reklama

Ostrożnie ze wspomnieniami

Z kart historii miasta (160)

Niektórzy autorzy wspomnień, opisując po latach swoje przeżycia, posiłkują się informacjami zaczerpniętymi z innych publikacji.

Niedawno ukazały się drukiem wspomnienia Lucjana Krogulca, ochotnika kampanii wrześniowej, uczestnika konspiracji i partyzanta na terenie Lasów Sieradowickich w latach II wojny światowej. Są one bardzo obszerne – liczą sobie blisko 500 stron. Nawet jeśli obejmują okres dłuższy niż II wojna światowa, to i tak jest to ilość imponująca. Czy przekłada się to na ich wartość poznawczą dla odbiorcy?

Szukałem odpowiedzi na to pytanie w dwóch pierwszych rozdziałach książki. Są one poświęcone wspomnieniom autora z wojny 1939 r. Ale właśnie – czy tylko wspomnieniom? Okazuje się, że autor do opisu własnych przeżyć dodał szereg informacji, które w jego intencji zapewne mają ułatwić czytelnikowi odbiór jego wspomnień. Możemy więc znaleźć w nich opisy koncentracji armii odwodowej, obrony przeciwlotniczej Starachowic, wydarzeń na Wanacji, bitwy pod Iłżą (aż dwie strony opisu!), czy walk pod Dąbrową koło Ciepielowa. Czytelnik traktuje te informacje jako wiarygodne. Wszak podaje je autor, który był świadkiem wielu wydarzeń historycznych. Pewnie więc, jeśli nawet sam ich nie doświadczył, to zna je od kogoś, kto jest równie wiarygodny co on. Wprawdzie przy żadnym ze wspomnianych opisów nie ma informacji, czy autor je przepisał od kogoś innego, czy też usłyszał o nich od ich uczestników, ale kto by się tym przejmował. Przecież to naturalne, że w poważnej książce – a ta na taką wygląda – są tylko poważne treści...

Niestety, jestem mocno przekonany, że uzupełnianie wspomnień opisami w większości przypadków – również w tym – to bardzo zły zabieg. Czytając takie wspomnienia czytelnik bowiem łatwo może stracić orientację, co jest osobistym przeżyciem, a co nim nie jest. Ba – chyba nawet sam autor w niektórych sytuacjach się pogubił. Jako przykład podam podaną przez pana Lucjana informację, że w ostatnich dniach sierpnia obserwował przejeżdżające przez Wąchock transporty kolejowe 12 dywizji piechoty. Skąd mógł wiedzieć, że są to transporty tej dywizji? Dalibóg, nie wiem! Przecież takie informacje były objęte tak ścisłą tajemnicą wojskową, że nawet kolejarze nie wiedzieli jakie oddziały transportują. Mogę tylko się domyślać, że pan Lucjan skojarzył transporty kolejowe żołnierzy tej dywizji ze spotkanymi kilka dni później w Lasach Starachowickich oddziałami tej jednostki. Może nawet osobiście usłyszał od żołnierzy, że wyładowali się na stacji w Wąchocku. Połączył te dwie informacje i wyszła mu jedna, ale... nieprawdziwa! W ostatnich dniach sierpnia na pewno nie mógł obserwować transportów tej dywizji. Dlaczego? Ano dlatego, że 12 dywizja rozpoczęła mobilizację dopiero 1 września, a jej pierwsze transporty przejechały (a część się wyładowała) przez stację wąchocką 3 września. W ostatnich dniach sierpnia przez Wąchock przejechały zaś transporty zupełnie innej dywizji. Ale to jest drobiazg, który fałszuje rzeczywistość w minimalnym stopniu. Wszak kogo obchodzi, jaka jednostka tędy przejechała? Dla czytelnika nie ma znaczenia, czy to była 12, 120 cz 1200 dywizja.

Gorzej, gdy pan Lucjan nieświadomie powiela za kimś informacje fałszywe, które dotyczą spraw ważniejszych. Za taką uważam np. podanie przez autora informacji, że obrona przeciwlotnicza Starachowic zestrzeliła dwa niemieckie samoloty. Takie informacje rzeczywiście pojawiają się w literaturze popularnonaukowej, lecz – niestety – nie mają odzwierciedlenia w znanych do tej pory materiałach źródłowych. Też bym chciał, żeby tak było, bo Starachowice w 1939 r. posiadały bodaj najliczniejszą jednostkę fabrycznej obrony przeciwlotniczej w całym kraju i wypadałoby, żeby również najskuteczniejszą, niemniej potwierdzonych efektów jej skuteczności wciąż brak.

Mógłbym tak jeszcze długo wymieniać kolejne przykłady, związane np. z opisami walk wrześniowych w naszym rejonie. Niektóre informacje i oceny przytoczone we wspomnieniach czasem dość mocno różnią się od znanych faktów. Oczywiście, zdaje sobie sprawę, że autor mógł się zwyczajnie pomylić, czy skorzystać ze słabego źródełka. Ale czy musiał to robić? Nie! A jeśli jakąś historię poznał z opowieści innych osób i bez zmian ją przytoczył, to należało to wyraźnie zaznaczyć w tekście. Wtedy pomyłki poszłyby na konto cytowanego. Natomiast opisy osobistych przeżyć autora, jak np. opis powrotu z wojennej tułaczki, pobytu w obozie jenieckim w Kielcach, czy powrót stamtąd do domu, mają bardzo dużą wartość poznawczą i trochę łagodzą złe wrażenie, jakie odniosłem po lekturze innych ustępów.

Być może następne rozdziały wspomnień pana Lucjana, które poświęcone są konspiracji a przede wszystkim partyzantce, są w większym stopniu oparte na własnych przeżyciach, niemniej na podstawie dwóch pierwszych rozdziałów po raz kolejny - jako historyk - przypomniałem sobie wykładaną na studiach zasadę: do wielu wspomnień trzeba stosować zasadę ograniczonego zaufania... Niestety...

Adam Brzeziński

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ