reklama

Na innych łamach

"Przegląd" nr 45

"Kto się w Polsce czuje jak u siebie?", na to "Pytanie tygodnia" odpowiedzieli Michałowi Sobczykowi:

Kaja Puto, kulturoznawczyni i reportażystka – "Nie istnieje i być może nigdy nie istniała jedna Polska, w której można by się czuć jak u siebie. Historia Polski to historia głębokiego podziału, reprodukowanego przez kolejne pokolenia elit /.../ - na /.../ Polskę /.../ - dziś solidarną i liberalną lub smoleńską i europejską. /.../ To dwie odrębne cywilizacje i dwa systemy wartości. Wyznawcy obu tych opowieści czują się jak u siebie wśród swoich, w swoich bańkach. Próby ich przebicia – czy to przez mieszkańców drugiej bańki, czy przez osoby, które nie mieszczą się w żadnej – budzą niepokój i niechęć. Czujemy się u siebie, kiedy jesteśmy sami."; dr hab. Joanna Mizielińska z Instytutu Psychologii PAN – "Sądzę, że łatwiej jest mi odpowiedzieć na pytanie, kto nie czuje się u siebie. Oprócz osób nieheteroseksualnych będą to osoby o innym kolorze skóry czy innym pochodzeniu etnicznym, kobiety, których prawa reprodukcyjne są zagrożone, osoby niewierzące itd. Są u siebie, ale ich poczucie bycia u siebie stoi w sprzeczności z ich systemowym wykluczaniem, brakiem rozpoznania ich praw czy też ignorowaniem przemocy wobec nich – symbolicznej i strukturalnej. Często sprawcami przemocy są ci, którzy zawłaszczają owo poczucie bycia u siebie na własne potrzeby i dla wąsko zdefiniowanej grupy"; Klaudia Iwicka z Centrum Wsparcia Imigrantów I Imigrantek – Dla migrantów /.../ punktem wyjścia do myślenia o Polsce jako swoim miejscu na ziemi /.../ jest potrzeba stabilizacji. Do jej osiągnięcia niezbędnych jest kilka elementów. Po pierwsze, czas – nawet kilka lat. Po drugie, zaspokojenie podstawowych potrzeb, takich jak praca dla dorosłych i szkoła dla dzieci. Trzecim warunkiem jest szeroko rozumiana integracja."

"Tygodnik Powszechny" nr 45

O płeć uwikłaną w instytucje Zuzanna Radzik spytała socjolożkę Katarzynę Leszczyńską, badająca ten problem w organizacjach administracyjno – ewangelizacyjnych Kościoła rzymskokatolickiego w Polsce.

To prawda, że nawet jedzenie ustala w kuriach biskupich relacje między duchownymi a świeckimi. Bywa tak, że księża siedzą w środku, natomiast świeccy na obrzeżach. Gdzie indziej wręcz w odrębnych salach. Świeccy w Kościele stanowią 30 proc. pracowników. We wschodniej Polsce prawie ich nie ma. Na Śląsku i na zachodzie Polski świeckich pracuje 40 proc. Szczególnie uważne muszą być kobiety. Nie kusić strojem – unikać spodni, a spódnice nosić za kolano. Wyjście za mąż jest zazwyczaj ulgą, gdyż kobieta przestaje być dla duchownych zagrożeniem. "Ciekawe, że dla wielu moich rozmówczyń ksiądz był prototypem męskości, natomiast dla wielu mężczyzn, z którymi rozmawiałam, duchowny na poziomie swych atrybutów był tej męskości zaprzeczeniem. Jego głos, strój, mimika były dla świeckich mężczyzn niemęskie i odstręczające od zaangażowania w życie Kościoła." W kuriach pracują trzy typy ludzi. Młodzi, którzy tę pracę taktują jako przejściową – trampolinę do biznesu. Dla tych na emeryturze praca stanowi symboliczną identyfikację z Kościołem. I wreszcie trzecia grupa, to mężczyźni, dla których praca w Kościele jest wyjściem z bezrobocia. Też trafiają tu czasowo, gdyż sytuacja finansowa i możliwość twórczego działania jest w kuriach zablokowana. Nawet na poziomie symbolicznym – realizowanie wspólnego ideału męskości – nie ma dla nich miejsca. Uważają, że w kurii nawet zapach jest niemęski. Kobiety z kolei wchodzą w struktury Kościoła z dużą otwartością na służbę, a potem nie mają czasu na założenie rodziny. Kobiety pracujące w kurii na wyższych stanowiskach "odgrywają wzory stereotypowej męskości: pracują po godzinach, jeżdżą w delegacje itp. /.../ Mężczyźni w analogicznej sytuacji okazują się bardziej asertywni i łatwiej odmawiają duchownym, pilnują granic swojej prywatności. Do tego kobiety działające jak mężczyźni stają się zagrożeniem dla księży, /.../ nie mają męża – muszą włożyć dużo wysiłku w kontrolowanie swojego ciała." Świeckim kobietom nie podoba się wizja dziewczynki w roli ministranta, nie zaakceptowałyby też kobiety na stanowisku kanclerki albo ekonomistki kurii. Nie postrzegają tego jako nierówność, lecz naturalną różnicę, wynikającą z boskiego porządku.

"Polityka" nr 48

To co wierzącym wydaje się naturalne i oczywiste, dla innych wcale takie nie jest – przekonuje Joanna Podgórska w "Molestowaniu religijnym".

Wobec dominujących wzorców kultury niewiara jest odbierana jako coś nienormalnego. "Ateiści, agnostycy czy ludzie obojętni religijnie przez samą swoją obecność zakłócają katolicką normę. Dlatego otoczenie często próbuje na nich wymusić, by się dostosowali; narzuca swoje zasady, obrzędowość, symbolikę." Takie zachowania bywają odbierane jako opresyjne. Manifestacje religijne katolickiej większości na obojętną religijnie mniejszość działają niczym wykluczenie i nękanie. 20 proc. badanych osób skarży się wręcz na stygmatyzację. To głównie ludzie młodzi. "Prawie 40 proc. niewierzących deklaruje, że miało na tym tle konflikty z rodzicami. Drugie miejsce zajęły problemy z rodziną, a 8 proc. mówiło o problemach w pracy." Problemy pojawiają się w wigilię podczas dzielenia się opłatkiem, w kościele - na ślubach czy pogrzebach. Nie wiadomo, jak się zachować. Klękać, schować się za filarem, markować uczestnictwo we mszy? Wraz z narodzinami dziecka dochodzi odpowiadanie na pytania o chrzest. Wtedy większość niewierzących ulega wierzącym. Dla świętego spokoju. I chrzci dziecko. Jednocześnie składa obietnicę (sic!), że zostanie ono wychowane w wierze katolickiej... I tak funkcjonuje w Polsce dziwna kategoria ludzi niewierzących praktykujących. Później jest jeszcze gorzej. Bo szkolna katecheza dziecka, bo pierwsza komunia itd. Trudno się wykręcić, gdyż istnieje coś takiego jak molestowanie społeczne. Nie ma neutralności. Nie tylko lekcje religii rozpoczynają się modlitwą, ale i matematyki! Normą staje się wpisywanie wartości chrześcijańskich do statutu świeckich szkół, wszechobecność symboli religijnych w klasach czy kościelna oprawa szkolnych uroczystości. Bo niby od tego nikomu nie ubędzie! Dziś nawet harcerstwo nie jest instytucją świecką. Najmłodsi ślubują, że zuch kocha Boga i Polskę, a starszy harcerz, że będzie Bogu i Polsce służyć. W szpitalu z kolei przychodzi się tłumaczyć, że nie chce się mieć kontaktu z księdzem, który odwiedza sale chorych. Ba, niedawno funkcjonariusze policji w Rzeszowie dostali podczas ślubowania modlitewniki w granatowych okładkach z logo policji! Podczas wszelakich branżowych mszy obecność pracowników jest obowiązkowa. Podobnie na pielgrzymkach i innych kościelnych uroczystościach. Nikt nie mówi o tym wprost, lecz jasno daje się do zrozumienia, że uczestnictwo będzie dobrze widziane! "Abp Jędraszewski w jednym z ostatnich wywiadów mówił o "pełzającym ateizmie", jako odpowiedzialnym za plagę alkoholizmu i dostępność narkotyków. Zaleca się ateistom, żeby siedzieli cicho, bo przez lata rządów doprowadzili kraj i całą Europę do ruiny. /... / Manifestacja religijności to przejaw wolności, manifestacja niewiary to arogancja i agresja." Stąd m.in. powracający pomysł, żeby polska konstytucja zaczynała się słowami; "W imię Boga najwyższego", stąd intronizacja Chrystusa na króla Polski i ciągłe molestowanie stereotypem Polaka katolika.

"Wysokie Obcasy" nr 44

Według dramatopisarza Pawła Demirskiego, Jarosław Kaczyński to nie jest człowiek, który mówi: "Nie lubię kawy", on mówi: "Piję herbatę, bo kawa jest ohydnym napojem". M.in. dlatego zdecydował się zrobić współczesny spektakl teatralny – zdradza w "Dramacie K." rozmawiającemu z nim Mike`owi Urbaniakowi.

Zainspirowała go książka Roberta Krasowskiego "Czas Kaczyńskiego. Polityka jako wieczny konflikt". Umęczył się nad nią, ale sposób, w jaki J. Kaczyńskiego przedstawił R. Krasowski odbiega od tego, który prezentują media. "Kiedyś myślałem, że Kaczyński boi się wzięcia władzy. A prawda jest taka, że on jej nigdy nie chciał. /.../ W przypadku Kaczyńskiego posiadanie władzy to posiadanie partii. Bycie prezesem partii jest ważniejsze i mądrzejsze od bycia chwilowym ministrem, a nawet premierem. /... / Dla niego partia to dom, rodzina. On nie może jej stracić, bo straci wtedy wszystko. /.../ Kaczyński tak buduje strukturę partii, że zostawia wokół siebie tylko takich, którzy nie mogą mu zagrozić. To jest bardzo świadome i jednocześnie niszczące. /.../ Mam takie marzenie, żeby z nim porozmawiać chociaż przez pół godziny." Dramatopisarza najbardziej kręci w prezesie to, że jest politykiem, który nie znaczył wiele w komunistycznej opowieści, był taktowany przez opozycję jak nielubiany kuzyn i żeby stworzyć siebie musiał zaatakować dawnych sojuszników. Robi to i dziś. "Widać to najlepiej na przykładzie furii, z jaką atakuje Lecha Wałęsę." W końcu nawet wrzasnął w Sejmie: "Wy zdradzieckie mordy!" Bo on w Sejmie mieszka. "To jest jego dom, innego nie ma, więc "zdradzieckie mordy "to dla Kaczyńskiego domowa awantura, podczas której mąż krzyczy do żony: "Stul pysk"!". /.../ To jest w gruncie rzeczy człowiek o szalenie wąskich horyzontach myślowych." I nie zmienia postaci rzeczy, że jest oczytany. Bez tego wie, jak ma wyglądać świat. "Zawsze mu wystarczał kontakt z matką i bratem /.../, mimo wielkiego ego jest człowiekiem, który zajmuje mało miejsca, ma małe potrzeby i nigdy nie był w polityce dla pieniędzy." Kiedy czyta wywiady, w których pada jego nazwisko "on się nie śmieje, /.../ bierze je wszystkie do siebie. Szczególnie te, w których pojawiają się jego matka i brat. Robert Krasowski powiedział mi, że jeśli chce się go dotknąć, należy się zająć jego mamą albo bratem." Spektakl zatytułowany "K" nie jest zrobiony dla niego, a dla polskiego ludu. To studium o klasie politycznej, nad stanem której należałoby zawyć z rozpaczy. Kiedy pojawiła się informacja, że spektakl "K" powstaje, narodowe media wydały pomruk niezadowolenia. Że pewnie lewactwo zechce ośmieszyć prezesa. P. Demirski daleki jest jednak od tego, gdyż "Jarosław Kaczyński to jest poważny temat i trzeba poważnie do niego podejść. Szczególnie w obliczu narastającego w Polsce autorytaryzmu."

"Forum" nr 22

Niewielu ludzi umiera pogodnie, a przecież wystarczy przestać się bać - przekonuje amerykański lekarz Bruce Miller w "Happy end" dla "Der Spiegel". Kiedy był studentem, poraził go prąd z kabla o napięciu 11 tys. woltów. Dla żartu wdrapał się z dwoma kolegami na dach pociągu. Od tamtej pory radzi sobie bez lewego przedramienia, ma też dwie protezy zamiast nóg. W przerwach w pracy w klinice wygłasza wykłady o swojej wizji dobrego końca.

"Sztuka polega na tym, by cieszyć się, co się ma, umieć to docenić. Rodzinę, przyrodę, dobre jedzenie, a przede wszystkim zdrowie. Kto to potrafi, umiera spokojniej." Brzmi banalnie, lecz zaledwie garstce ludzi udaje się wieść spełnione życie. Bardzo wielu, patrząc wstecz odczuwa jedynie żal. Żałują, że zmarnowali mnóstwo czasu. Trwając np. przy pracy, której nie lubili, albo przy partnerze, którego nie kochali. Czas każdego na ziemi jest ograniczony, trzeba go więc wykorzystywać maksymalnie sensownie. Nawet w ostatnich miesiącach życia można spełniać marzenia. "Jeden z moich pacjentów marzył o tym, żeby jeszcze choć raz popłynąć tratwą po rzece Kolorado. Miał HIV, zaawansowanego raka prostaty i silne bóle kości. Ale mimo to spełniliśmy jego marzenie. /.../ Spływ tratwą przy jego stanie zdrowia nie był najrozsądniejszym pomysłem. Ale w takich sytuacjach należy rozważyć, co umierająca osoba ma do stracenia, a co może zyskać." Pacjent po powrocie zachwycał się lodowatą wodą, gorącym słońcem i skałami Wielkiego Kanionu. Był pełen spokoju. A o to właśnie chodzi w medycynie paliatywnej. O dobre samopoczucie na każdym etapie ostatniej fazy życia. Również wrażenia zmysłowe mogą zredukować cierpienie. W hospicjum zatem roznosi się zapach wypieków, kuchni. Pod koniec życia ludzie najbardziej boją się, że będą długo leżeć przykuci do łóżka i cierpieć. Wielu obawia się, że nie weźmie już prysznica i nie skorzysta z toalety. "Nie uwierzy pan, ile ochoty do życia może dodać pacjentowi zwykły prysznic." Rokrocznie na świecie umiera ponad 56 mln ludzi. Mimo to bardzo niechętnie rozmawiamy o śmierci. Ludzkość bowiem jest źle przygotowana do starzenia się społeczeństw. "Za mało jest hospicjów i placówek ambulatoryjnych, które mogłyby ulżyć w pracy szpitalom. Do niektórych chorych opieka dociera dopiero w ostatnich dniach. /.../ Poza tym społeczeństwo woli się odwracać od tematu umierania. To globalny problem".

"Newsweek" nr 49

Michał Kacewicz i Piotr Milewski w "Sieci Kremla" pokazują, jak Rosja walczy w Internecie. Według byłego szefa agencji szpiegowskich USA, wybór Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych był największą tajną operacją dywersji psychologicznej w historii.

Rosjanie już dawno się w tym wyspecjalizowali. Teraz ich głównym narzędziem jest sieć. Rosyjski wywiad wojskowy GRU stworzył stronę internetową przed ostatnimi wyborami prezydenckimi za oceanem. Generowane tam informacje dotarły do... 126 mln Amerykanów. Rosyjskie boty opublikowały 80 tys. wpisów na portalach społecznościowych. Chodziło o zdyskredytowanie Hillary Clinton i doprowadzenie do zwycięstwa D. Trumpa. "Podobne operacje w sieci Rosjanie przeprowadzili przed referendum w sprawie brexitu w czerwcu 2016 r., w Wielkiej Brytanii i przed wyborami prezydenckimi we Francji rok później. Aktywność rosyjskich służb w Internecie wzrosła także przed wyborami w Niemczech we wrześniu tego roku czy przed referendum niepodległościowym w Katalonii 1 października 2017 r. i nie ma w tym nic dziwnego – w rosyjskiej doktrynie wojennej z 2014 r., wojna informacyjna to jeden z rodzajów konfrontacji zbrojnej. A na wojnie wszelkie metody są dozwolone." Operacje dezinformacyjne Rosjanie stosowali także w czasie zimnej wojny. Tyle że teraz mają do dyspozycji niezwykle szybki nośnik informacji. W czasach Władimira Putina komórki wyspecjalizowane w wojnie informacyjnej wciąż się rozbudowuje. "Teorie nowego sposobu walki z Zachodem opracował pułkownik Jurij Kurnosow. Twierdził, że aby przejąć inicjatywę, trzeba działać agresywnie, a armia trolli, botów, ekspertów, organizacji i przyjaznych polityków za granicą musi być silnie centralizowana i działać jak sieć." Na jej czele stoją służby. Próbują w ten sposób wpływać na wyniki wyborów w innych krajach i kreują konflikty. Zaczęło się od Ukrainy. Kiedy trwał Majdan, w Rosji powstawały pierwsze fabryki trolli. Tylko w jednej siedziało kilkuset młodych ludzi wpisujących antyukraińskie treści. "Na przykład o tym, że Majdanem sterują faszyści albo że Ukraińcy w Donbasie przybijają gwoździami małe dzieci do drzwi." Potem w USA poszło jak z płatka. Rosjanie nie mogli uwierzyć własnemu szczęściu, że udało im się wywindować do władzy politycznego amatora. I podważyć wiarę Amerykanów w demokrację. Ponieważ 66 proc. Amerykanów czerpie wiedzę z sieci, a 18 proc. w ogóle nie sięga do innych źródeł informacji, sukces stał się faktem. Poróżnienie Europy odbywa się podobnie. Fake newsy o uchodźcach zagrażających bezpieczeństwu krajów, podsycanie lęku przed atomowymi elektrowniami itp. to wzbudzanie paniki na masową skalę. Co z tego, że media tropią fałszywki i ujawniają tożsamość internetowych trolli, jeśli Rosja jest wciąż kilka kroków przed nimi.

wybrała /ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ