reklama

Na innych łamach

"Polityka" nr 46

"Wyjeżdżają i łagodnieją" – podsumowuje Polaków jadących do pracy za granicę dr Łukasz Krzyżowski w rozmowie Marcina Rotkiewicza.

Prowadząc badania spotkał wśród osób przenoszących się do Berlina, Birmingham, Londynu i Monachium wiele ludzi, u których ekonomiczna motywacja wyjazdu z kraju wcale nie była dominującą. Chodziło głównie o negatywny stosunek do ich orientacji seksualnej, albo niechęć do życia w ksenofobicznym, zamkniętym środowisku. Ludzie chcą żyć w otwartych układach, gdzie rasa czy religia nie stanowią kryterium oceny. Okazuje się jednak, że sam wyjazd do jednego z wymienianych wcześniej miast, gdzie na co dzień spotyka się na ulicy lub w sklepach odmiennych kulturowo i etniczne, wcale nie zwiększa tolerancji. "Trzeba poznać kogoś konkretnego, wejść z nim w relację, żeby przenieść pozytywne emocje na całą jego grupę. Przeczytam panu wypowiedź pewnej kobiety z Birmingham, która przyjechała z Warszawy: "W firmie po jednej stronie taśmy pracuje muzułmanka, a po drugiej Somalijka. No gadamy, co mamy robić. Na początku miałam opory, ale to fajne babki. Teraz widujemy się nawet po pracy w weekendy." Na podstawie samych obserwacji tworzą się jednak stereotypy, że np. Hindusi są leniwi, jeśli jeden stoi za ladą w sklepie i choćby chwilowo nic nie robi. W Birmingham są wręcz etniczne getta, przez które przejeżdża się, nie zatrzymując. I to owe stereotypy wzmacnia. W Birmingham zresztą panuje największa nietolerancja w Wielkiej Brytanii. Najbardziej otwarta atmosfera jest w Berlinie. Żyjący tam Polacy pomagali uchodźcom. Do pomocy zgłosiło się ponad 18 proc. badanych. Procentowo nawet więcej niż Niemców. Od części migrantów płynie do Polski "przekaz odkłamujący uprzedzenia i lęki, że "obcy" nas najadą i ukradną wszystkie zasiłki. To poczucie zagrożenia i atmosferę strachu kreują w Polsce głównie media. Oczywiście negatywne informacje ze strony migrantów też wędrują do kraju i trafiają na podatny grunt. Moja koleżanka z projektu /.../ rozmawiała z panią, która opowiedziała jej historię, jak to uchodźca komuś ukradł telefon. – A skąd pani wie, że to uchodźca? - zapytała. – No, a kto inny mógł to być? – stwierdziła zdziwiona." Wykształcenie osób badanych nie ma nic do rzeczy. Dobrze wykształceni bywają całkowicie zamknięci i przebywają na emigracji wyłącznie wśród Polaków. Stąd biorą się takie akcje, jak berlińska. Tamtejsza Polska Rada Społeczna poznała ze sobą Polkę i Turczynkę, by wspólnie spędzały czas i mogły się o sobie czegoś dowiedzieć. Ta inicjatywa przynosi bardzo pozytywne wyniki. Generalnie można stwierdzić, że z czasem nietolerancja wobec odmiennych kultur maleje. Migracja zmienia postawy ludzi na plus.

"Newsweek" nr 47

Jeśli w Radomiu coś dobrze działa, to na pewno VI Liceum Ogólnokształcące imienia Jana Kochanowskiego – donosi Paweł Reszka w "Uczniu z karabinem". To elitarna szkoła.

"Na pierwszej lekcji chciałem się popisać. Nawiązałem do eseju Fukuyamy "Koniec historii". Okazało się, że wiedzą o nim wszyscy, a 10 uczniów już go przeczytało"- opowiada jeden z nauczycieli, który trzy razy składał tu podanie o pracę. Czuje się jak na wyższej uczelni. Kiedyś egzaminy obowiązywały nawet do kółek zainteresowań. Szkoła ma ponad 1000 finalistów olimpiad. Tylko 10 proc. absolwentów nie idzie na studia. Pozostali wybierają najczęściej medycynę, prawo albo kierunki ścisłe. Jednocześnie angażują się w młodzieżowe ruchy. W 2015 r. ubrani w błękitne mundury armii Hallera maszerowali ulicami miasta czcząc w ten sposób rotmistrza Witolda Pileckiego. "Tradycja nie jest przypadkowa – pułk hallerczyków /.../ walczył w wojnie z bolszewikami, a w jego szeregach było wielu ochotników z Kochanowskiego." Do chłopców dołączyły dziewczęta, nawiązując do tradycji Ochotniczej Legii Kobiet ze Lwowa. Młodzieży imponują militaria, uważają się przy tym za patriotów. W tym roku z okazji Święta Niepodległości uczniowie przemaszerowali przez Radom już 13. raz. Zdarzyło się również przypomnieć protest radomskiej młodzieży z 30 października 1945 r., Do 1989 r., o Radomiu mówiono "czerwony Radom", później "czarny Radom". Miasto jest jedną noga w Polsce A, drugą w Polsce B. Co ciekawe, w jednej grupie znajdują się uczniowie bliscy Młodzieży Wszechpolskiej i mający poglądy daleko na lewo od Partii Razem. Ich odmienne przekonania prowokują ciekawe dyskusje. I nie ma nienawiści. Nauczyciele starają się nie narzucać swoich poglądów. Liceum uchodzi zresztą za liberalne. Uczniom podoba się, że można przedstawiać to, co było dawniej. Przypominają, że kiedyś buntem było negowanie wartości. "Nasz bunt to ich przywracanie. /.../ A najprostsze do odnalezienia są więzi tożsamościowe, historyczne." Poprzednie pokolenia były zafascynowane liberalizmem, wolnością, otwarciem na Zachód. Teraz młodzi szukają stabilnego fundamentu. I mają coraz bardziej prawicowe poglądy. Bywa, że większość.

"Tygodnik Powszechny" nr 43

"Kościół nie miesza się do polityki" – zapewnia abp Wojciech Polak, prymas Polski, z którym rozmawiał Błażej Strzelczyk. I nie jest prawdą, że rządząca partia zawdzięcza Kościołowi zwycięstwo.

Sam stara się zmieniać rzeczywistość, nie używa jednak do tego narzędzi politycznych. Co nie znaczy, ze nie widzi pewnych problemów. Choćby tego, jak Polacy są podzieleni. "Dlatego często mówię, że fundament życia społecznego powinno się tworzyć w jedności i dialogu." Trzeba np. przypominać, że "Chrystus cierpi w uchodźcach i musimy się na tych uchodźców otworzyć. Że nie chodzi o zwyczajne otwarcie granic bez żadnej kontroli, ale mądrą systemową pomoc, którą możemy i powinniśmy dać, i która nie będzie dla nas żadnym zagrożeniem." Prymas boleje nad tym, że z roku na rok coraz mniej osób przychodzi na zwyczajowe modlitwy za uchodźców. Również w Gnieźnie. Polacy łatwo uwierzyli w narrację strachu. "Ja staram się mówić wyraźnie, że chrześcijanin nie może zamknąć się przed uchodźcą." /.../ Nie sądzę, by sytuacja była tak zabetonowana, że Kościół będzie mówił swoje, a dalej będzie beznadziejnie." I daje przykład: "jeśli ja usłyszę, że w Gnieźnie odbywa się jakaś manifestacja antyuchodźcza, i że na to wybierają się moi księża, to mówię krótko: każdy, który tam pójdzie, będzie suspendowany. /.../ W takich sytuacjach, gdzie następuje wyraźne opowiadanie się po jakiejś stronie politycznego konfliktu, trzeba natychmiast reagować." Prymas kilka razy spotkał się z prezydentem Andrzejem Dudą. Kiedy na Jasnej Górze mówił o poszanowaniu Konstytucji, nie zwracał się bezpośrednio do prezydenta. "Mówiłem do wszystkich bez wyjątku, o tym, żebyśmy żyli w państwie prawa." W rozmowie padają zarzuty, że Kościół jest uśpiony i daje się rozgrywać politykom. Że gdy biskupi mówią o uchodźcach, nikt ich nie słucha. Gdy mówią o wolnej niedzieli, szuka się pośredniego kompromisu. Że Kościół abdykował z formowania sumień. Że bardziej niż Kościoła wierni słuchają newsów... Prymas nie ukrywa, że na poziomie życia społecznego coś w tym jest. "Te podziały mają swoje korzenie również w tym, że pewnych rzeczy w życiu społecznym nie dostrzegaliśmy, że ich jasno nie nazwaliśmy i przed nimi nie ostrzegaliśmy wystarczająco mocno." Nie czuje się jednak uprawniony do oceniania czyjejś wiary. Nie powie o obecnej władzy, że jest religijna, bo religijny to może być tylko konkretny człowiek. Przy tym żaden człowiek, katolik czy nie, nie ma prawa poniżać drugiego człowieka, odpowiadając na pytanie dziennikarza, czy katolik może powiedzieć o kimś "mordy zdradzieckie", "gorszy sort"?"

"Przegląd" nr 44

"W ochronie zdrowia nie ma spraw mniej pilnych" – uważa internistka i toksykolożka Ewa Kralkowska, działaczka Unii Pracy, rozmówczyni Michała Sobczyka.

Dziwi się, że PiS poza lekami dla seniorów nie zrobił nic w tej dziedzinie. Zresztą te leki dla starszej części społeczeństwa to też raczej hasło niż fakt. "Okazuje się bowiem, że drogich leków niezbędnych w ciężkich schorzeniach brakuje na tych listach lub jest bardzo niewiele, a te, które są, i tak nie miały wysokich cen, dlatego trudno mówić o znaczącym odciążeniu budżetów domowych emerytów." W dostępie do publicznej opieki zdrowotnej też rewolucji nie ma, bo gwarantuje go konstytucja. "Rewolucją, ale w negatywnym znaczeniu tego słowa, jest natomiast wprowadzenie tzw. sieci szpitali w kształcie zapisanym przez ministerstwo." Na razie wszystko idzie siłą rozpędu. Ale tylko dlatego, że personel medyczny ma głęboko zakorzenione poczucie etyki zawodowej i pacjentów nie zostawi. "Jeśli jednak będą się (lekarze – pzyp. ewa) trzymać ściśle zapisów ustawy, to obawiam się, że czeka nas ogromny chaos." Niepokój budzi przeniesienie nocnej i świątecznej pomocy lekarskiej do szpitali. Zgłaszających się chorych niekiedy kwalifikować będzie... pracownik rejestracji! "Jednak zasadniczym problemem jest wprowadzenie ryczałtowego finansowania szpitali. /.../ Jeżeli szpital otrzyma ryczałt – niewysoki, bo liczony na podstawie kosztów sprzed dwóch lat – dyrektorowi będzie się opłacało przyjmować przede wszystkim pacjentów tanich. A co z osobami poważnie chorymi, których leczenie jest długie i bardzo kosztowne, a których nie stać na to, by się leczyć prywatnie? Co z obietnicą skrócenia kolejek, która robi się coraz mniej realna?" Polska przeznacza na całą ochronę zdrowia niewiele ponad 4 proc. PKB. Postulowany przez protestujących rezydentów wskaźnik – 6.8 proc., nie wziął się z sufitu. Taki poziom jest niezbędny według Światowej Organizacji Zdrowia, żeby służba zdrowia zapewniała mieszkańcom danego kraju minimalne bezpieczeństwo. Rezydenci postulują rozłożenie procesu dochodzenia do wskaźnika na trzy lata. I większość pieniędzy przeznaczyliby na nowoczesną diagnostykę, aparaturę, leki i zatrudnienie dodatkowego personelu, żeby wyeliminować kolejki. Tymczasem w Polsce przypada nieco ponad dwóch lekarzy na 1 tys. pacjentów. Niektórzy pracują po 350 godzin w miesiącu! "Wzrost wydatków na lecznictwo /.../ można zapewnić w dwojaki sposób. Po pierwsze, rzeczywiście przez wzrost składki ubezpieczeniowej (powinna wynosić 11 proc. i być odpisywana od podatku – przyp.ewa). Po drugie, można przeznaczać na ochronę zdrowia większe środki z budżetu, czyli pieniądze z naszych podatków." Nie wolno pominąć profilaktyki. "Jeżeli będziemy w stanie wspierać społeczeństwo w prowadzeniu zdrowego stylu życia, na pewno będziemy mniej wydawać na medycynę naprawczą." Inna rzecz, że płace w służbie zdrowia są kluczową kwestią. Ci ciężko pracujący ludzie muszą godnie zarabiać. Owszem, nieustannie dorabiając, mają więcej, ale jakim kosztem?! "Dlatego bez sensu jest powiedzenie w rodzaju "Pokaż lekarzu, co masz w garażu". Niech przedstawiciele innych zawodów ujawnią zawartość swoich garaży. Myślę, że lekarze nie znaleźliby się wśród posiadaczy najlepszych samochodów, nie mówiąc już o jachtach. Ostrożnie zatem z porównaniami."

"Nie" nr 43

Hierarchowie kościelni milczą w dyskusji na temat wieku emerytalnego. Zdaniem Łukasza Piotrowicza, o czym pisze w tekście "Jego demencja biskup", to jeden z niewielu tematów, o którym mają pojęcie.

Dla duchownego 65 lat to czas szczytu kariery. W tym wieku dopiero otrzymują nominacje na ważne stanowiska. O rezygnację z zajmowanego urzędu jest dopiero proszony np. biskup diecezjalny, który ukończył 75 lat. Mimo że wielu jest zdrowych jak ryba. Bo na ich miejsca czyhają dziarscy 60 – latkowie. Niekiedy można być szczęśliwym emerytem i aktywnym duszpasterzem. Jeśli się ma za sobą oskładkowany czas pracy na wyższych uczelniach, w różnego rodzaju instytucjach i placówkach, np. jako kapelani. " W odpowiednim momencie przechodzą na emeryturę, w rzeczywistości pozostając aktywnymi funkcjonariuszami swojej instytucji. Do czasu osiągnięcia świeckiego wieku emerytalnego biskupi dostają też normalną pensję z kurii." Ponoć szefowie diecezji biorą po kilka tysięcy złotych miesięcznie. Do oficjalnych dochodów dochodzą "dary wdzięczności" od wiernych. Można z nich nieco odłożyć. "W prezydenckich propozycjach zmian działania Sądu Najwyższego znajdujemy te o przechodzeniu w stan spoczynku w wieku 65 lat. Czy głowa państwa uważa, że w tym wieku zaczyna się tracić trzeźwy umysł i zdrowy osąd? Czy to aby nie zakamuflowana potwarz dla episkopatu? /.../ Inna sprawa, że mało który emeryt w Polsce jest tak zakonserwowany jak biskup. Nieskażone pracą ręce (wyciągane tylko do całowania i błogosławienia) i nieskalana myślą, wolna od trosk głowa, do tego najlepsza opieka medyczna – oto posiadający imprimatur przepis na długowieczność. /.../ Ryba po watykańsku psuje się od głowy. W centrali wiekowi panowie od lat troszczą się o losy świata, zwłaszcza młodzieży. Kościołem rządzą faceci, w których wieku już nawet zwykły biskup zamienia tron biskupi na bujany fotel." Poprzedni papież został wybrany w wieku 78 lat. Sam zdecydował o przejściu na emeryturę - co nie zdarzyło się przez wieki całe - ze względu na stan zdrowia. Uznał widocznie, że jako następca Chrystusa na ziemi, schorowany nie byłby w stanie realnie zarządzać gigantyczną instytucją, jaką jest Kościół. "Wyobrażacie sobie, by prezydentem USA lub nawet jakiegoś podrzędnego kraiku (jeśli nie jest dyktaturą) był gość, z którym nie ma kontaktu? No właśnie...". Wśród zwykłego kleru prawo jest bardziej restrykcyjne. Proboszcz powinien złożyć rezygnację po osiągnięciu 75 lat. Ale może i odejść jako 65 – latek. Im więcej księży w diecezji, tym większa presja na odejścia seniorów. Ci, którzy się dorobili, wracają w rodzinne strony. Pozostali trafiają do domów księży emerytów, gdzie przestają być "kimś".

wybrała /ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ