prawdopodobieństwem można więc założyć, że służył w 5. pułku strzelców podhalańskich w Przemyślu lub w 2. pułku strzelców podhalańskich w Sanoku. W pamięci pana Zdzisława zachowało się wspomnienie, że Franciszek "był w moździerzach". Jest to wielce prawdopodobne ze względu na jego zawód frezera – do obsługi moździerzy, karabinów maszynowych czy granatników wybierano bowiem żołnierzy obeznanych z techniką. Służba wojskowa okazała się trudna. Jak wspomina pan Zdzisław: "Babcia mówiła, że Franciszek przysłał list z wojska w którym napisał, że jeśli manewry się nie skończą, to on z sobą skończy"... Moździerz piechoty wzór 31 ważył wprawdzie aż 60 kg, ale transportowany był oczywiście na biedce sprzętowej ciągnionej przez konia. Na manewrach prawdopodobnie żołnierze uczyli się transportowania sprzętu w sytuacji, gdy biedki zabraknie...

Wkrótce nadszedł wrzesień 1939 r. Franciszek otrzymał przydział mobilizacyjny do... no właśnie! "Księga pochowanych żołnierzy polskich poległych w II wojnie światowej" podaje, że strzelec Franciszek Góra był żołnierzem 94. rezerwowego pułku piechoty. Pułk ten został zmobilizowany w garnizonach Sandomierz, Rembertów i Zamość. Tymczasem ani 5., ani 2., ani nawet żaden inny pułk strzelców podhalańskich nie mobilizowały pododdziałów tego pułku. Nie umiem, niestety, tego wyjaśnić. Szlak bojowy Franciszka również nie jest znany. Rodzina przez dwa lata nie znała losu Franciszka. Był jednym z tysięcy, którzy nie wrócili z wojny. Ale wojna trwała, więc i nadzieja trwała. Aż do lata 1941 r., kiedy to w magistracie w Wierzbniku przekazano rodzinie krótką informację, że Franciszek Góra zmarł 7 X 1939 r. w szpitalu w Tomaszowie Lubelskim i jest pochowany na miejscowym cmentarzu w grobie nr 17. Poinformowano też, że był ranny w nogę, amputowano mu ją, jednak mimo to zmarł. Czasy wojenne nie skłaniały do dalekich podróży. Rodzina odwiedziła grób Franciszka dopiero po wojnie. Jest pochowany na ładnie utrzymanym cmentarzu wojennym przy ulicy Lwowskiej. Spoczywa wraz z 400 innymi ofiarami tamtejszych walk.

Informacje dotyczące Franciszka przekazał mi jego krewny, pan Zdzisław Kupisz, emerytowany pracownik FSC, piłkarz drugoligowej drużyny Stal Starachowice w latach 1948-1959. Pan Zdzisław sprostował również informacje, które opublikowałem w odcinku nr 57 o części Wanacji zwanej Działkami (opartym na wspomnieniach pani Anny i Alicji Pocheć). Otóż sołtysem Wanacji nie był Lachowicz lecz Lachowski, jeden z domów na Działkach należał nie do Kupisów lecz do Kupiszów a Franciszek Góra nie ożenił się w 1939 r. lecz był kawalerem. Natomiast przypuszcza, że owym młodym małżonkiem mógł być Stanisławski, kolejny z mieszkańców Wanacji, który nie wrócił z wojny w 1939 r.

Adam Brzeziński

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ