reklama

Dom, to miejsce, do którego zawsze się wraca

Znane rody

Na okładce

Dom, to miejsce, do którego zawsze się wraca

Znane rody

 

Do Starachowic trafili w 1945 roku po wyzwoleniu Polski. Przodkowie rodu Kowalczewskich i Szczecińskich pochodzą z Warszawy i z Jędrzejowa. O historii rodziny, o domu wielu pokoleń opowiada starachowicka lekarka, Renata Szczecińska - Harton. 

Z Warszawy wygnała ich I wojna światowa. Wacława i Paweł Kowalczewscy do rodziny w Jędrzejowie trafili na okres przejściowy. Tam, w 1921 roku dziadek Paweł zmarł, a babcia Wacława została sama z czwórką dzieci i postanowiła tu pozostać.

- Babcia została sama z trzema synami i jedną córką, moją mamą Danutą, która urodziła się w 1910 roku - tak historię swojej rodziny zaczyna Renata Szczecińska - Harton, znana starachowicka chirurg. - I właśnie w Jędrzejowie poznali się moi rodzice.

W Jędrzejowie mieszkała rodzina Szczecińskich, Maria i Karol. Mieli syna Rajmunda, urodzonego w 1905 roku, który w 1932 roku za żonę pojął właśnie Danusię Kowalczewską.

Nowożeńcy, w tamtej części województwa mieszkali do 1935 roku, kiedy Rajmund jako technik melioracji dostał pracę w Ostrowcu Świętokrzyskim. Tam rodzina Szczecińskich przeprowadziła się i przeżyła II wojnę światową.

- Mieszkaliśmy wielopokoleniowo - mówi Renata Szczecińska - Harton, która na świat przyszła w 1937 roku - Razem z nami, aż do swojej śmierci, mieszkała babcia Wacława, mama w tym czasie jeszcze nie pracowała.

Renata Szczecińska - Harton niewiele pamięta z czasów wojennej zawieruchy. Jak sama przyznaje, była chroniona przez rodziców przed złem, jakie zapanowało w naszym kraju. Wygonieni przez hitlerowców z wynajmowanego w dzielnicy willowej domu, zostali przeniesieni do domu należącego do rodziny żydowskiej. Naprzeciw siedziby gestapo.

- Ja nigdzie sama nie wychodziłam, nie wolno mi było - wspomina tamten okres pani Renata. - To był strach. Ojciec pracował w okręgu radomskim, a mną zajmowała się mama z babcią.

Jednak rodziny Szczecińskich nie ominęły tragedie. W 1939 roku, pod Zamościem rozstrzelany został najmłodszy z wujków Kowalczewskich, brat pani Danuty. Drugi zginął podczas Powstania Warszawskiego w 1944 roku. Natomiast brat pana Rajmunda rozstał rozstrzelany w Katyniu.

Do Starachowic rodzina Szczecińskich trafiła w maju 1945 roku. Skąd znaleźli się w naszym mieście? Pan Rajmund, ojciec pani Renaty dostał tutaj przydział pracy. Rodzinie tak spodobało się w Starachowicach, że postanowili osiedlić się tutaj i pozostać na stałe. Rodzina Szczecińskich mieszkała przy ulicy Doktor Anki do 1970 roku. W 1946 roku, pani Danucie i panu Rajmundowi urodził się syn, Przemysław.

- Urodził się Przemek, ja po przyjeździe do Starachowic poszłam do szkoły - opowiada pani Renata. - Bratem zajmowała się babcia, a mama w 1947 roku poszła do pracy. Rozpoczęła swoją karierę zawodową w Fabryce Samochodów Ciężarowych STAR.

Pani Danuta Szczecińska pracę w FSC zaczęła od Działu Gospodarczego, następnie została kierownikiem Działu Socjalnego w fabryce. I dzięki tej funkcji wspominana była i nadal jest bardzo pozytywnie przez byłych pracowników. Pracowała w Dziale Socjalnym aż do emerytury, na którą przeszła w 1970 roku. Pan Rajmund po wojnie ukończył studia i do swojej emerytury, do 1970 roku pracował w Urzędzie Wodnych Melioracji.

Pani Danuta Szczecińska, matka Renaty i Przemysława była kobietą energiczną, dla której nie było sformułowania: nie da się. Dało się to odczuć nie tylko w domu, ale również i w pracy.

- Miała to coś w sobie - mówi pani Renata - taką wrodzoną umiejętność organizacji. W FSC, dla dzieci pracowników organizowała kolonie, potem była jednym z pomysłodawców wybudowania w Łebie ośrodka wczasowego. Stworzyła również przyzakładowy żłobek i przedszkole.

Ośrodek w Łebie może i był skromny, ale najważniejsze było to, że pracownicy wraz dziećmi mieli możliwość wyjazdu na urlop. Natomiast dzieci miały również możliwość spędzenia kolonii w Miastku, gdzie nad samo morze były dowożone samochodami STAR czy w Świebodzicach. Danuta Szczecińska robiła wszystko, by dzieciom pracowników fabryki było jak najlepiej, żeby mogły zobaczyć Polskę.

Babcia Wacława Kowalczewska, matka pani Danuty, żyła do 1969 roku. Pan Rajmund zmarł w 1980 roku. Pani Danuta odeszła w roku 1999.

RENATA

Renata Szczecińska swą edukację rozpoczęła od Szkoły Podstawowej nr 2, następnie chodziła do Liceum Ogólnokształcącego nr 1. Szkołę ukończyła w 1954 roku.

- Moim wychowawcą był Władysław Karkocha, który był kochanym pedagogiem i cudownym człowiekiem - mówi doktor Szczecińska - Harton. - Traktował nas, jak swoje własne dzieci.

Choć była dobrym matematykiem, w klasie maturalnej postanowiła, że zostanie lekarzem. Po maturze zdała egzaminy wstępne i dostała się na studia medyczne w Warszawie. Na jednym roku kształciło się aż 600 studentów. Jak wspomina pani Renata, to były czasy powojenne i w Polsce brakowało medyków.

- Rodzice wspierali mnie i mój wybór. Byli ze mnie dumni, że wybrałam sobie tak ambitny kierunek. Pierwsze lata to było wkuwanie, potem doszły przedmioty stricte medyczne. Muszę się pochwalić, że przez 6 lat studiów nie oblałam ani jednego egzaminu - opowiada doktor Szczecińska - Harton.

Po ukończeniu studiów, świeżo upieczona lekarka postanowiła powrócić do rodzinnych Starachowic. Zadecydowały o tym i względy rodzinne, czyli obecność bliskich, materialne i metrażowe, jak i przede wszystkim to, że Renata Szczecińska znała już starszego od siebie o trzy lata pana Zenona Hartona.

Poznali się w latach 50-tych w Domu Kultury, gdzie oboje tańczyli w Zespole Pieśni i Tańca. Utrzymywali ze sobą kontakt przez okres studiów, a na dobre między tą dwójką zaiskrzyło po powrocie do Starachowic. Pobrali się w 1964 roku, gdy pani Renata już pracowała w starachowickim szpitalu.

Po ukończeniu studiów medycznych, w naszym starachowickim szpitalu pani Renata odbyła staże. Początkowo myślała o tym, by zrobić specjalizację z pediatrii, ale odbywając staż na chirurgii pokazała się z tak dobrej strony, że ówczesny dyrektor zaproponował i namówił młodą lekarkę do zostania i robienia specjalizacji z chirurgii.

- Do 1972 roku pracowałam na oddziale chirurgii w naszym szpitalu. Ale z racji tego, że było nas wtedy naprawdę niewielu lekarzy, pracowaliśmy i w lecznictwie otwartym, i zamkniętym. Początkowo w poradni chirurgicznej na godziny pracowałam na Hucie, a potem podczas drugiej ciąży zdecydowałam, że osiądę w Przychodni Przyzakładowej na Radomskiej.

Zawód chirurga postrzegany był kiedyś jako klasycznie męska specjalizacja. Jednak nigdy podczas swojej pracy zawodowej doktor Szczecińska - Harton nie odczuła złego traktowania ani przez pacjentów, ani przez kolegów chirurgów. Była szanowana, oddana pracy i pacjentom.

- Byłam jedna. Miałam świetnych kolegów. Byliśmy bardzo zgranym zespołem, a atmosfera w pracy była więcej niż zadowalająca - mówi doktor Szczecińska.

Pan Zenon z wykształcenia jest inżynierem po studiach na Akademii Górniczo - Hutniczej w Krakowie. Swoje życie zawodowe związał z Fabryką Samochodów Ciężarowych. Rok po ślubie państwa Hartonów, w 1965 roku, urodził się starszy syn Piotr, natomiast w 1972 roku na świat przyszedł Jacek.

Obaj synowie pani Renaty mieszkają wraz ze swoimi rodzinami w Warszawie. Starszy Piotr, po ukończeniu II LO ukończył Wydział Geografii na Uniwersytecie Warszawskim. Jest podróżnikiem, zwiedził cały świat, oprócz Australii. Swoją żonę, Agnieszkę poznał w liceum. Pani Agnieszka Siemiak - Harton jest dyrektorem anteny w Radiu ZET. Mają trójkę dzieci: Kaję, Jagodę i Maksyma.

Jacek, młodszy syn ukończył I LO i od zawsze wykazywał zdolności plastyczne. Już w liceum zadecydował o tym, że będzie zdawał na Politechnikę Warszawską na Wydział Architektury. Jego żona Anna, również starachowiczanka, jest pracownikiem naukowym na SGGW. Mają synka, Wiktorka.

Państwo Hartonowie mieszkali z rodzicami pani Renaty. Mieszkanie przy ulicy Doktor Anki, było duże i przestronne. W 1970 roku otrzymali nowe lokum, gdzie mieszkają do dziś, w bloku przy ulicy Radomskiej. W mieszkaniu naprzeciwko Hartonów do śmierci mieszkali rodzice Renaty i Przemysława.

PRZEMYSŁAW

Brat pani Renaty, Przemysław jest młodszy od swojej siostry o 9 lat.

- Był młodszy i trochę mi dokuczał - mówi ze śmiechem pani Renata. - Ja już byłam panienką i jak widział mnie np. z chłopakiem, to leciał do mamy i cichutko do niej opowiadał. Jak to mały, ciekawy wszystkiego chłopczyk.

Skończył Szkołę Podstawową nr 9, a następnie uczęszczał do II Liceum Ogólnokształcącego. Od małego wykazywał zdolności do nauk ścisłych, już podczas nauki w ogólniaku interesował się chemią.

- To człowiek z zasadami - mówi pani Renata. - Od początku wiedział czego chce i stawiał na swoim.

Po zdaniu matury Przemysław Szczeciński został studentem Wydziału Chemii Organicznej na Politechnice Warszawskiej. Wykazując ogromne zdolności, po obronie zaproponowano panu Przemysławowi, by został na uczelni i kontynuował karierę naukową.

- Na Politechnice zrobił doktorat. Przemek bardzo dużo jeździł po świecie, był wysyłany na stypendia i ciągle się rozwijał - mówi pani Renata. - Obecnie brat jest na emeryturze, ale sporadycznie prowadzi jeszcze wykłady.

Stan wojenny zastał go w Kanadzie i pomimo usilnego przekonywania, by pozostał w Ameryce Północnej i wybrał emigrację, pan Przemysław postanowił wrócić do Polski. Tęsknił za krajem i podkreślał, że to uczucie jest jednym z najgorszych, jakie może spotkać człowieka.

Swoją żonę Barbarę, nazywaną przez wszystkich Anią, pan Przemysław poznał jeszcze w Starachowicach, oboje udzielali się w harcerstwie u druhny Miłki w 111 Drużynie Harcerskiej. Pobrali się 1970 roku, mają dwoje dzieci: Barbarę (rocznik 1972) i Jacka (rocznik 1978) zwanego przez wszystkich Kubą. Basia jest filologiem angielskim, natomiast Jacek ukończył Wydział Elektroniki na Politechnice Warszawskiej.

Są również dziadkami. Mają siedmioro wnuków. Basia, córka pana Przemysława i pani Barbara ma czworo synów: Piotra, Franka, Adasia i Tomka. Natomiast Jacek (Kuba) jest ojcem trójki chłopców: Janka, Juliana i Jerzyka.

. . .

Rodzeństwo, Renata i Przemysław mają ze sobą bardzo bliski kontakt. Odwiedzają się i bardzo szanują. Jak podkreśla pani Renata, to że są tak bardzo zgraną rodziną zawdzięczają mamie i wielopokoleniowości domu rodzinnego.

- Rodzina to najważniejsze co mamy - kończy naszą rozmowę pani Renata. - To dzieci... Dom to cisza... Mój dom rodzinny? Obok gwaru i śmiechu życia codziennego był spokój... To była ostoja. ...

A Starachowice? Mimo że przodkowie nie pochodzili z naszego miasta, to rodzina Szczecińskich pokochała tę świętokrzyską krainę. Bo jak mówią słowa piosenki: Starachowice to ich miasto nad Kamienną...

Anna Ząbecka

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ