Na innych łamach

"Polityka" nr 41

Z bitwy o polski handel, którą prowadzi PiS, cało wyjdą najszybciej bogacący się na biednych – podejrzewają Cezary Kowanda i Joanna Solska w "Przyjacielskim odstrzale".

Zakaz handlu w dwie niedziele w ciągu miesiąca ma obowiązywać od stycznia 2018 roku. Najboleśniej uderzy w duże centra handlowe i zaostrzy konkurencję polsko – polską na rynku spożywczym. Właściciele tradycyjnych sklepów zaczęli wątpić, że handlowa zawierucha dobrze się dla nich skończy. Zgodnie z projektem ustawy, w dni zakazane, aż do 6 rano w poniedziałki, nie będą mogli pracować dostawcy. Nie we wszystkich sklepikach pojawi się zatem rano świeże pieczywo. Lidl próbuje to wykorzystać. Podpieka bułeczki, zamraża i na miejscu dopieka. Będą zatem prosto z pieca. Nic dziwnego, że mimo wszystko do wejścia na polski rynek przymierzają się sieci spożywcze - ShopRite z RPA i holenderska Action. "Jeśli uznają, że planowany zakaz bardziej uderzy w mały handel, nie muszą ze swoich planów rezygnować." Najszybciej rośnie sprzedaż artykułów spożywczych w małych miejscowościach. Dziś Biedronka i Lidl pewnie plują sobie w brodę, że tego nie przewidziały. Mogą stać się ofiarą własnej strategii. Niewykluczone bowiem, że dogoni je Dino. Z mozołem budowano tę sieć, nie lekceważąc najmniejszych miejscowości. Do 2020 obejmie 1200 marketów. Obecnie Dino z 677 sklepami zdystansowało Lidla i przygotowuje się do walki z Biedronką. Ten sukces Dino nie cieszy właścicieli sklepów zrzeszonych w Lewiatanie. Bo zakaz handlu w niedzielę dotknie również franczyzę. Prezes Polskiej Izby Handlowej uważa, że to skandal. Z kolei jeśli będą zamknięte supermarkety, ucierpi gastronomia oraz punkty usługowe. W najgorszej sytuacji są galerie na obrzeżach miast. Przyciągały klientów głównie w weekendy. Przyjdzie im oddać zarobek dyskontom w osiedlach. "W wyjątkowo trudnej sytuacji będą zwłaszcza outlety odzieżowe, które właśnie w niedzielę notują nawet 40 proc. obrotów /.../. Więc drobni sklepikarze rodzimi, którzy do niedawna też narzekali na ekspansję sieci zagranicznych, teraz zakazu handlu boją się najbardziej. W jeden tylko weekend zebrali 75 tys. podpisów swoich klientów protestujących przeciw zakazowi." I tak strzały wycelowane w zagraniczne sieci mogą przede wszystkim trafić klientów i wiele firm rodzinnych – podsumowują autorzy.

"Newsweek" nr 42

To, że w 1555 roku nie wprowadzono w Polsce religii państwowej opartej na kalwinizmie, Krzysztof Iszkowski, socjolog polityki, z którym w wywiadzie "Ważniejsze sławojki niż powstania", rozmawiał Paweł Reszka, uważa za jedną z najważniejszych niewykorzystanych szans w naszej historii. Chwali natomiast próby sojuszu z Czechami.

Gdyby Bolesław Chrobry utrzymał się na Hradczanach, raczej nie byłoby Polski w dzisiejszym rozumieniu. Powstałoby państwo zachodnich Słowian, być może ze stolicą w Pradze. "Słowianie z Pragi, Krakowa, Gniezna nie różnili się między sobą i bez problemu można było stworzyć jeden organizm. Z korzyścią dla wszystkich – bo Czesi byli najbardziej zaawansowani kulturowo." Słowiańszczyzna byłaby podobna do Niemiec czy Francji... Ba, Niemcy byłyby mniejsze. A Słowiańszczyzna sięgałaby aż do granicy z Włochami! Niestety, ugrzęźliśmy na wschodzie. I nie wykorzystaliśmy szansy zjednoczenia się w roli młodszego brata Rosji. Wszystkie nasze powstania wybuchały w niesprzyjającej sytuacji międzynarodowej. Zazwyczaj wtedy, gdy młodzi ludzie dochodzili do wniosku, że lepiej zginąć niż pozwolić się dalej upokarzać. Toteż przedsięwzięcia oparte na wątłych podstawach, takich jak emocje i zapał młodych ludzi, kończyły się tragicznie. Gdyby powstanie wybuchło nie w 1830 roku, a w 1853, z pewnością zakończyłoby się sukcesem. Ale o tym nie piszą podręczniki. Milczą np. o Sławoj - Składkowskim, który postawił sławojki i doprowadził do poprawy stanu higienicznego Polski. A tak w ogóle, to polska historia wcale nie jest wyjątkowa. "Nie jesteśmy żadnym Chrystusem narodów. Nie mamy wyjątkowych powodów do dumy." We wrześniu 1939 r. też stanęliśmy samotnie przeciw watahom wroga. Na dodatek polscy generałowie zapewniali aliantów, że w strategicznych punktach utrzymają się przynajmniej przez dwa tygodnie. W rzeczywistości alianci ujrzeli polską armię w rozsypce i nie zdecydowali się na uderzenie. Popełnili błąd, bo gdyby ruszyli, wojna skończyłaby się w 1939 r. W każdym kraju są ciągi niewykorzystanych szans. Nie trzeba jednak od razu ginąć, żeby dać świadectwo. Wystarczy dziś spojrzeć na Katalonię. "Katalończycy mówią po katalońsku, mieszkają w najbardziej zindustrializowanej części Hiszpanii." To że nie mają państwa, o które zabiegają, jest sprawą drugorzędną. Żyją wszak szczęśliwie. "Uważam że państwo istnieje głównie po to, by regulować relacje między ludźmi czy relacje rynkowe." Polska jest za mała by ten rynek wyregulować.

"Przegląd" nr 39

Antyszczepionkowcy rosną w siłę. W każdej chwili może się pojawić epidemia – przestrzega Ewa Rogowska w tekście "Dorośli przeciw dzieciom".

W Polsce zdarza się rocznie 20 tysięcy odmów poddania obowiązkowemu szczepieniu dzieci. Ruchy antyszczepionkowe szybko się mnożą. Posługują się argumentem, że w 18 krajach Europy jest wolność wyboru w tym względzie. Tyle że np. we Francji od przyszłego roku będzie niewiele mniej obowiązkowych szczepień niż w Polsce. Francuski kalendarz szczepień powiększy się o odrę, wirusowe zapalenie wątroby typu B, grypę, koklusz, świnkę, różyczkę, zapalenie płuc i zapalenie opon mózgowo – rdzeniowych. Do tej pory obowiązywały szczepienia przeciwko polio, tężcowi i błonicy. Tymczasem w Polsce rodzice przestają szczepić dzieci. A przecież jeśli rodzice nie zaszczepią swojego dziecka, zagraża ono innym dzieciom. I choroby zakaźne mogą wrócić. Na przykład gruźlica. Zachorowalność na nią jest tak duża, że nie wolno rezygnować ze szczepień przeciwko niej. Owszem, można się zastanowić nad ewentualną rezygnacją, lecz dopiero wtedy, gdy zachorowalność będzie mniejsza. Ze szczepieniami rzeczywiście wiąże się pewne ryzyko i to właśnie popycha rodziców w stronę nieracjonalnych – mimo wszystko - wyborów. Bo dziecko może znaleźć się nagle na stole operacyjnym i wtedy brak szczepienia przeciwko wirusowemu zapaleniu wątroby jest dla niego zagrożeniem zdrowia. Nie dociera to jednak do działaczy antyszczepionkowych. Uważają, że obowiązkowe szczepienia są reliktem PRL. A to nieprawda. W krajach wysoko rozwiniętych, nawet jeśli nie ma formalnego obowiązku szczepień, istnieją mechanizmy, wymuszające ich przeprowadzenie albo do tego nakłaniają. W Australii choćby, jeśli nie szczepi się dziecka przeciw określonym chorobom, nie otrzymuje się niektórych świadczeń socjalnych. We Włoszech nie można posłać dziecka do publicznego przedszkola. W krajach skandynawskich z kolei trafia się na listę rodzin pod szczególnym nadzorem. "Popularność ruchów antyszczepionkowych grozi przerwaniem kokonu epidemiologicznego, który uniemożliwia krążenie wirusów i bakterii chorobotwórczych w populacji /.../. Wówczas zapomniane czy zmarginalizowane choroby powrócą." Szczepienie jest szczególnym przypadkiem, gdyż chroni nie tylko pojedynczą osobę, ale całą populacje.

"Forum" nr 19

"Nie płaczemy po patriarchacie" – mówi w wywiadzie dla "Der Spiegel" psycholożka Inge Seiffge – Krenke. Opowiada o odmiennych rolach rodziców i nowoczesnym ojcostwie. Podkreśla, że pary homoseksualne troszczą się o dzieci nie gorzej niż heteroseksualne.

W takich związkach dzieci rozwijają się tak samo, są równie szczęśliwe i mają tak samo dobre albo złe osiągnięcia. Nie daje odczuć żadnych różnic. Tyle że takie dzieci są często dyskryminowane. "Zwłaszcza w okresie dojrzewania, kiedy zyskują one świadomość własnej orientacji seksualnej. Jeśli odkrywają, że też są homoseksualne, to realizują oczekiwania otoczenia. Jeśli okazują się heteroseksualne, martwią się, że rozczarują rodziców." Analizy potwierdzają, że dzieci homoseksualnych ojców nie zostają częściej homoseksualistami, ale istnieje niewielkie co prawda, ale jednak ryzyko, że córki ze związków lesbijskich mogą być lesbijkami. Generalnie w społeczeństwach zachodnich dzieci mają obecnie większe znaczenie. Rodzi się ich mniej, stawia się je zatem na piedestale. Ba, rodzice odczuwają lęk przed rozłąką, tym większy, im doroślejsze stają się ich dzieci. To widać, gdyż dzieci pozostają dziś dłużej z rodzicami. Do 30 lat, a nawet i później. Chętnie też korzystają z pomocy rodziców. Po tym, gdzie kto śpi, można zauważyć, czy granice rodzicielstwa nie zostały przekroczone. Dzieje się tak, jeśli matka i dziecko śpią w łóżku rodzicielskim, a ojciec w pokoju dziecięcym, albo odwrotnie. Tymczasem powinno się ono od początku nauczyć, że rodzice mają pewną relację, z której ono jest wyłączone. W ten sposób dziecko uczy się rezygnować. Z kolei rodzice żyjący osobno nawiązują zbyt partnerskie relacje z dziećmi. Wykorzystują je jako ścianę płaczu, dzieląc się z nimi wieloma zmartwieniami, co nie jest właściwe ze względu na niedojrzałość dziecka. Ostatnio zyskuje uznanie opieka naprzemienna po rozwodzie rodziców. "Dzieciaki są mniej lękliwe, bardziej zrównoważone, mają lepsze osiągnięcia, lepsze relacje z obojgiem rodziców." Dobrze jednak, żeby rodzice blisko siebie mieszkali. Co ciekawe jednak, ojciec nie zdecydowałby się na opiekę nad czwórką dzieci, z których jedno miałoby na przykład uszkodzony słuch. Wciąż mężczyźni mają poczucie, że choroba i opieka to domena kobiety. Ojcowie różnią się bowiem zdecydowanie od matek. "Nawet karmiąc niemowlęta, dobrzy ojcowie wkładają w to mnóstwo zabawy, robią niesamowicie dużo wokalizacji i min, znacznie więcej niż matki. To sprawia, że niemowlę jest czasem niemal przeciążone. Ma jednocześnie jeść i kodować to, co ten zwariowany facet chce mu akurat przekazać. /.../ Ciśnienie krwi wzrasta mu już wtedy, kiedy tatuś podchodzi do drzwi. Dowodzą tego analizy. Ojciec rozkręca emocje, także negatywne – strach, złość – po czym je temperuje. Dziecko doznaje silnych emocji i ich regulowania w związku. Mam wrażenie, że wszyscy ci matczyni ojcowie to dziś przyczyną ADHD." Często ojcowie przesadzają też z przekazem intelektualnym. Niemniej jednak nie ma co płakać po ojcach, którzy o wszystkim decydowali i wymierzali karę.

"Gazeta Wyborcza" nr 209

"Bałagan może psuć nastrój, a nawet prowadzić do depresji" – ostrzega dr hab. Adam Wichniak, psychiatra, rozmówca Margit Kossobudzkiej.

Kiedy ginie rytm i ład, pojawiają się nawet zaburzenia snu. Tyle że ktoś, kto odczuwa potrzebę nadmiernego ładu, równie często odczuwa napięcie psychiczne, lęk i stres. Najlepiej zatem być gdzieś pośrodku. Część życia mieć uporządkowaną i zostawić w niej możliwość zmian oraz okresowego pojawiania się bałaganu. "Nie odczuwać frustracji, jeśli z powodu jakichś wydarzeń w nasze życie wdarło się sporo chaosu." W piśmiennictwie naukowym mają swoje miejsce osoby o cechach anankastycznych, przywiązujące nadmierną wagę do ładu i porządku. To jeszcze nie choroba. Powszechnie zresztą uważa się, że są one predysponowane do wykonywania niektórych zawodów, np. związanych z finansami. Postrzega się je jako opanowane, dobrze zorganizowane i godne zaufania. "Mamy pięć funkcji uwagi. Dwie najważniejsze, które nam pozwalają wydajnie pracować, to skoncentrowanie się i utrzymywanie uwagi, pozostałe, też ważne, to przerzutność, podzielność i pojemność uwagi. Bywa tak, że osoby, które wcale nie mają cech anankastycznych – w ich życiu może być sporo chaosu, a w domu nie ma przesadnego porządku – gdy pracują, potrzebują, żeby ich nic nie rozpraszało." Nie słuchają muzyki, nie jest włączony telewizor. Nawet spiętrzone ubrania mogą ich dekoncentrować. Innym z kolei to nie przeszkadza. Dla większości jednak dobrze jest, żeby bodźców było jak najmniej. Wtedy pracujemy wydajniej. "Każdy z nas musi znaleźć dla siebie proporcje, zależnie od tego, jakie ma cechy osobowości, jaką ma potrzebę przewidywalności. I się tego trzymać. Ludzie się dzielą na dwa główne typy: takich, którzy przede wszystkim starają się unikać rzeczy przykrych, i takich, którzy przede wszystkim poszukują nowości." Trzeba się określić "i ustawić odpowiednio proporcje rutyny i rytmu do spontaniczności i chaosu. Na pewno skrajności nie są dobre." Rytm posiłków jest rytmem podstawowym. Niedzielne obiady rodziców bywają może nudne, lecz są ważne. Tyle że warto czasami ten rytm, jak każdy inny, naruszyć.

"Duży Format" nr 36

Joanna Strzałko w "Budowie oka po niemiecku" usłyszała od młodych Polaków, którzy z rodzicami wyjechali za naszą zachodnią granicę, jak to jest tam ze szkołą.

"Uczyłem się niemieckiego i wydawało mi się, że coś umiem /.../. Przyjęto mnie do dziesiątej klasy. Pierwszy dzień w niemieckim gimnazjum dobrze pamiętam. Nauczyciele napisali dla uczniów piosenkę. Stali przed nami i śpiewali /.../. A potem przychodzą lekcje. Analiza wierszy Goethego, prozy Maxa Frischa, funkcje kwadratowe, budowa oka, konstytucja, prawa obywatela. Wymiękłem /.../. Jeszcze się łudziłem, że uda mi się w gimnazjum zrobić maturę. Ale lekcje w jedenastej klasie były tak trudne, że nie dałem rady. /.../ Gdy odchodziłem z gimnazjum, najbardziej było mi żal nauczycieli, bo pierwszy raz byłem w szkole traktowany z szacunkiem. Tu nikt nie powiedziałby "Cześć downy!", jak rzucał matematyk, wchodząc do klasy w warszawskim gimnazjum. Nikt nie krzyczałby, że jesteśmy za Murzynami, gdy nie możemy zrozumieć tematu, czy groził czarnymi plemnikami z powodu palenia marychy." Wypowiedzi pozostałych nastolatków są utrzymane w podobnym tonie. "Mnie Niemcy przyjęli do ostatniej, czwartej klasy podstawówki. /.../ Ta czwarta klasa wcale nie była taka trudna, dodawanie pod kreską robiłam w polskiej szkole dużo wcześniej. Na koniec roku miałam dobrą średnią, nauczycielka zaproponowała mi więc gimnazjum. Nie zdecydowałam się. Tam trzeba mieć język i wiedzę na najwyższym poziomie, a ja nie chciałam dostawać słabych ocen. Poszłam więc do szkoły realnej. Jak podgonię niemiecki, przeniosę się, żeby zdać w gimnazjum maturę /.../. W szkole jestem codziennie od 8.00 do 16.00. W tym czasie aż dwie lekcje są przeznaczone na odrabianie prac domowych, których jest niewiele. Siedzi z nami nauczyciel i jak mamy pytania, to pomaga. /.../ W piątej klasie mamy takie same przedmioty jak w polskiej szkole. Tylko historia jest od szóstej klasy. Chemia jest co dwa lata, na przemian z biologią. Tak samo jest z fizyką i geografią. A religia wygląda zupełnie inaczej niż w Polsce. Wszyscy z piątych klas są podzieleni na katolików, ewangelików, muzułmanów i tych, co chodzą na etykę. Czytamy teksty książki, a potem zadajemy mnóstwo pytań. Na przykład, czy to prawda, że niebo istnieje albo kosmici i latające talerze. Nikt się nie wstydzi i nie śmieje z innych. W ramach lekcji są cztery godziny tygodniowo /.../ wybranych przez nas zajęć dodatkowych. Chodzę na głośne zabawy: piłkarzyki, ping – pong /.../. W sąsiedniej sali są ciche zabawy – szachy, domino, układanki. /.../ Za złe zachowanie wzywani jesteśmy na /.../ spotkanie z nauczycielami. Dyskutują o tym, co się wydarzyło i co trzeba zrobić, żeby w ciągu tygodnia się poprawić. /.../ Własne konflikty jednak musimy rozwiązywać sami."

wybrała /ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ