reklama

Na innych łamach

"Newsweek" nr 51

To, co robi minister Zbigniew Ziobro, nie jest żadną reformą, to zaorywanie sądownictwa – mówi Aleksandrze Pawlickiej w "Sędziach pod naciskiem" sędzia Beata Morawiec, prezes krakowskiego Sądu Okręgowego, odwołana pod koniec ub. roku przez Zbigniewa Ziobrę.

W jej przypadku jako powód odwołania podano brak nadzoru nad zatrzymanym przez CBA dyrektorem sądu. Tyle że ten dyrektor podlega ministrowi, a nie prezesowi sądu. Ministerstwo Sprawiedliwości jest chyba jedynym resortem, który z premedytacją niszczy autorytet swoich podwładnych. Po uchwaleniu ustaw przez parlament, "nowa upolityczniona KRS będzie masowo wnioskować o powołanie na stanowiska sędziowskie wiernych ministrowi prokuratorów, aby mogli obejmować funkcję prezesów sądów i następnie przenosić wzorce podporządkowania prokuratury na niezależne sądy. Tak więc solidarność całego środowiska prawniczego jest dziś wystawiona na próbę." Ba, doradczyni prezydenta, Zofia Romaszewska, twierdzi przy tym, że sędziowie nie mają prawa do obrony swojej niezawisłości. Sędzia B. Morawiec z kolei tłumaczy, że sędziowie mają nie tylko prawo, ale i obowiązek zabrać głos, jeśli niezawisłość i niezależność sądów jest zagrożona. Bo sędziowie to tacy sami obywatele jak przeciętny Kowalski czy Nowak. I nie chodzi o opowiadanie się za konkretną stroną polityczną, lecz zaprotestowanie przeciwko określonym pomysłom bez względu na to, jaka siła polityczna za tym stoi. Minister Z. Ziobro śrubuje dziś normy "po to, by móc prowadzić nagonkę i udowadniać patologie, aż obsadzi sądy swoimi ludźmi. Wtedy resort odblokuje etaty i nastąpi cudowne przyspieszenie wydawania wyroków, po czym będzie można odtrąbić sukces. Czysta propaganda." Najgorsze, że dzięki utworzonej izbie dyscyplinarnej powołani w politycznym trybie sędziowie i ławnicy będą decydować o losie niewygodnych sędziów. "To jest narzędzie mające umożliwić politykom eliminowanie z zawodu wartościowych, doświadczonych i niepozwalających przetrącić sobie kręgosłupa jednostek. Cel jest oczywisty – wyroki mają zapadać według oczekiwań rządzących. To jest czarny scenariusz, ale naiwnością czy wręcz nieodpowiedzialnością obywatelską byłoby zakładanie dziś innego wariantu." W obronie niezależności sędziowskiej nie chodzi o obronę posad, tylko o dobro obywateli. Każdy ma prawo do sprawiedliwego rozpoznania jego sprawy. Wyrok nie może zapadać pod politycznym naciskiem. "Jeśli sędziowie mają się bać, obywatel będzie musiał się bać dwa razy bardziej" – konkluduje sędzia B. Morawiec.

"Polityka" nr 50

"Barbarzyńcy zawsze wygrywają" – nie ma złudzeń dr Arkadiusz Kierys, nauczyciel z Torunia, rozmówca Mariusza Sepioły. Postanowił bronić uczniów przed manipulowaniem historią przez polityków. Proponuje "klauzule sumienia historyka", bo historyk powinien opowiadać o historii zgodnie z wynikami badań naukowych, a nie wolą polityków.

"Każdej dyktaturze marzy się panować nad społeczeństwem głupim i leniwym. Głupim, czyli takim, które nie jest świadome swoich spraw i wolności; leniwym, czyli takim, które nie chce o nie walczyć. "Klauzula sumienia" ma zwrócić uwagę na zagrożenia płynące z indoktrynacji ideologicznej partii rządzącej, która wie lepiej od nas, co jest dla nad "dobre i jedynie słuszne"- szczególnie w dziedzinie edukacji i historiografii." Każdy zatem, kto nie chce kierować się rozumem, powinien zmienić zawód, a nie uczyć dzieci i młodzież. Dlaczego milczeć o roli wysokiej hierarchii kościelnej w rozbiorach Polski? Z jakiej racji wybielać przestępstwa żołnierzy wyklętych i wrzucać wszystkie oddziały konspiracyjne do jednego worka? "Każdy ma jakąś granicę wytrzymałości. Moja pękła. Uważam, że mamy dziś w Polsce rządy autorytarne, które starają się wpływać na każdą dziedzinę naszego życia, a przede wszystkim na edukację. Trochę to przypomina przedwojenną sanację, trochę dyktaturę gomułkowską z jej antyniemiecką narracją, tak jakby politycy reżimu rządzącego nie zauważyli, że wojna skończyła się ponad siedem dekad temu. /.../ Nie rozumiem dzisiejszego uwielbienia PiS dla Józefa Piłsudskiego – przecież był on socjalistą, a jego orzełek na czapce był bez korony. Wyrzekł się też katolicyzmu i zaledwie osiem lat od odzyskania niepodległości zniszczył polską demokrację przewrotem majowym. /.../ Dla mnie sanacja to okres Polski autorytarnej, której hasła wykorzystuje autorytaryzm obecnej władzy. /.../ Jeszcze niedawno Edward Gierek był dla PiS pozytywnym bohaterem /.../, a dzisiaj, przy okazji zabierania emerytur polskim policjantom i żołnierzom, jest już przedstawicielem "zbrodniczego systemu", z którego Polska dopiero teraz się oswobadza. Historyczna narracja PiS zależy wyłącznie od decyzji prezesa partii rządzącej. Niektórych nazywa się "czerwoną hołotą", jeśli należą do innej partii lub mają inny światopogląd, a niektórym daje wysokie stanowiska, mimo że pełnili funkcje prokuratorskie w zbrodniczym systemie."

"Nie" nr 47

Mateusz Balcerak w tekście "Polityka w botach", zastanawia się, czy w nadchodzących wyborach czeka nas cyberwojna. Na razie boty pojawiają się na nieaktywnych kontach polityków.

Tak właśnie stało się w przypadku Rafała Trzaskowskiego (prawdopodobnego kandydata PO na prezydenta stolicy) i Patryka Jakiego (prawdopodobnego kandydata PiS na prezydenta Warszawy). Akcja była skoordynowana. Obaj politycy osiągnęli 10 tys. wpisów w ciągu 10 dni. Raczej mało prawdopodobne, żeby politycy sami kupowali sobie poparcie fałszywych kont. Boty (skrót od słowa robot), to program – niekoniecznie komputerowy – który zastępuje człowieka w prostych czynnościach w świecie wirtualnym. Może powielać posty, prowadzić nieskomplikowaną konwersację, wysyłać śmieciowe wiadomości, brać udział w sondach internetowych, a nawet wybierać numery telefoniczne przy automatycznych połączeniach. Troll z kolei to osoba, która dla pieniędzy, albo z nudów, atakuje czyjąś stronę lub profil, używając obraźliwych i nieprawdziwych treści. Bota można zaprogramować tak, żeby działał jak troll. I trolle często wykorzystują boty. W ten sposób trolling staje się bardziej skuteczny. "O tym, czy i jak boty będą skuteczne podczas kampanii wyborczej, zadecyduje siła internetu. /.../ Wchodząc na niektóre polskie portale, strony czy profile w mediach społecznościowych, można uznać, że cały internet jest rozpolitykowany. Wszędzie natykamy się na narzekania na rząd, komentowanie wpadek polityków lub zabawne polityczne memy. Jednakże polscy politycy jeszcze nie potrafią przekuwać sukcesu w sieci na sukces w wyborach." Na pewno część swojego poparcia zawdzięcza internetowi ugrupowanie Kukiz`15. A dokładnie Facebookowi. Nie Twitterowi. Twitter u nas wciąż nie jest tak popularny. Służy głównie za platformę porozumiewania się między politykami, celebrytami a mediami. Krótki post najłatwiej pokazać w telewizji i w gazecie. Zachodzi jednak obawa, że wkrótce to właśnie dzięki Twitterowi uda się przemycać fałszywe informacje do mediów głównego nurtu. Tak zdarzyło się podczas amerykańskich wyborów prezydenckich. Prawo jest tu bezradne. Nie ma za to kar w Polsce. Skuteczną bronią może być tylko... zdrowy rozsądek. To on przesądzi o wyniku wyborów. Trzeba jednak samodzielnie weryfikować wiadomości.

"Forum" nr 23

Co rekrut ma pod łóżkiem? Rekrut ma pod łóżkiem zdechnąć! Szokujący raport o szkoleniu amerykańskich marines przedstawia w "Kotach wojny" The New York Times.

Przez dziesięciolecia podkreślano prestiż przynależności do wojskowej elity. W 2012 roku jedna z agencji reklamowych stwierdziła jednak, że jeśli marines mają przyciągać ochotników z całego politycznego, rasowego i socjoekonomicznego spektrum, a nie tylko białych, konserwatywnych protestantów z Południa, trzeba zastosować nową strategię. Wypromowano zatem drogę do zdobycia wykształcenia bez długów. Ofertę wstąpienia do Korpusu Piechoty Morskiej skierowano do najbardziej narażonego na obciążenie długiem edukacyjnym w historii Stanów Zjednoczonych pokolenia millenialsów. Licząca 184 tysiące marines formacja jest najmniejszą konwencjonalną jednostką wojskową USA. "Jednocześnie chlubi się najsilniejszą więzią i wyjątkowym duchem solidarności wśród żołnierzy. Podobno jednak źródłem tej tożsamości jest traumatyczne doświadczenie pobytu w obozie dla rekrutów. /.../ Jak pisze historyk Aaron O`Connell, od czasu II wojny światowej "rekruci dowiadują się w sposób, którego nie zapomną, że to, co czyni marines wyjątkowymi, to zdolność znoszenia bólu większa niż wśród członków innych formacji". Najbardziej wyczerpującą próbą jest obóz. Przez trzy miesiące poddaje się rekrutów grupowej indoktrynacji, aby wykorzenić wszelki indywidualizm i oswoić ich z przemocą. W takich warunkach granice między szkoleniem a dręczeniem mogą łatwo ulec zatarciu. Czymże bowiem jest rozlewanie środka czyszczącego na podłodze i kazanie rekrutom biegać w nocy na czworakach po sali ze szczotkami w obu rękach, ale tak, żeby nie dotykali kolanami ziemi? Żeby muzułmanin wyparł się swojej religii instruktor wsadził go do suszarki, zamknął drzwiczki i włączył urządzenie. Trzeba było pół godziny, żeby go zmiękczyć. Zdarzają się więc samobójstwa. Bo wcale nie chodzi o pojedynczych zwyrodnialców szkolących marines, lecz cały system poniewierania ludźmi. Tym bardziej że instruktorom prawie wszystko uchodzi na sucho. Nawet jak ktoś złoży raport na jednego szkoleniowca, to zastąpi go drugi, który życie skarżącego zamieni w piekło. Jeden z rekrutów tak opisuje szkolenie z mieszanych sztuk walki. "Według oficjalnego raportu rekruci dostali rozkaz zasypać partnera gradem jak najmocniejszych ciosów. Uczestnicy szkolenia twierdzą, że instruktorzy łączyli ich w pary większych i silniejszych ze słabszymi i gorzej się spisującymi. Tamtego dnia jeden z chłopaków miał połamane dwa żebra. Inny się popłakał. Po samobójstwie rekruta pakistańskiego pochodzenia, który nie zniósł tej jawnej przemocy, rewolucji w marines nie będzie. Nowy komendant podkreśla, że tragedie się zdarzają, ale większość rekrutów przechodzi szkolenie gładko. "Jeśli zjawiają się tu z odrobiną chęci w sercu, dadzą radę" – zapewnia.

"Gazeta Wyborcza" nr 250

Czasami wystarczy jedno spojrzenie na klienta, by wiedzieć, że za chwile coś ukradnie- opowiada Justynie Sobolak, autorce tekstu "Kto śledzi twoje zakupy", jeden z detektywów sklepowych. Jednego profilu złodzieja jednak nie ma.

Ukraść może każdy. Najczęściej wpadają w oko ludzie młodzi, bez koszyka, ale ze sportową torbą lub plecakiem. Ci na 90 proc. coś zabiorą z półek. Klienci kradną wszystko. Począwszy od alkoholu, na mięsie skończywszy. O ile żelki ukradły 8 – 10 - letnie dziewczynki, o tyle 4 kg mięsa... panowie wyglądający jak prezesi dużej firmy, w garniturach i dobrze skrojonych płaszczach, pod którymi wołowinę schowali. Złodzieje zmieniają metki droższych towarów na te z tańszych. W sklepach odzieżowych rozpruwają ubrania w przymierzalniach, by odczepić klipsy alarmowe. Ubierają się na cebulkę i wychodzą ze sklepu. Rekordzista, którego udało się ująć w jednym z butików, miał na sobie osiem par bokserek, dwie pary spodni i trzy bluzy, oprócz tego kieszenie wypchane skarpetami. W stoiskach z warzywami najpierw ważą produkt, naklejają metkę, a potem do torebki dokładają więcej towaru. Coraz częściej w sklepach pojawiają się zorganizowane grupy złodziejskie, handlujące potem towarem na portalach internetowych. "To złodzieje zawodowi, osoby, które niemal jak na etacie kilka godzin dziennie obchodzą największe centra handlowe i wynoszą towar. Zazwyczaj znają różne triki na obejście zabezpieczeń, a w wynoszeniu ubrań potrafią być naprawdę bardzo kreatywne /.../" Z problem kradzieży borykają się detaliści na całym świecie. Koszt przestępstw w handlu detalicznym w latach 2014 – 2015 sięgnął 214,3 mld zł. Najczęściej okradane są apteki i drogerie, później sklepy odzieżowe, sprzedawcy biżuterii i zegarków, sklepy ogólnospożywcze oraz markety elektroniczne. Kradną klienci, pracownicy, dostawcy. Straty wynikają też z błędów administracyjnych, czyli wewnętrznych pomyłek. Polska na tym tle nie wypada tak źle. Zajęła wysoką czwartą pozycję wśród krajów o najniższym odnotowanym poziomie strat. "Mimo to każde gospodarstwo domowe w naszym kraju zostało obarczone z tego tytułu "podatkiem" w wysokości prawie 354 zł rocznie."

"Przegląd" nr 48

Ponad połowa mieszkańców naszego globu nie ma ciągłego dostępu do toalety – pisze Mateusz Mazini w publikacji "Sedes - sprawa życia i śmierci". Ba, "ok. 2,5 mld nie ma żadnego dostępu nawet do podstawowych elementów sanitariatu ani do bieżącej wody.

Prawie 2 mld regularnie pije wodę, w której znajdują się bakterie fekalne, co naraża ich na zakażenie wieloma chorobami." Codziennie przeszło 1000 dzieci umiera z powodu chorób zakaźnych tym właśnie wywołanych. "27 proc. światowej populacji nie ma w ogóle dostępu do czystej wody pitnej. Wreszcie statystyka chyba najbardziej szokująca – więcej niż 80 proc. wody zanieczyszczonej przez człowieka (w przemyśle czy nawet zwykłym domowym użyciu) wraca do ekosystemu bez jakiejkolwiek filtracji. Statystycznie oznacza to, że z pięciu litrów wody zużytej przez nas w toalecie cztery znajdą się potem w środowisku naturalnym wraz z całą zawartością tego, co spłukaliśmy. "I to wszystko w drugiej dekadzie XXI wieku, kiedy ludzkość konstruuje roboty wykonujące salto w tył, a telefony komórkowe mają symulator wirtualnej rzeczywistości! "Kontynentem przeżywającym największy kryzys sanitarny jest Afryka. Jak podaje Światowa Organizacja Zdrowia, spośród 10 krajów z najmniejszym odsetkiem populacji mającym dostęp do toalet aż dziewięć leży w Afryce. W państwach znajdujących się na czele tego niechlubnego rankingu – Nigrze, Togo i Czadzie – regularnie z toalety korzystać może niewiele ponad 12 proc. mieszkańców." Islamscy terroryści chętnie niszczą instalacje sanitarne, porywają też dla okupu pracowników agencji humanitarnych. "Permanentne zagrożenie ze strony terrorystów sprawia, że łazienka stała się dla wielu ludzi synonimem strachu o własne życie." Część problemów higieny można by jednak wyeliminować prostymi metodami. Samo mycie rąk po defekacji pozwoliłoby o połowę zredukować liczbę zgonów spowodowanych bakteriami fekalnymi. I to na całym świecie. Tymczasem nawet w krajach rozwiniętych po skorzystaniu z toalety ręce myje jakieś 80 proc. ludzi – ubolewa autor.

wybrała /ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ