reklama

Nadzieja w samorządach

Mimochodem

 

Zohydzone do entej potęgi rządy przewodniej siły narodu, to ostatnia rzecz, jakiej polskie społeczeństwo potrzebuje. Przynajmniej tak by się wydawało.

Lata jedynie słusznej partii jednak wielu musiały przypaść do gustu. I to akurat nie tym, po których można by się tego spodziewać. Wśród części starszego pokolenia bowiem wciąż popularnością cieszy się lewica, mająca zresztą nikłe szanse, by zatriumfować w nadchodzących wyborach parlamentarnych. Może bardziej będzie ona zauważalna w samorządowych. Bo jeśli jej przedstawicieli widać obecnie w lokalnych władzach, to pewnie niektórzy z nich znów otrzymają mandat do współrządzenia. Jeśli nie zostanie zmieniona ordynacja wyborcza. Ludowcy również mają swoich zwolenników. Z poparciem PSL chyba ukształtował się nawet starachowicki zarząd miasta. Platformersi zostali w tyle, ale PiS wziął sporo. I to on chce mieć dziś wszystko. Prawdopodobnie mu się uda. No i niech zgarnie całą pulę, byle wokół panowania PiS było zdecydowanie mniej emocji. Stanie się tak tylko wówczas, jeśli ta partia zechce uwzględniać poglądy inne aniżeli własne. Jak dotąd, zdołała odwrócić bieg dotychczasowego porządku publicznego. Zasłaniając się zobowiązaniami wobec suwerena. Tyle że mając za sobą nawet nie połowę społeczeństwa, urządza życie całemu. Od kołyski do późnej starości. Na swoją modłę, nie pytając ludzi spoza pisowskiego środowiska o zdanie.

Negocjacje, z założenia, wydają się dobrym sposobem na optymalizację funkcjonowania różnych sfer życia. Zamiast nich jest wciskanie na siłę własnego widzimisię. Choćby i nikomu na dobre to nie wyszło.

Wbrew logice jest pozbycie się ze Starachowic polsko – amerykańskich klinik. To tak, jakby z premedytacją planować samobójstwo. Co, jak co, ale kulawą mocno służbę zdrowia wypada dziś z całych sił wspierać. Tymczasem starachowiczanie sami pchnęli się na szafot – powie każdy stojący z boku sprawy.

Prawdę mówiąc, mało kto już orientuje się, o co w tym wszystkim chodziło. Zna jedynie werdykt: likwidacja! Mimo że kryją się za tym tragedie setek pacjentów. Nie do wiary, że można lekką ręką pozbywać się czegoś, co pozytywnie wyróżniało miasto spośród innych. Akurat w tym przypadku wyjątkowo dobrze sprawdzało się powiedzenie: "od przybytku głowa nie boli". A dokładnie nie bolało serce, bo dzięki dwóm placówkom, nie najgorzej wyposażonym, była szansa na uratowanie zdrowia i życia dwa razy więcej pacjentów. Prosty rachunek. Zabrakło porozumienia i dobrej woli, której Polakom (pewnie nie tylko nam) ostatnio często brakuje.

Dogadywać się bezwzględnie trzeba na najniższych szczeblach. Tu, gdzie prawie wszyscy się znają i doskonale wie się, co komu potrzeba. Stąd ta nadzieja w samorządach. I – od biedy – w społeczeństwie obywatelskim, które coraz śmielej sobie poczyna. Z tego wniosek, że dogadać się można.

Gdyby nie zaangażowanie jednego z samorządowców, szlakowisko stałoby dalej odłogiem, rzecz trywializując. Powoli jednak staje się użyteczną i miłą dla oka przestrzenią. Prace bowiem przy zagospodarowaniu terenu będą tam kontynuowane. Obywatelski projekt musiał zwyciężyć, gdyż przedsięwzięcie samo się prosi, by je zrealizować. Każdy rozsądny starachowiczanin to przyzna. Mieszkańcy tamtej części miasta są pewnie zadowoleni, że trafił się im tak aktywny samorządowiec. Nie musieli myśleć, wystarczy, że poparli. Ale – co ciekawe – zamiast to oni dziękować sąsiadowi, że pomyślał o uatrakcyjnieniu placu, to on publicznie dziękował im, że zechcieli wziąć udział w głosowaniu na obywatelski projekt. Chyba że odwdzięczą się, forsując jego kandydaturę na następną kadencję samorządową. Bez względu na opcję, z której zechce - jeśli zechce – kandydować. Bo nie chodzi o to, kto za kim stoi, tylko, że ten ktoś będzie próbował godzić racje, przekonując do optymalnych rozwiązań miejskich problemów.

/ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ