reklama

Sami sobie szkodzimy

Mimochodem

 

Włoski rząd wprowadza ulgę podatkową na zieleń. Dekorujący swoje posesje kwiatami i krzewami będą mogli odpisać sobie od podatku 36 proc. poniesionych kosztów. Włosi uważają, że dzięki temu zmniejszy się zanieczyszczenie środowiska. Ba, ludzie zazielenią tereny w najbliższym otoczeniu, żeby było ładniej. 

Starachowiczanie, podobnie jak to się dzieje w najwyższym środowiskowym resorcie, za zielenią nie przepadają. W obywatelskich wnioskach przeważają zamówienia na kostkę brukową. Kosztem zieleni – zwłaszcza drzew – betonują, co się da. Za swego rodzaju bożków uznali kilogramy złomu na kółkach. I wznoszą im całą infrastrukturę, nie bacząc na niekorzystne konsekwencje takich działań. Nie dość że wyznawcy motoryzacyjnej religii pozbawiają się życiodajnego tlenu, to potęgują wokół siebie hałas.

Jak to się dzieje, że człowiek świadomie robi sobie źle? Wycina drzewa. Pali najgorszym świństwem w piecach. Śmieci, gdzie popadnie. Jednocześnie próbuje w tym nieprzyjaznym środowisku dożyć setki. A jeśli się nie udaje, winą obarcza wszystko i wszystkich wokół, lecz nie siebie. Bo jak nie trudne warunki pracy, np. w niedzielę w handlu, ale już nie w służbie zdrowia, to stres z powodu kredytu we frankach, ale już w złotówkach nie, wedle suwerena itd. Życia w zgodzie z naturą w hierarchii potrzeb nie ma. Te tematy pozostawia się ekscentrycznemu środowisku ekologów, też wedle suwerena.

Wraz z nastaniem sezonu grzewczego, powietrza w Starachowicach wyraźnie zaczyna brakować. Smrodu z kopcących kominów nie zatrzymuje nic, bo bariery w postaci szpalerów drzew znikają. Po odsłoniętych terenach hula wiatr niosący dymy do bloków. I tak kilka, kilkanaście prywatnych domków, z kominami, a jakże, zatruwa siebie i całe osiedla.

Przy "szlakowisku" domków jednorodzinnych nie ma, chyba że te od d. ulicy Marszałkowskiej. Jezdnia jest jednak zatłoczona pojazdami. Przejeżdża ich każdego dnia niemało, sporo parkuje na poboczu. Wolne miejsce do zatrzymania się tam na chwilę znaleźć trudno. Spaliny więc zatruwają środowisko. Również korzystających z urządzeń sportowych na placu. Przestaną w części przynajmniej, kiedy wyrosną wzdłuż chodnika krzewy, które gęsto posadzono, co odnotowuję z zadowoleniem. O takie same pod skałami dopraszałam się nie raz na tych łamach. Żeby oddzielić rekreację od ruchu drogowego.

36 proc. ulgę przyznałabym właścicielom jednej z posesji przy ulicy Bajana, którzy takie same tuje bodajże posadzili przy ogrodzeniu wzdłuż chodnika na ulicy Wojska Polskiego. Może z czasem i one zaczną pochłaniać choć znikomą część wydostającego się z tamtej okolicy, przy niekorzystnych warunkach atmosferycznych, smogu. Te domki jednorodzinne to prawdziwa zakała dzielnicy. I nawet jeśli tylko dwa, trzy domy dymią, to pozostali sąsiedzi nie próbują temu przeciwdziałać, nie chcąc pewnie narażać się na słowne utarczki, albo jeszcze gorzej. Podobnych zagłębi zanieczyszczeń w mieście znajdzie się więcej, np. wokół rynku. Od października do maja, to całe siedem miesięcy takiego trucia.

Park w środku miasta jest niewątpliwie powodem do dumy. Również lasy wokół Starachowic. Tyle że pozostałą powierzchnię czyni to niecką, w której łatwo gnieździ się smród. Zwłaszcza jeśli nie stoją temu na przeszkodzie żadne, albo nieliczne, drzewa, krzewy, kwiaty. Nie do uwierzenia, chciałoby się zawołać, że suweren na to przystaje. Ale widocznie suweren już taki jest. Chyba wszędzie, jeśli włoski rząd wziął się za wychowanie swojego. Szkoda, że polski przyjął odmienny kierunek. Stawia na wycinkę.

/ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ