Jednakowo aż do bólu

Mimochodem

 

To były naprawdę ładne torebki. Pochodziły z bułgarskiego sklepu przy ulicy Świętokrzyskiej w Warszawie. Jeszcze dziś jedna poniewiera mi się w koszu szafy wnękowej. Podobnie jak domowe klapki, tyle że z węgierskiego instytutu kultury, z ulicy Marszałkowskiej. 

Placówki handlowe z regionalnymi wyrobami, pochodzącymi z tzw. demoludów, funkcjonowały swego czasu we wszystkich państwach dawnego obozu, więc kupienie pamiątki po wakacjach spędzonych w takiej na przykład Bułgarii nie sprawiało żadnego kłopotu. Akurat ten wątek podjął nawet Jerzy Gruza w kultowym serialu "Czterdziestolatek". Inna rzecz, że wtedy można było dostać prawdziwie unikatowe regionalizmy. Tak jak i w polskiej Cepelii. Ze starachowickiej, przy niegdysiejszej ulicy Manifestu Lipcowego, dziś Armii Krajowej, mam jeszcze drewniane meble, kilka bieżników oraz poduszki. Narzuta się zniszczyła. W każdym razie, Cepelia nie narzekała na brak klientów. Dziś o pamiątki trudniej.

Przekonałam się ostatnio, że za granicą największe wzięcie mają polskie wyroby czekoladowe, polska wódka i polska sucha kiełbasa. Nie bez racji. Są rzeczywiście świetne. Z kolei przywiezienie czegoś z zagranicy, a typowego dla danego kraju, jest nie lada sztuką.

Rok temu koleżanka odwiedziła Tajlandię. Co stamtąd przywiozła? Kolorowe mydełka osobliwych kształtów i małe kolorowe kosmetyczki. Tyle że, jak dobrze poszukać, takie same znajdzie się w Polsce. Ba, właściwie wszystko na świecie jest już takie samo. Dzięki globalizacji. Nie wiem, czy się cieszyć, czy martwić?

Kiedy wyjeżdżałam do dalekiej Azji, przyjaciele i znajomi nie stawiali mi wysokich wymagań. Na liście ewentualnych prezentów stamtąd znalazły się m.in. wachlarz, widokówki, magnesy na lodówkę czy rattanowe maty. Nie przypuszczałam, że z ich znalezieniem będę miała kłopot. Daleka Azja – jeśli chodzi o handel – niczym nie różni się od Warszawy, Łodzi, a nawet Starachowic. Identycznych centrów handlowych jak u nas pełno. Nie ma co prawda "Galardii", ale jest "SM". A w nim identyczne marki, z H&M na czele. W Watsonie, odpowiedniku Rossmanna, znalazłam polską linię kosmetyków Olay, nie wyłączając wybielających. Bo dziś każdy Azjata chce być wielkim białym człowiekiem. Z kolei ten wielki biały człowiek po to w wakacje odwiedza daleką Azję, żeby się opalić, czyli żeby zbrązowieć...

W owym Watsonie z ciekawości podeszłam do półek z akcesoriami kąpielowymi. W Starachowicach bowiem długo szukałam czepka pod prysznic. Na końcu świata (wedle wielkiego białego człowieka – w trzecim świecie) znalazłam kilka rodzajów czepków. Zachwyciły mnie te z koronką, kokardkami i falbankami. Za cenę niższą niż 5 zł, czyli jak w Polsce. Dziś nawet żałuję, że nie kupiłam. Bo mogłam mieć coś naprawdę ładnego za grosze, czego w Starachowicach nie znajdę.

Poszukiwania drobiazgów dla przyjacielsko –koleżeńskiego grona z listy życzeń zajęły mi trochę czasu. Miejscowy targ wcale nie okazał się kopalnią regionalizmów. Zobaczyłam tam podobny misz - masz, jak na starachowickiej targowicy. Na dodatek wachlarze właśnie się skończyły. Te, jak i pozostałe rzeczy, znalazłam w jednym z supermarketów, w dziale Kultura, odpowiednika właśnie naszej Cepelii, ale również w niebywale skąpej ofercie. Bo po co komu wachlarz? Dziś przecież cały świat stara się być jednakowy. Jednakowe koszulki, jednakowe buty, jednakowe torby. No, może zachwycały jedynie haftowane na gorsie koszule męskie. Tyle że który starachowiczanin włożyłby jedną z nich? Zwłaszcza że typowe dla tego kraju są przezroczyste, z ananasowego włókna, wkładane od wielkiego dzwonu, przy okazji spektakularnych uroczystości, na tradycyjne koszule.

W pierwszym lepszym starachowickim sklepiku kupi się owoce zza mórz i oceanów, również suszone, więc przywiezione stamtąd nie są żadnym rarytasem. I tak każdy, kto wyjeżdża dalej, staje przed dylematem, czym by tu uszczęśliwić najbliższych. Chyba już niczym, co świetnie ostatnio – widocznie to aktualny temat – oddał satyryk w swoim rysunku.

Kobieta chwali się jakąś rzeczą przywiezioną zza granicy. Druga mówi jej, że kupiła przed chwilą w osiedlowym sklepie identyczną. Na dowód pokazuje paragon. I jak tu się odnaleźć w zglobalizowanym świecie, jeśli niczym nie można się wyróżnić?!

/ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ