reklama

Na innych łamach

"Newsweek" nr 48

Europa się dusi. W wielu krajach populiści doszli do 30 proc. poparcia – relacjonuje niemiecka politolog Ulrike Guerot, w rozmowie Macieja Nowickiego "W Europie pękają narody".

Populiści przejęli władzę w Polsce i na Węgrzech. Nawet tam, gdzie nie rządzą, mają ogromny wpływ na system polityczny, np. w Austrii, we Francji i w Holandii. Europa płaci za zaniedbania. "Wspólny rynek przyniósł oczywiste korzyści, ale ma też pewną istotną wadę – zwiększa nierówności i sprzyja ludziom dobrze wykształconym, z dużych miast. Niestety, pogarsza sytuacje ludzi źle wyedukowanych, na terenach wiejskich, którzy nie są gotowi na zmiany. To prowadzi do wojny jednych z drugimi. Wywołuje to wynaturzenie, które dzisiaj nazywamy populizmem. UE nie ma żadnych narzędzi, żeby z tym walczyć. Nie chce i nie potrafi niczego zrobić. Nieustannie mówimy o zjednoczonej Europie, milcząco zakładając, że nie powinna nic kosztować. /.../ Wspólny budżet europejski wynosi niecałe 1 proc. budżetu wszystkich państw członkowskich. W dodatku odpuściliśmy sobie kwestie społeczne, a ludzie w potrzebie muszą mieć poczucie, że Europa się o nich troszczy. /.../ UE nie może się zająć biednymi, bo polityka społeczna jest wciąż narodowa i redystrybucja środków jest także narodowa. Nie istnieje coś takiego jak europejski patriotyzm państwa dobrobytu. I tutaj pojawiają się Jarosław Kaczyński i Marine Le Pen, którzy mówią: "Europa nie zajmuje się biednymi, my o nich zadbamy". Europejskie elity nic z tym nie robią twierdząc, że wskazany przez populistów problem nie istnieje, i mają idiotyczną nadzieję, że nikt tego nie zauważy. A wtedy Kaczyński czy Le Pen mówią: "Europa jest przeciwko ludowi, zdradziła go", i przyciągają do siebie ludzi nacjonalistyczno – socjalną retoryką." A że wcześniej państwa strefy euro się ze sobą skłóciły, nadszedł kryzys ekonomiczny, potem uchodźczy, populiści dostali potężnego kopa. Nie ma już powrotu do tego co było. Wygrani mogą być jedynie stawiający na nacjonalistyczny populizm. "Do normalności nie ma powrotu z jeszcze jednego powodu. Mainstream jest wypalony. Lewica od lat jest pogrążona w żałobie po zmianach społecznych, które nie nadejdą i w które sama już nie wierzy. Liberalizm nie jest w stanie zaproponować żadnej alternatywnej tożsamości, żadnej wspólnoty. Nacjonaliści podają lekarstwo w postaci narodowego sztandaru. Taka terapia jest złudna, ale nacjonaliści mają nad wszystkimi wielką przewagę: narody w Europie istnieją, są przetestowane, mają za sobą wielką historię." Jesteśmy świadkami pękania narodów. Czy to wykorzystamy do budowy nowej Unii, to się dopiero okaże.

"Gość Niedzielny" nr 46

Zdaniem ks. Marcina Iżyckiego, dyrektora Caritas Polska, z którym rozmawiał Bogumił Łoziński, "Polacy są miłosierni". Każda istniejąca i nowa inicjatywa fundacji spotyka się bowiem z bardzo dużym odzewem społecznym.

Polacy są coraz bogatsi, mają otwarte serca na potrzeby bliźniego i w ślad za tym rośnie skala dobroczynności. "Wrzucając pieniądze, nie możemy zapominać, że nie zwalnia nas to z podstawowych czynów miłosierdzia: przebaczenia, modlitwy, pocieszenia, czy najprostszej codziennej życzliwości i uśmiechu. Jako Caritas dbamy o to, aby pomaganie było połączone z solidną informacją i świadomością, do kogo trafiają ofiary darczyńców. Dlatego szeroko informujemy o naszych projektach, wskazujemy konkretne cele i rezultaty, jakie przynosi dana akcja, np. że ze zgromadzonych środków zbudowaliśmy szkołę czy wypłacamy stypendia potrzebującej młodzieży." Caritas Polska prowadzi m. in. 6 centrów pomocy migrantom i uchodźcom, 14 poradni lekarskich, 32 domy samotnych matek, 44 hospicja, 61 okien życia, 66 stacjonarnych zakładów rehabilitacyjnych, 69 schronisk i noclegowni, 91 jadłodajni dla ubogich, czy 700 punktów wydawania żywności. Może liczyć na wsparcie 100 000 wolontariuszy. Datki pochodzą głównie od ludzi wierzących. Motywacja jest więc religijna. Pomocą staje się zatem i modlitwa, i właśnie praca wolontariuszy. Inaczej mówiąc, Caritas buduje wspólnotę opartą na wierze. I to przede wszystkim, czyli aspekt duchowy, różni Caritas od innych organizacji charytatywnych. "To nieprawda, że Polska nie przyjmuje uchodźców. Jest ich u nas ok. 3 – 4 tys. z różnych krajów. Odwiedziłem ośrodki, gdzie przebywają, spotykałem się z tymi ludźmi. Cierpią, bo musieli uciekać z ojczyzny, ale w Polsce mają bezpieczeństwo i godne warunki. /.../ Z ankiet prowadzonych przez nas wśród rodzin, których dzieci chodzą do polskich szkół, wynika, że nie są dyskryminowane." Caritas jest w kontakcie z biskupami w Syrii. Ci zdecydowanie podkreślają, że lepsza jest pomoc na miejscu. Zaangażowało się w nią ok. 15 tys. darczyńców, w tym 1500 parafii. Pomoc jest skierowana do 10 tys. rodzin, czyli do ok. 40 tys. Syryjczyków. W ramach programów przez 13 miesięcy na Bliski Wschód dotarło 15 mln zł. Pieniądze idą do konkretnych rodzin, wiadomo więc co się z tymi ludźmi dzieje. Nawet papież Franciszek pochwalił projekt "Rodzina Rodzinie". W Polsce z kolei pomocy Caritas doświadczyli ostatnio poszkodowani przez wichury. Rusza pomoc Polakom wracającym z zagranicy, którzy są w trudnej sytuacji. "Piszą do nas Caritas różnych krajów z Europy, że np. jest Polak, który 20 lat tam żył, teraz jest bezdomny, schorowany, rodzina w Polsce nie chce mieć z nim kontaktu, ale on pragnie wrócić do ojczyzny. W takich sytuacjach Caritas staje się dla tego człowieka Rodziną."

"Nie" nr 45

Tadeusz Jasiński w tekście "Morawiecki i głąby" podaje za przeprowadzonymi niedawno badaniami, że dla 47 proc. Polaków wynagrodzenie netto nie różni się od wynagrodzenia brutto.

Połowa Polaków nie zna się na oszczędzaniu. Ba, 87 proc. nie wyliczy kwoty należnej po wygaśnięciu lokaty. Mało kto bierze pod uwagę tzw. podatek Belki. 80 proc. geniuszy finansowych, czyli Polaków, nie ma też świadomości, że firma windykacyjna nie może zająć majątku dłużnika. Wolno to zrobić tylko komornikowi." 42 proc. Polaków nie wie, że oszczędności są bezpieczne wyłącznie w instytucji mającej zezwolenie Komisji Nadzoru Finansowego. Ba, 54 proc. nie rozumie zasady działania debetu. 47 proc. ludzi nie widzi zależności, że jeśli ludzie mają więcej pieniędzy i je wydają, to ceny rosną. "Czy w takim razie można się dziwić, że co piąty Polak nie wie, skąd biorą się pieniądze na program "500 plus", ledwie 38 proc. zaś ma świadomość, że to z ich podatków?" Co czwarty Polak sądzi, że program "500 plus" jest finansowany z pieniędzy rządowych, a nie z ich własnej krwawicy. A przecież rządowe pieniądze nie istnieją! Niski poziom wiedzy ekonomicznej sprawia, że ludzie łatwiej ulegają populistycznym hasłom. "Rzesza ludzie nie mających świadomości tego, że są podatnikami, jest olbrzymia. A państwo od lat robi wszystko, aby rosła. Stąd najpierw PIT-y wypełniane przez ZUS za emerytów, potem przez firmy za pracowników, a teraz przez skarbówkę za kogo się da. Dzięki temu miliony ludzi straciły szanse na własnooczne poczucie się płatnikiem daniny publicznej i zobaczenie, ile hajsu państwo zgarnęło w formie zaliczki na podatek i składek na obowiązkowe ubezpieczenia." Mieszkańcy wsi w ogóle nie są świadomi, że płacą jakiekolwiek podatki! Paragon na wsi jest niebywale rzadkim widokiem. "Płacenie VAT-u przy zakupach nie powoduje też, że podatnikiem czuje się pracujący na czarno robotnik budowlany albo złota rączka zatrudniana od przypadku do przypadku. To następne setki tysięcy nieświadomych podatników." O tej ogólnej nieświadomości Polaków doskonale wie rząd. Podaje zatem optymistyczne informacje gospodarcze, mimo że poziom inwestowania w Polsce mamy najniższy od 21 lat. Może też opowiadać o nadwyżce budżetowej w środku roku. Autor wróży PiS – owi kolejne zwycięstwo w wyborach przy tak niewyedukowanym społeczeństwie. Bo kupi każdą obietnicę finansową. No i PiS nie zamknie granic. Pozostawi je otwarte, by niezadowoleni bez problemu mogli wyjechać. "Zostaną miliony ignorantów gospodarczych spijających z ust polityków PiS bajki o geniuszu ekonomicznym Morawieckiego i mocarstwowej pozycji polskiej ekonomiki."

"Polityka" nr 47

Agnieszka Sowa przedstawia najmłodsze pokolenie pełnoletnich Polaków. "Pokolenie NIE", które potrafi wyartykułować niezadowolenie i sprzeciw. Pokolenie, które egzekwuje swoje prawa, nie chce pracować za grosze i chce traktować państwo serio.

Pokazali to ostatnio podczas strajku głodowego rezydenci. Dzisiejsi 25 – 30 – latkowie zupełnie odmiennie definiują własne potrzeby i inaczej rozumieją słowo wolność. "Nie widzą /.../ powodu, żeby się poświęcać. – Ich rodzice, a przed nimi dziadkowie i pradziadkowie, całe życie mieli nadzieję, że "jak odzyskamy wolność, to będzie lepiej", więc póki tej wolności nie było, zgadzali się ponosić koszty /.../. Tylko tak przecież można wytłumaczyć zgodę społeczeństwa na plan Balcerowicza. Pokolenie NIE!, urodzone w wolnym kraju, już tej zakładki na wyrzeczenia nie ma, wyczynowy kapitalizm go nie interesuje, a transformację ustrojową uznało za zakończoną, zwłaszcza że jej nie pamięta. Zmieniło zatem radykalnie stosunek do pracy. Nie tylko odmawia płacenia frycowego, ale też deklaruje wprost: "dla mnie praca nie jest w życiu najważniejsza". Mówi szefowi, że nie może zostać dłużej w pracy, bo o 18.00 ma jogę, a w weekend chce odpoczywać. Wyłącza telefon i nie odbiera maili po godzinach. Bardzo pilnuje swojego prawa do oddzielenia życia prywatnego od zawodowego (work – life balance)." Ba, młodzi często narzucają dyrektorom HR godziny spotkań w sprawie o pracę. Oczekują informacji zwrotnych o zamiarach firm wobec nich. Nie respektują hierarchii, do potencjalnych szefów mówią na "ty", wchodzą w dyskusję, krytykują firmę, w której dopiero starają się o pracę, otwarcie bronią swoich wartości. A potem zmieniają firmy co dwa, trzy lata. Dla pokolenia 40 -, 50 –latków takie zachowanie jest niewyobrażalne. Oni budowali poczucie własnej wartości na sukcesie pracy. Młodsi od nich już wiedzą, że mogą żyć na niższym poziomie niż rodzice. "A skoro upadła opowieść o niekończącym się wzroście i równych szansach, to praca zarobkowa po prostu nie może być całym życiem /.../." Coraz częściej wybierają organizacje pozarządowe niż korporacje. A jeśli korpo, to po godzinach wolontariat w domach dziecka, placówkach opiekuńczych, hospicjach czy schroniskach dla zwierząt. Mówią NIE również konsumpcji. Zamiast kupna mieszkania i auta wybierają wynajem, Ubera lub rower. Z badań wynika, że nawet ubrania kupują inaczej niż poprzednie pokolenie. Rzadziej markowe, raczej ciekawe, z wyjątkiem sprzętu. Elektronika mysi być na najwyższym poziomie. Na portalach społecznościowych piszą o minimalizmie, redukcji potrzeb, pozbywaniu się rzeczy. Mają zdecydowanie większą wiedzę psychologiczną niż rodzice. Wiedzą, co to szantaż emocjonalny, nadodpowiedzialność, uwikłanie emocjonalne etc. Dlatego punktują szantaż państwa. "Szybko podliczyli też swoje państwo. Skoro według raportu OECD niższe wydatki na ochronę zdrowia niż Polska mają w Europie tylko Rumunia, Bułgaria, Chorwacja i Łotwa, logika młodych jest jasna: podniesienie nakładów na zdrowie do 6,8 proc. PKB uwolni system od patologii. Mówią: to niewiele większy wydatek niż roczny koszt programu 500+." A jak im się nie uda postawić na swoim, powiedzą krajowi NIE i go opuszczą. Nawet w czasie strajku rezydentów nagabywali ich łowcy głów z zagranicy. Bo młodzi nie mają lęku przed instytucjami i obcym środowiskiem. Szybko się uczą. W Europie nie czują się gorsi. Rozchwytywani są lekarze, informatycy, geodeci, weterynarze, fryzjerzy, pielęgniarki. Ci, którzy zostają w Polsce, po prostu chcą tu zostać. Według GUS pod koniec 2016 r. na emigracji przebywało 2 mln 515 tys. obywateli Polski. O 118 tys. więcej niż rok wcześniej. Większość to luzie młodzi.

"Duży Format" nr 40

Czworo policjantów, zamiast zajmować się złodziejami i dilerami narkotyków, musi ochraniać dom Jarosława Kaczyńskiego – informuje Aleksandra Szyłło w publikacji "Pod willą prezesa".

Dotarła do funkcjonariuszy, którzy uznali, że suweren powinien wiedzieć, iż policja "robi za prywatną ochronę /.../. Chłopaki śmieją się, że nigdy nie naparzali tyle w gry na telefonie co podczas patrolu wokół Mickiewicza 49. /.../ Wiadomo, że tam się nic nie stanie. Najważniejszy człowiek w państwie ma przecież jeszcze ochronę w środku domu. Oficjalną. O nas to nawet nie wiadomo, czy wie. /.../ Teren wokół domu /.../ chroniony jest /.../ przez dwadzieścia cztery godziny na dobę przez funkcjonariuszy w cywilu. Hyundai, kia albo fiat brava. Czasem pojeżdżą sąsiednimi uliczkami dookoła, czasem przestoją pół dnia w jednym miejscu. Czego moi koledzy w tym czasie nie robią? Tego, do czego ich wydział został powołany. Nie zajmują się złodziejami samochodów (z samego Żoliborza rocznie kradzionych jest około stu aut). Nie zajmują się dilerami i włamaniami. Tak, to frustruje. Nie po to zdobywamy umiejętności, zaliczamy szkolenia, żeby teraz robić za ochroniarzy płotu, furtki i kota, który patrzy na to wszystko z okna. /.../ Moim zadaniem w tej sprawie nie ma żadnego pisemnego polecenia, to byłaby gruba przesada, żeby organizować posłowi ochronę policji dwadzieścia cztery godziny na dobę na koszt suwerena. /.../ Według mnie to pewnie minister spraw wewnętrznych rzucił: "Przypilnujcie, żeby na Mickiewicza 49 był spokój". Dotarło do komendanta stołecznego. Dalej już poszło w dół, strach kariery i nadgorliwość zrobiły resztę. /.../ Żoliborscy dzielnicowi, jak wszyscy policjanci, nie dostają wynagrodzenia za dodatkowe godziny, w tym przypadku spędzone wokół domu prezesa. W zamian wychodzą wcześniej z pracy. Wynik: jest ich codziennie o te dwie godziny mniej dla mieszkańców." J. Kaczyński nie ma zaufania do BOR. Oficjalnie PiS płaci 135 tys. zł miesięcznie firmie komandosów za jego ochronę. To więcej niż kosztuje ochrona prezesów takich światowych firm, jak Google czy Apple. Zresztą nigdy jeszcze nie było takiego zaangażowania policji w ochronę polityków. "Jak jakiś polityk Prawa i Sprawiedliwości postanowi uprawiać jogging albo zjeść obiad w restauracji, a informacja dotrze do służb, w co drugim krzaku stoi policjant na wszelki wypadek. /.../ Obserwuję, że coraz mniej młodych zainteresowanych jest pracą w policji. Nie dziwię się: pensje marne, setki niepłatnych godzin i duża szansa zostania niesławną gwiazdą YouTube`a. Z powodu braku w ludziach zniesiono limit wieku przy przyjęciach do służby. Kiedyś było to trzydzieści pięć lat. Zaczęliśmy wysyłać listy do policjantów na emeryturze, czy nie wróciliby na służbę."

wybrała /ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ