Na innych łamach

"Gość Niedzielny" nr 41

"Chcę bardzo dobrej zmiany" – mówi Bogumiłowi Łozińskiemu prezydent Andrzej Duda. Zapewnia, że tak, jak obiecał w kampanii wyborczej, słucha Polaków i jest otwarty na argumenty różnych stron. Jednocześnie jednak stara się realizować program, z którym szedł do wyborów. Nie ukrywa, że w większości kwestii to program zbieżny z programem PiS, z której to partii się wywodzi.

"Jeśli jednak padają propozycje, które są z nim sprzeczne, to mam prawo powiedzieć "nie". /.../ Pamiętam, że gdy prezydentem był Lech Kaczyński i toczyły się prace nad ustawą lustracyjną, posłowie na bieżąco relacjonowali mu ich przebieg. /.../ Ja zostałem potraktowany przez niektórych polityków, z jednej partii wchodzącej w skład Zjednoczonej Prawicy, zupełnie inaczej. Najostrzej krytykują mnie nie politycy PiS, ale ci politycy, którzy w 2011 r., dokonali rozłamu w PiS. Wyborcy pamiętają, jak ostro atakowali ś.p. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, choćby za podpisanie traktatu lizbońskiego." Mimo to w przestrzeni publicznej nie ma mowy o sporze pokoleniowym między 40 – latkami. Chodzi przecież o przyszłość ojczyzny. "Patrzę nie przez pryzmat dwóch czy trzech lat albo najbliższych wyborów, ale zależy mi na dłuższej perspektywie czasowej. Dostrzegam świat mojej córki, w którym nie tylko ja będę jeszcze długo egzystował, ale przede wszystkim ona oraz jej rówieśnicy, a potem ich dzieci. Dlatego chciałbym, aby żyli w dobrze ukształtowanej Polsce. W bezpiecznym kraju, silnym państwie, ze sprawiedliwym wymiarem sprawiedliwości." Prezydent nie jest zwolennikiem systemu kanclerskiego, ku któremu skłania się Jarosław Kaczyński. Zresztą oznaczałoby to rezygnację z wyboru rezydenta w wyborach powszechnych. Stawia pytanie: "Czy Polacy zechcą zrezygnować z decydowania, kto będzie ich prezydentem?..." Na koniec rozmowy prezydent przedstawia jasne stanowisko w sprawie tzw. aborcji eugenicznej. Jeśli taka ustawa zostanie przyjęta przez parlament, na pewno ją podpisze. Bo jest nie do przyjęcia, żeby w Polsce można było zabijać nienarodzone dzieci z powodu podejrzenia choroby. "To są wspaniali ludzie, którzy swoim życiem mogą zrobić wiele dobrego. Podpiszę ustawę zakazującą aborcji eugenicznej, przede wszystkim aby wykluczyć prawo do zabijania dzieci z zespołem Downa."

"Newsweek" nr 43

Ci, którzy nie mają zbyt dużych oczekiwań co do zarobków, wybierają Czechy i Słowację. Lepiej wykwalifikowani i z większymi oczekiwaniami wolą Wielką Brytanię, Niemcy, Holandię i Norwegię – relacjonuje Małgorzata Święchowicz w "Bezpowrotnych".

Odpływ Polaków szkodzi polskiemu rynkowi. "Połowa firm narzeka, że brakuje rąk do pracy. Od zaraz można by zatrudnić 154 tys. ludzi." Rząd nawołuje do powrotów. Zachęca programami 500+ i mieszkanie + oraz niskim bezrobociem oraz wysokim wzrostem gospodarczym. Tyle że gdzie indziej też jest dobra koniunktura. A Polska wciąż nie pozwala na wyższy standard życia. Owszem, wzrasta PKB, uszczelnia się VAT, ale atmosfera w kraju gęstnieje. Dzisiejsza Polska jest duszna, zaściankowa... Lawiny powrotów zatem nie będzie. Rośnie ruch wahadłowy. Ludzie wyjeżdżają na 6 – 10 miesięcy. Wracają na chwilę i znów wyjeżdżają. Częściej specjaliści i właściciele firm, rzadziej – ubodzy bez kwalifikacji. Dla większości kwestie ekonomiczne są nadal najczęstszym powodem wyjazdu. Nie bez znaczenia są jednak kwestie społeczne - podział na lepszy i gorszy sort, a także pewien rodzaj bezprawia tolerowany przez rządzących. Za granicą nic już nie można powiedzieć na obronę Polski. "Gdy mówię, skąd jestem, często padają pytania o to, dlaczego w Polsce jest tyle rasizmu? Albo: czy to prawda, że 14 –letni chłopiec odebrał sobie życie, bo był gnębiony z powodu orientacji homoseksualnej? Czy to prawda, że na ulice wychodzą zwolennicy ruchów faszystowskich? /.../ Ona ma 24 lata, on 41. W Hiszpanii nikt nie komentuje ich wieku. W Polsce wciąż ktoś się dziwił, że on tyle starszy. Ponieważ jeździli samochodem z hiszpańską rejestracją, były komentarze, że blachy niepolskie. /.../ Kiedyś, gdy Paweł chciał zaparkować i czekał aż zwolni się miejsce, wcisnął się przed niego inny kierowca. Paweł wysiadł, spytał: "O co chodzi? Przecież widziałeś, że czekam". Tamten spojrzał na niego, na rejestrację i powiedział: "To jest mój kraj!" Mieszkający w USA narzekają na Donalda Trumpa. Do Polski jednak nie przyjadą, gdyż "lepiej w Stanach z Trumpem niż w Polsce z Kaczyńskim." Jak wytłumaczyć mężowi Czechowi, dlaczego Polacy ostatnio ustawili się na granicy z różańcami – zastanawia się Polka. Nie uwierzy przecież, że w ten sposób bronią się przed napływem islamu i wszelkiego zła. Nie wiadomo dokładnie, ile osób z Polski wyjeżdża, ile wraca, bo jest swoboda przepływu. "Gdyby zrobić rzetelne badania, mogłoby się okazać, że są regiony, w których liczba mieszkańców jest już o 20, a może nawet 40 proc. niższa od tej, jaką się podaje oficjalnie." Samorządy jednak nie są zainteresowane liczeniem mieszkańców, bo mogłoby się okazać, że musieliby np. zmniejszyć liczbę radnych oraz skorygować wskaźniki, od których zależy wysokość subwencji wyrównawczych. W najgorszym zaś razie najbardziej wyludnione gminy zlikwidować.

"Przegląd" nr 40

Obóz "dobrej zmiany" i obóz antypisowski mają mniej więcej po jednej trzeciej elektoratu. Zerowa jest szansa, by któraś ze stron zyskała choćby garstkę popleczników przeciwnika.

Jedynym sposobem, żeby przynajmniej zachować status quo, jest niezrażanie do siebie elektoratu. I niestraszenie go. "Po pierwsze, nie obrażać wytykaniem rzekomej głupoty bądź innych wad. Po drugie, nie eksponować najbardziej emocjonalnych, hałaśliwych i kontrowersyjnych przedstawicieli swojego obozu /.../." W 2015 roku partia Jarosława Kaczyńskiego wygrała właśnie chowając niektórych działaczy i wskazując problemy ważne dla znacznych grup wyborców. Takie podejście kontynuuje. "Tymczasem opozycja sprawia wrażenie, jakby przegrane wybory niczego jej nie nauczyły. /.../ W efekcie mamy rywalizację o to, kto powie, przyłoży czy zachowa się ostrzej, bardziej emocjonalnie czy dosadnie, a przede wszystkim barwnie i medialnie. Tyle że zyskując uznanie tego skrajnie antypisowskiego elektoratu, całkowicie (!) uniemożliwiają odsunięcie PiS od władzy, bo skutecznie odstraszają resztę wyborców. Nie ma natomiast opozycja praktycznie żadnych propozycji programowych i merytorycznych dla wyborców niezdecydowanych czy choćby mniej emocjonalnych, a bardziej racjonalnych. Rzuca poza tym całą swoją energię, środki i siły na pola walki świadomie wskazywane jej przez... Jarosława Kaczyńskiego." Jakby nie wiedziała, że bez rzetelnej analizy swoich błędów trudno marzyć o poprawieniu sondaży, nie mówiąc o wygraniu wyborów. A potknięć podczas 8 –letnich rządów miała sporo. Wystarczy wskazać poletko edukacyjne. Minister Katarzyna Hall została wybrana na szefową resortu w ciągu... 15 minut. Jej reformy – mocno biurokratyczne – powstrzymał Donald Tusk. Pośpiechu programowego mogłaby jej pozazdrościć obecna pani minister. Następczynie też nie były starannie dobierane. Jakość działania Krystyny Szumilas i Joanny Kluzik – Rostkowskiej nie przysporzyła zwolenników PO. Dlatego nazywanie deformą obecnych zmian w szkolnictwie jest przesadą. Zamiast idealizować gimnazja oraz generalnie dotychczasowy system szkolny, z ust opozycji nie powinny schodzić "postulaty: autonomia szkoły i nauczyciela, indywidualizacja, szerokie prawo wyboru dla ucznia, zróżnicowanie oferty edukacyjnej, zmniejszenie biurokratycznych obciążeń, odformalizowanie, zwiększone kompetencje samorządu itp. /.../ Oczywiście warunkiem efektywności takiego podejścia jest parę słów krytyki "dorobku" pań Hall, Szumilas i Kluzik – Rostkowskiej, odcięcie się od nich oraz przeproszenie za ich "dokonania" stosownych grup wyborców." W innych dziedzinach jest podobnie. Wymiar sprawiedliwości wymaga naprawy. Ale opozycja nie ma nic do zaproponowania. Krytyka poczynań PiS zaś jest odbierana jako zwykłe krytykanctwo. Szkoda, że marnuje się potencjał fachowców z PO i Nowoczesnej. Zamiast zająć się myśleniem, co i jak zmienić, przyjęli role "gadających głów". PiS rządzi i za to wyborcy będą te partię cenić. Zmienią zdanie tylko wtedy, gdy ktoś zaproponuje im spokój, pomysły, kompetencje, dorobek i doświadczenie. Zniechęcą niekompetencja, kompromitujące wypowiedzi i zachowania. Również te z przeszłości. A PiS na pewno wyciągnie je w razie potrzeby – jest pewien Włodzimierz Zielicz, autor komentarza "Arytmetyka, głupcze!"

"Nie" nr 39

Mateusz Cieślak wysyła "Radziwiłła do leczenia".

Polacy się starzeją. Pacjentów przybywa. Tymczasem jedno tylko województwo podlaskie nie ma aż 300 lekarzy specjalistów! W Lubuskiem w marcu br. ogłoszono nabór na 75 etatów. Zgłosiło się dwóch lekarzy – anestezjolog i lekarz rodzinny... Z powodu braku lekarzy Kraków musiał w sierpniu br. ograniczyć liczbę karetek pogotowia ratunkowego. Pod koniec lipca br. piotrkowski starosta przebąkiwał o konieczności zamknięcia jednego z oddziałów miejscowego szpitala z powodu braku lekarzy właśnie. W Toruniu zlikwidowano przychodnię, w której leczyło się 2 tys. osób. W łódzkim hospicjum dla dzieci, z 51 łóżkami, przez jakiś czas była zatrudniona jedna lekarka. Minister o wszystkim wie. Ba, publicznie oświadczył, że medyczne kadry mamy niezbyt młode. Wyróżniamy się pod tym względem w Europie. I że należy coś z tym zrobić. Jednocześnie uspokoił, że kolejki do lekarzy po 1 października znikną (?!). W liście otwartym do premier Beaty Szydło działania ministra zdrowia określono mianem infantylnych. Nazwano... szkodliwym mataczeniem. Pod listem podpisało się dwóch profesorów, nie mogących się doczekać nadania wydziałowi Nauk Medycznych Wyższej Szkoły Technicznej uprawnień do prowadzenia kształcenia na kierunku lekarskim. Autorowi jest obojętne, które szkoły dotuje resort zdrowia. Nawet nie dziwi go, że faworyzowane są uczelnie państwowe, a prywatne mają pod górkę. "Wnerwia mnie jedno. Gowin podał, że wykształcenie jednego studenta medycyny na polskiej uczelni publicznej kosztuje 500 tys. zł. Następnie ci wykształceni za nasze pieniądze lekarze lecą do pracy do Londynu czy Edynburga. Dzieciaki, które nie dostaną się na studia dzienne na naszych uczelniach państwowych, jadą studiować za granicą. W Czechach, na Słowacji i na Ukrainie koszt płatnych studiów wynosi mniej więcej tyle samo, czyli ok. 30 tys. zł za semestr. Po sześciu latach daje to kwotę 360 tys. zł za jednego wykształconego lekarza. Część z tych pieniędzy w formie podatków i innych opłat zasila budżet państwa. Nie polskiego."

"Polityka" nr 42

Choć Beata Szydło od dwóch lat jest premierem, to prawie w każdy weekend przyjeżdża do rodzinnej wsi Przecieszyn pod Brzeszczami. Bo, jak twierdzą sąsiedzi, tylko tu jest naprawdę sobą – donosi Anna Dąbrowska w "Oazie Brzeszcze".

W PSS Społem Lux w Brzeszczach robi zakupy razem z matką. Nikt za nią siatek nie nosi i nikt nie przepuszcza jej w kolejce po mięso. Ba, nie wzbudza żadnej sensacji. Cenią ją za to, że idzie do polskiego sklepu, a nie np. do pobliskiej Biedronki. Matka w kiosku sięga po "Gazetę Wyborczą". Tłumaczy, że nie czyta, ale dobra jest na podpałkę, bo gruba. Po Brzeszczach pani premier jeździ sama. Jeśli z ochroną, to auta jadą zderzak w zderzak i nie na sygnale. Ludzie w mieście mówią, że w przypadku kolizji z seicento winni byli BOR –owcy. Ale parafia, dzięki obecności BOR, jest najbezpieczniejszą w Polsce. Pani premier zawsze przyjmuje w kościele komunię, mąż – nie; stoi obok żony. Teraz przygasł, mało się pokazuje, gdyż nie chce trafić do tabloidów. Kościół w szwach nie pęka. Z 1,2 tys. mieszkańców w niedzielnej mszy uczestniczy tylko 230 osób. Nieliczni przyszli na majową prymicję syna pani premier. "Bo oni tu wcale nie są za Beatą i chyba jej nie lubią. Są za Komorowskim, są za Niemcami i są czerwoni. Za dobrze im się tu z tej kopalni żyje i zapominają, że to Beatka ją uratowała" – żali się proboszcz. Ale przecież w wyborach to właśnie B. Szydło zdobyła w Brzeszczach najwięcej głosów. To, że pani premier jest stąd, nie pozostaje bez wpływu na pozycję gminy. "To, że Beata Szydło jest od nas, z pewnością nam pomaga, ci, którzy decydują o finansach, w podświadomości wiedzą, skąd pochodzi" – opowiada jeden z radnych. Trzeba też przyznać, że kiedy była burmistrzem miasta, nie wyasfaltowała sobie drogi do domu. Dopiero teraz nie grzęźnie się tam w błocie. "Całe szczęście, że to się udało zrobić. To byłby wstyd na cały świat, gdyby nasza premier po takiej drodze do domu dojeżdżała" – uważa sołtys. "Pani z kiosku nie ma wątpliwości, że w domu Szydłów to mąż podejmuje kluczowe decyzje. Mówi, że tak to już jest, że mężczyźni fedrują, a kobiety ogarniają domy, dzieci, załatwiają sprawy, ale to panowie są głową domu. Dodaje, że to tak samo jak teraz w Polsce: - Nasza Beata, nasza pani premier, ogarnia rzeczywistość, organizuje te posiedzenia rządu, spotyka się z ministrami, ale i tak wiadomo, że rządzi prezes Kaczyński. I ona musi z prezesem ustalać, co ma ludziom mówić." /.../ W Warszawie żyje pod presją prezesa, opozycji, mediów. A Przecieszyn to jej miejsce" – podsumowuje jej znajomy.

"Gazeta Wyborcza" nr 215

"Zmierzch galerii handlowych" zapowiada Maciej Dzwonnik. Przedsiębiorcy, wynajmujący w nich lokale, nie radzą sobie z brakiem klientów. Sklepy się zamyka.

Niektóre powierzchnie wyglądają tak, jakby ich nigdy nie wynajęto. Zdobią je nieoświetlone banery nad opuszczonymi roletami. "Kłopotem są nie tylko duża konkurencja na rynku i coraz większa liczba obiektów handlowych, ale też zmiana preferencji klientów. Czasy, w których spędzanie wolnego popołudnia na zakupach w tradycyjnej galerii postrzegano jako atrakcję dla rodzin i grup znajomych, odchodzą powoli do lamusa. Co więcej, niektóre kompleksy w obliczu spadającej liczby klientów musiały dokonać kosztownych remontów, zmienić profil funkcjonowania, a nawet zamknąć działalność." Rzeczywiście, preferencje kupujących się zmieniają. Wzrasta popularność zakupów internetowych. Klienci poszukują nie masowości, lecz indywidualizmu, stąd wzięcie ma smart shopping. "Rośnie też skłonność do jedzenia w modnych miejscach na mieście oraz spędzania czasu na świeżym powietrzu, czego tradycyjne galerie nie mogą zapewnić." Handlowcy zmieniają więc podejście do prowadzenia biznesu, chcąc przetrwać na rynku. Nie powstają już centra z galerią sklepów, lecz centra handlowo – rozrywkowo – wypoczynkowe. Zmniejsza się w nich strefę stricte zakupową na rzecz innych. "Galerie nowej generacji to miejsca spędzania wolnego czasu, spotkań ze znajomymi /.../. Aby się wyróżnić, deweloperzy ściągają do galerii najemców spoza standardowej ofert." Do lokali gastronomicznych, bardziej restauracyjnych, prowadzą nawet osobne wejścia. Panuje w nich przyjazny klimat sprzyjający spędzaniu tam większej ilości czasu. Trwa walka o klienta, bo rynek jest dostatecznie nasycony, z czego doskonale zdają sobie sprawę i deweloperzy, i zarządcy kompleksów handlowych.

wybrała /ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ