reklama

"To było piekło"

Blisko 11 miesięcy po pożarze i nic nie zrobiono

W numerze

"To było piekło"

Blisko 11 miesięcy po pożarze i nic nie zrobiono

To był najgorszy dzień w ich życiu. W jednej chwili wielu ludzi straciło cały dorobek. Mieszkańcy spalonej w styczniu kamienicy przy ul. Mickiewicza w Starachowicach cały czas czekają na remont budynku. Od tragedii minęło blisko 11 miesięcy, a nic nie zostało zrobione.

Ogień w kamienicy pojawił się w nocy z piątku na sobotę, 27-28 stycznia br. Akcja zakończała się po ponad 14 godzinach.

- Na miejscu stwierdzono duże zadymienie panujące w budynku oraz języki ognia wydobywające się otworami okiennymi. Pożarem objęte było jedno mieszkanie oraz poszycie dachu, ogień szybko rozprzestrzeniał się na resztę budynku. Z informacji uzyskanej od lokatorów wynikało, że w mieszkaniu objętym pożarem znajduje się kobieta. Dwie roty strażaków w aparatach ochrony dróg oddechowych weszły do płonącego mieszkania. Szybko zlokalizowali nieprzytomną kobietę, która leżała na podłodze. Do czasu przybycia pogotowia ratunkowego podawali jej tlen oraz opatrzyli hydrożelem oparzenia. Na klatce schodowej, sąsiadującej z mieszkaniem, panowało silne zadymienie, które odcięło drogę ucieczki mężczyźnie i kobiecie oraz trójce dzieci. Wszyscy byli ewakuowani oknem za pomocą drabiny mechanicznej - relacjonuje przebieg zdarzeń st. kpt. Marcin Nyga, oficer prasowy KP PSP Starachowice.

Rzecznik strażaków zaznacza, że akcja była bardzo trudna, a ogień bardzo szybko się rozprzestrzeniał. Gdyby w porę mieszkańcy się nie zorientowali, mogło dojść do prawdziwej tragedii.

- Tamtej nocy nałożyło się na siebie kilka niefortunnych zdarzeń. Pożar powstał w budynku budowanym w pierwszej połowie XX wieku, według dzisiejszych standardów zamknąłby się maksymalnie w obrębie jednego lokalu. W przypadku tego budynku bardzo szybko ogarnął cały dach. Zaryzykuję nawet tezę, że powstanie pożaru przed północą pozwoliło być może oszczędzić wiele osób. Gdyby ogień powstał w środku nocy, mógłby rozwijać się w sposób niekontrolowany i niezauważony przez nikogo. Produkty spalania, w tym tlenek węgla, mogły zebrać śmiertelne żniwo wśród innych lokatorów - dodaje Marcin Nyga.

W budynku znajdowało się 12 mieszkań, po sześć w każdej klatce. Wszystkie były zamieszkałe. 12 rodzin, łącznie blisko 30 osób, straciło dach nad głową w jednej chwili. Największe obrażenia odniosła 44-latka, w której mieszkaniu wybuchł pożar. Kobieta zmarła w szpitalu. Ocaleni mieszkańcy wyszli z budynku, w tym co mieli na sobie, nie udało im się zabrać niczego, większość dobytku się spaliła. Rozpoczęło się gorączkowe poszukiwanie lokum.

Kamienicę zamieszkiwali lokatorzy własnościowi, ale także gminni, dlatego jeszcze w nocy na miejscu zdarzenia pojawił się prezydent Starachowic Marek Materek, który zapewnił poszkodowanym chwilowe schronienie.

- W budynku znajdowało się 12 lokali mieszkalnych, w tym 3 lokale własnościowe oraz 9 lokali stanowiące własność gminy Starachowice. Spośród trzech rodzin zajmujących lokale własnościowe dwie otrzymały lokale zastępcze z gminy. Jedna rodzina zapewniła sobie lokal zastępczy we własnym zakresie. Wszystkie rodziny z lokali stanowiących własność gminy otrzymały lokale zastępcze, które prawdopodobnie będą docelowymi. Jedna osoba z lokali gminnych została otoczona opieką własnej rodziny - mówi Gazecie Igor Gajewski, administrator wspólnoty mieszkaniowej, która zarządza budynkiem.

Mieszkanką lokalu gminnego, którą zajęła się rodzina, jest pani Józefa, 86-letnia kobieta, która chce wrócić do swojego mieszkania. Niestety, na razie nie ma do czego. Od tragedii minęło blisko 11 miesięcy, a nic nie zostało zrobione.

- Mieszkałam w tym miejscu od 1950 roku, przez 67 lat. Nie miałam żadnych zadłużeń, zawsze mieszkali tam wspaniali ludzie. Dopiero później pojawiły się problemy. W sąsiedniej klatce policja bywała praktycznie codziennie, a przecież ten pożar to nie był pierwszy, bo kilka lat temu również się u nas paliło. Tak samo wtedy, jak i teraz pożar wywołali ludzie z marginesu - mówi nam pani Józefa, która praktycznie codziennie dopytuje się, co z jej mieszkaniem.

Wspomnienia tej tragicznej nocy wywołują nadal u pani Józefy ogromne emocje i z trudem powstrzymuje łzy. W jednej chwili straciła wszystko, na co pracowała całe życie. Dokładnie pamięta, co działo się w nocy z 27 na 28 stycznia.

- Jestem schorowaną osobą, mam uszkodzony kręgosłup i wtedy akurat brałam cały czas zastrzyki. Źle się tego dnia czułam, wzięłam jeden proszek nasenny, a później drugi. Kiedy weszłam do kuchni, to już się paliło, ale ja byłam tak skołowana, że tego nie zauważyłam. Za chwilę sąsiadka zaczęła walić w moje drzwi. Kiedy doczołgałam się do przedpokoju, zaczęła krzyczeć: "sąsiadko, uciekaj, bo się pali". Zaczęłam dzwonić do rodziny i wołałam o pomoc. Nie mogłam się ubrać, nie umiałam założyć butów, byłam skołowana. Przywieźli mnie tutaj. Usiadłam w pokoju i cały czas płakałam, już nie spałam. Straże ciągle jeździły za oknem, a ja chciałam, żeby już przestali, bo cały czas wszystko słyszałam - opowiada nam kobieta.

Pani Józefa w swoim mieszkaniu zostawiła wszystko. Wyszła w jednym swetrze. Z Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Starachowicach otrzymała jedną paczkę oraz jednorazową pomoc finansową w wysokości 500 złotych. Taką samą kwotę otrzymała od kościoła. Wszystko inne ma od rodziny.

- Wyszłam z domu w tym, co miałam na sobie. Dopiero później, jak już było ugaszone, to przynieśli mi trochę rzeczy, ale straciłam praktycznie wszystko. To było piekło. To cały czas jest mój dom, ja chcę tam wrócić. Mój mąż grał w orkiestrze dętej i mógł dostać lepsze mieszkanie, ale mieliśmy tam ogródek, mogliśmy hodować kury. Tam były wspaniałe mieszkania, bardzo dobrze tam nam się mieszkało. Ja sobie sama doskonale radzę, umiem sobie ugotować, a w naszej klatce sąsiedzi sobie pomagali. Zawsze ktoś się zapytał, czy umyć mi schody, czy przynieść węgla, czy zrobić zakupy. To zawsze była wspaniała dzielnica - mówi ze łzami w oczach pani Józefa.

Sprawami organizacyjnymi zajął się bratanek pani Józefy. To on kontaktował się początkowo z Urzędem Miejskim, z administratorem nieruchomości. Z pierwszych informacji wynikało, że w tym roku ruszą prace remontowe, ale do tej pory nic nie zostało zrobione.

- Dość szybko po pożarze, bo chyba w ciągu tygodnia, skontaktował się ze mną wiceprezydent Miśkiewicz.i zaprosił na spotkanie, w którym uczestniczył jeszcze jeden mężczyzna, ale nie pamiętam jego nazwiska. Zaproponowali cioci dwa "świetne" rozwiązania: albo dom starców, albo mieszkanie na ul. Widok. Nie wyobrażałem sobie, żeby ciocia poszła tam mieszkać sama, dlatego ani jedno, ani drugie rozwiązanie nie wchodziło w grę. Nie pamiętam, który z panów to powiedział, ale otrzymałem informacje, że "czekamy tylko na wiadomość, czy możemy ten dom remontować". Za jakiś czas otrzymaliśmy informację, że jest zgoda na remont. Luty i marzec rozumieliśmy, że nic jeszcze nie było robione, bo to miesiące zimowe, ale przyszedł kwiecień i kolejne miesiące, a tam nadal nic nie jest robione. Dopiero po pewnym czasie folią został przykryty dach - mówi GAZECIE pan Roman, bratanek pani Józefy, którego rodzina opiekuje się kobietą.

Część rodzin skorzystała z pomocy gminy, część znalazła schronienie u rodziny i sąsiadów. Jedna z nich, wychowująca niepełnosprawne dziecko, zatrzymała się u sąsiadów w zaadaptowanym na potrzeby mieszkalne garażu. Wszyscy, podobnie jak pani Józefa, chcą wrócić do swoich domów i dopytują, kiedy wreszcie będzie to możliwe?

- Ciocia cały czas się dopytuje, co z domem, kiedy będzie mogła wrócić do siebie. W końcu, po kilku miesiącach zdecydowałem się napisać do prezydenta Materka na Facebooku i rzeczywiście bardzo szybko otrzymałem odpowiedź. Prezydent odpowiedział jednak, że on się tym nie zajmuje, a to jest sprawa wspólnoty zarządzanej przez pana Gajewskiego. Okazało się, że są jakieś problemy z papierami, bo część mieszkań była własnościowa. O tym to chyba wszyscy wiedzieli od początku, a cały czas pojawiał się tylko argument, że czekamy na pozwolenie nadzoru budowlanego. Później otrzymaliśmy informację, że dokumenty są już praktycznie kompletne, ale w tym roku naprawiony zostanie jedynie dach. Mamy już listopad, a nadal nic się nie dzieje i sądzę, że w tym roku nic już nie zostanie zrobione. Szczerze mówiąc, to od początku nie sądziłem, że ciocia wróci do mieszkania w tym roku, ale, żeby chociaż cokolwiek tam się działo... - mówi nam bratanek pani Józefy.

Okazuje się, że problemem są nadal względy formalne. Wspólnota czeka teraz decyzję z ministerstwa i po jej otrzymaniu będzie można rozpocząć prace budowlane. W tej chwili nie można nawet wstępnie założyć jakiegokolwiek terminu.

- Wspólnota zgodnie z podjętymi uchwałami wykonała dokumentację projektową i w lipcu br. złożyła wniosek o pozwolenie na budowę w Starostwie Powiatowym. Niestety, z uwagi na wniesienie skargi przez właściciela jednego z lokali, wniosek nie został pozytywnie rozpatrzony, pomimo pozytywnej oceny konserwatora zabytków. Niezbędne okazało się złożenie do ministerstwa wniosku o zgodę na odstępstwa od obowiązujących warunków technicznych, z uwagi na zbyt wąskie klatki schodowe. Przebudowa klatek schodowych, zgodnie z obowiązującymi przepisami, nie jest technicznie możliwa, dlatego konieczne jest uzyskanie zgody resortu na odstępstwa. Spowodowało to wydłużenie procedury uzyskania pozwolenia na budowę. Niezwłocznie, po jego uzyskaniu, wspólnota rozpocznie prace budowlane. W tej chwili nie jestem w stanie powiedzieć, kiedy możemy je otrzymać - dodał Igor Gajewski, administrator wspólnoty "Wspólny Dom".

(mp)

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ