Na innych łamach

"Newsweek" nr 41

"Musimy mieć 100 – procentową pewność, że wszystko, co się dzieje w Polsce, jest kontrolowane przez polską władzę. Czwarta władza też musi być polską władzą – powiedział wiceminister kultury Paweł Lewandowski. Czy zatem PiS zniszczy wolne media, tak jak zniszczyło hodowlę konia arabskiego? - zastanawiają się w rozmowie z Renatą Grochal "Idą po nas": przedstawiciele dziennikarskiego środowiska - Jacek Żakowski, Andrzej Morozowski i Dominika Wielowieyska.

"Polska musi mieć wpływ na to, co robią media", jest idealnym zagraniem. Wpada w ucho. Ludzie jednocześnie nie przyjmują do wiadomości, że chodzi o podporządkowanie mediów PiS. Ręczne nimi sterowanie. Publiczne i prawicowe media nie wystarczą PiS, żeby wygrać wybory. Choć przecież ta partia i tak je wygra. Ale zniszczy liberalne, uczciwe media, jak stadniny koni. Być może rządzący spróbują się dogadać biznesowo z właścicielami mediów, idąc szlakiem przetartym przez Orbana... "Biorąc pod uwagę oglądalność TVN24, doszli do wniosku, że telewizja to są prawdziwe konfitury. Dlatego nie ma się co rozdrabniać /.../, tylko trzeba dać piętnaście miliardów za prawdziwy rynek, czyli TVN24." Spółki skarbu państwa na pewno się zrzucą. I TVN zmieni się w telewizję nijaką, łagodnie propisowską. Już trwają podchody. Zaczęło się od domiaru 100 mln zł od urzędu skarbowego. TVN od tej decyzji się odwołuje. Na próżno. Jak 100 mln zł kary nie podziała, to kara wzrośnie do 300 mln zł. Itd. "Dlatego Kaczyński chce jak najszybciej przejąć sądy, żeby TVN nie miała się gdzie odwołać." Wielu dziennikarzy jest oportunistami. Bo mają rodziny albo kredyty. Zechcą się podporządkować. Zresztą przyjdzie polityk do wydawcy i zasugeruje zmiany kadrowe: jednych zostawić, innych się pozbyć. Jacek Żakowski przypomina, że kiedy robił z Piotrem Najsztubem "Tok - Szok", za rządów AWS, Stefan Niesiołowski napisał, żeby ich usunięto ze stacji. Inaczej ta powinna stracić koncesję. Niestety, władza pewnie będzie używała takich właśnie niemoralnych metod. "Kaczyński dorastał w PRL i teraz urządza nam w Polsce PRL – PiS. On uważa, że jak się wygrało wybory, to trzeba mieć media, sądy, prokuraturę i służby, bo dopiero wtedy naprawdę rządzisz. /.../ PiS to jest partia archaiczna. Oni myślą, że świat wygląda tak, jak wtedy, gdy marszałek Piłsudski obejmował władzę." Teraz tak się nie da. Zawsze jest sieć. Wypchnięty z telewizji Robert Górski w Internecie robi "Ucho prezesa". "Kaczyński nie bierze tego pod uwagę. Nawet jeżeli oni nam zabiorą to, co mamy, to jest jeszcze wiele narzędzi w Internecie, których efektywna kontrola wymagałaby zbudowania w Polsce Korei Północnej." Chociaż telewizja nadal pozostanie kluczowym medium. A że nie wszędzie dochodzi sygnał internetowy, telewizja zdoła zafałszować obraz rzeczywistości! Mając media jest się w stanie przedłużyć istnienie reżimu. Bez mediów ludzie nie będą mieli dostępu do obiektywnej informacji. A bez tego nie ma demokracji. Bo jak nie ma informacji, nie wiadomo, jak wybrać. Czy ludzie staną w obronie mediów? Przydałaby się szeroka koalicja w ich obronie. Ale kto ją stworzy?

"Duży Format" nr 33

Zdaniem senatora PiS, Aleksandra Bobko, informatyka i filozofa, z którym rozmawiał Tomasz Kwaśniewski, "Jesteśmy na froncie" ( tytuł wywiadu).

"Rzeczywiście szkoda, że tak się to wszystko podzieliło, choć podziały nie są znów tak wielkie. Na dodatek oparte na emocjach. Taka choćby pamięć o Smoleńsku powinna łączyć, a podzieliła... Tym bardziej że w naszej kulturze ogromną wartością jest szacunek dla zmarłych. A niszczymy go obecnym dyskursem. To prawda, że czym innym jest katastrofa, a czym innym mord, które to słowo padło z ust Jarosława Kaczyńskiego, ale "lepiej w to nie wchodźmy. /.../ Bo może nie byłoby mi zręcznie w tej chwili, tutaj, ustosunkowywać się do tych najbardziej emocjonalnych sformułowań z jednej i drugiej strony. One rzeczywiście oddają ten podział, który jest i który, wydaje się, że się pogłębia, choć jak już wspomniałem, jestem przekonany, że nie jest aż tak głęboki. Zresztą wie pan, gdyby nagle zaczęło nam zagrażać jakieś realne niebezpieczeństwo, gdyby, jak w 1939 roku, "wróg stanął u bram", to jestem przekonany, że w ciągu pół godziny te podziały by zniknęły." Przyjdzie czas, żeby powiedzieć, że nie chodzi o morderstwo w Smoleńsku. Tyle że trzeba zdarzenie wyjaśnić. "I jeżeli się to stanie, jeżeli odpowiedzialni za niewłaściwe zachowania poniosą przynajmniej polityczną odpowiedzialność... Polityczną już ponieśli, bo przegrali wybory... Zresztą za tego typu zachowania jest nie tylko odpowiedzialność polityczna. W każdym razie wtedy będzie czas nie na krwawą zemstę, tylko właśnie na słowa /.../, które by przywracały faktyczną przestrzeń dla wspólnoty." A swoją drogą, całą grę rozpoczęła opozycja. Szeroko rozumiana. Począwszy od sprawy Trybunału Konstytucyjnego. No i dzisiaj gra dokonuje się w przestrzeni manipulowania prawem. "Dlatego w tej chwili powinniśmy przyjąć do wiadomości, że Trybunał działa w sposób konstytucyjny. Leży to w naszym interesie, niezależnie od sporu politycznego. /.../ Bo Trybunał jest potrzebny jako instytucja, która będzie stwierdzała zgodność ustaw z konstytucją. /.../ Mamy funkcjonujących, pobierających pensje sędziów, którzy zostali wybrani na wieloletnie kadencje. Są nieusuwalni, a ich decyzje powinny być respektowane dla dobra wspólnego." Profesor ma poważny kłopot ze zrozumieniem, dlaczego tak wielu ludzi w Polsce - inteligentnych, myślących, poważnych, którzy realizują swoje zadania biznesowe, naukowe, społeczne, czuje dziś zagrożonych. Nieprawdą bowiem jest, że w ciągu ostatnich dwóch lat zaczęło się coś dziać coś niedobrego. "Co najwyżej przyjmuję zarzut, że teraz jest tak samo /.../, ale pod pewnym względem jest jednak lepiej. Za poprzedniego rządu media publiczne nadawały w zasadzie tę samą narrację co główny nurt mediów prywatnych i europejskich. Natomiast teraz /.../ pewne spektrum i pluralizm mediów w Polsce zdecydowanie przez ostatnie dwa lata się poszerzyły. /.../ Mam silne przekonanie, że przywódcom Prawa i Sprawiedliwości autentycznie zależy, żeby sprawy w Polsce szły w dobrym kierunku. /.../ No wie pan, myślę, że kilka rzeczy przez te dwa lata się udało. Na przykład uszczelnienie sytemu podatkowego /.../. Na pewno nie ma przyzwolenia na różnego rodzaju kombinacje, najdelikatniej mówiąc. A tak to właśnie było, czego wierzchołki gór lodowych dziś jasno widać. Warszawska afera prywatyzacyjna, Amber Gold. Była po prostu atmosfera przyzwolenia na różnego rodzaju kombinatorskie działania, które wysysały pieniądze." Poza tym program 500 +, a generalnie zwiększenie wydatków socjalnych. Udało się przywrócić banki Polakom. Kwitnie wolność. Jest większa niż wcześniej. "Polska wymaga zmian i cieszę się, że w tej zmianie mam możliwość partycypować."

"Polityka" nr 40

W oficjalnych statystykach Polska znajduje się na piątym miejscu wśród marnotrawców żywności w Europie. "Czas trzasnąć talerzem" – namawia Marta Sapała. Do 2030 r., mamy ograniczyć to marnotrawstwo do 250 kg na osobę w roku.

"Choć na naszej planecie produkuje się dość jedzenia, by z zapasem nakarmić wszystkich jej mieszkańców, miliony ludzi głodują." Jednocześnie co roku wysyła się na wysypiska aż 1,3 mld ton żywności. A mogłaby ona zaspokoić potrzeby głodujących niemal dwukrotnie! Kolejne państwa liberalizują prawo dotyczące sprzedaży przeterminowanych towarów. Powstają restauracje karmiące daniami przyrządzanymi z odrzuconych produktów. Sieci handlowe wprowadzają do sprzedaży "brzydkie warzywa", a internauci przerzucają się przepisami potraw z resztek. Świadomość Polaków też ewoluuje. Do części dotarło, że model życia oparty na nieustannym wchłanianiu do niczego dobrego nie prowadzi. I zaczynają żyć sezonowo, jak najmniej marnując. Powstają stacjonarne punkty, gdzie można się dzielić żywnością. To tzw. Jadłodzielnie. Nawet do szkół trafiają kartony z napisem "na kanapki". Każdy, kto zapisuje, co w danym tygodniu zmarnował, widzi naocznie, że są to niemałe ilości i... złotówki. Właśnie notowanie pozwala uczciwie ocenić problem. Nie do wiary bowiem, żeby tylko 31 proc. Polaków marnowało jedzenie, jeśli tyle ląduje go w śmietnikach! "Żywność trwoni się w Polsce na wszystkich etapach. Najwięcej – na samym starcie, podczas jej produkcji i na końcu, w domach. Nie najgorzej radzi sobie handel, oficjalnie odpowiadający tylko za kilka procent strat w całym łańcuchu." W restauracjach już jest inaczej. "W jednej z warszawskich restauracji IKEA czwartek, 30 marca, wyglądał tak: do kosza poszło prawie 2 kg rostbefu wołowego. Wylano 6 kg sosu pieczeniowego, wyrzucono 30 kg frytek, wysypano 22 kg komosy z warzywami. Frytki nie sprzedały się w przewidzianym zaleceniami w czasie od usmażenia, w komosie zachrzęścił drobny kamyk, więc zgodnie z procedurami trzeba było wycofać całą partię. Przez cały dzień w kubłach wylądowało w sumie 306 kg jedzenia - połowę stanowiły resztki zgarnięte z talerzy klientów. 1,5 proc. tego, co się sprzedało." Dlatego niektóre sieci gastronomiczne instalują ekrany dotykowe do wstukiwania tego, co się marnuje. W ten sposób monitorują marnotrawstwo i próbują je ograniczać. Do monitorowania poziomu odpadów zachęca się władze miast na całym świecie. Polskie samorządy jednak nie wydają się tym zainteresowane. Nawet te wspierające banki żywności, organizujące zbiórki, warsztaty, pikniki... Nawoływanie unijne do powstrzymania marnotrawstwa polskim rządzącym kojarzy się źle. Bo wielkomiejsko i ekologicznie. No i unijnie! A przecież każdy dolar zainwestowany w niemarnowanie żywności przynosi 14 dolarów zwrotu! Opłaca się – podsumowuje autorka.

"Forum" nr 18

Litwa rozpoczęła budowę ogrodzenia na granicy z obwodem kaliningradzkim – donosi "The Guardian" w tekście "Kulą w płot?". To reakcja na rosyjską aktywność w regionie.

Granica pomiędzy "wschodem" i zachodem" liczy sobie 45 kilometrów. Od południa jest ograniczona rzeką Leponą, od północy zaś Niemnem. "Od granicy do Wilna rosyjskie czołgi mogłyby przemieścić się bardzo szybko, co powoduje ogromną nerwowość litewskich władz. /.../ W tych niespokojnych czasach litewski rząd postanowił więc wznieść kosztem prawie czterech milionów euro dwumetrowej wysokości płot na granicy z obwodem kaliningradzkim. Po rosyjskiej stronie już od pięciu lat stoją zasieki z drutu kolczastego." Opozycjoniści co prawda twierdzą, że to zbędny wydatek i głupota. Ten pogląd podzielają również mieszkańcy nadgranicznych miejscowości. Nie liczą bowiem na żaden realny opór litewskiej armii w przypadku rosyjskiej inwazji. Dlatego powszechnie mówi się, że płot ma zapobiec przemytowi alkoholu i papierosów, a także nielegalnym przekroczeniom granicy Unii Europejskiej. Co nie znaczy, że rzeczywiście nie ma politycznych i militarnych racji. "Kilka lat temu Rosjanie porwali z terytorium Estonii oficera wywiadu. Nie chcemy, żeby się to przydarzyło jakiemukolwiek litewskiemu żołnierzowi. Nasz płot to czerwona linia dla Rosjan." Incydent zdarzył się trzy lata temu. "W pewien wrześniowy poranek w 2014 roku na estońskim posterunku na granicy z Rosją nagle wybuchły granaty dymne, eliminując pograniczników z walki, ustała łączność radiowa i telefoniczna, a uzbrojeni rosyjscy żołnierze porwali przez granicę estońskiego oficera /.../. Niedługo potem pokazano go w rosyjskiej telewizji jako estońskiego agenta i urządzono mu pokazowy proces, w wyniku którego został skazany na 15 lat więzienia za szpiegostwo i inne przypisywane mu przestępstwa, m.in. przemyt i nielegalny handel bronią." Estonia alarmowała, że oficera pojmano nielegalnie, jednak Rosjanie przekonywali, że stało się to w Rosji podczas operacji szpiegowskiej. Estończycy są przekonani, że chodziło o to, by pokazać, kto rządzi w regionie. Stało się to wszak zaraz po wizycie Baracka Obamy, który zapewniał, że atak na Estonię będzie traktowany jak atak na całe NATO... To porwanie uświadomiło Litwinom, jak łatwo Rosjanie mogą zrobić, co tylko zechcą. Że działają szybko i zdecydowanie, ukrywając prawdziwe intencje w zmasowanym propagandowym przekazie. Wilno postanowiło się bronić się przed podobnymi akcjami. Moskwa zaś odpowiada mieszaniną oburzenia, drwiny i obłudy. Rosjanie zaproponowali nawet sprzedaż cegieł na budowę płotu.

"Gość Niedzielny" nr 39

"Chcemy w Unii uczciwych zasad" – domaga się Ryszard Florek, założyciel firmy FAKRO, globalnego producenta okien dachowych, rozmówca Bartosza Bartczaka.

"Otwarty rynek europejski jest tylko teorią - podkreśla. Jest na nim tyle barier, zarówno legalnych, jak i nielegalnych, ale możliwych do stosowania przez naszych konkurentów, że rywalizacja nie jest łatwa. Komisja Europejska, która powinna stać na straży unijnej konkurencji, nie do końca wywiązuje się ze swoich zadań. Kiedy polska firma chce skorzystać z unijnego prawa, Komisja często zamyka oczy i nie chce widzieć problemu. Nie chce się zajmować łamaniem prawa przez państwa starej Unii. /.../ Premier Morawiecki robi co może, ale Polska ma niewielki wpływ na Komisje Europejską, w której rządzą Francja i Niemcy. Z Polską w Brukseli praktycznie się nie liczą. Jeśli unijne prawo potrzebne jest Polsce, to go nie ma. /.../ Dopóki Polska była potrzebna bogatym krajom jako rynek zbytu i źródło taniej siły roboczej, dopóty mówiono o wolnym rynku. Jeśli jednak z tego rynku chcą korzystać firmy polskie, okazuje się on nie tak wolny. I nie tylko my mamy problem". Przykładem są firmy transportowe. Obecnie ich konkurencyjność próbuje się ograniczyć. W imię fałszywej ochrony praw pracowniczych. "Mówi się o dumpingu socjalnym, a nie mówi się o dumpingu związanym z przewagą w zgromadzonym wcześniej kapitale firm zachodnich, ani o ich wielkiej przewadze z tytułu efektu skali (czyli obniżenia kosztu wynikającego ze zwiększenia produkcji, co skutkuje większymi przychodami – produkcja na dużą skalę jest bardziej opłacalna – przyp. red.). Przewaga z tytułu efektu skali, jaką mają zachodnie koncerny nad polskimi firmami, jest dużo większa aniżeli korzyść z tytułu niższych kosztów pracy w Polsce. Wszyscy chcemy być w Unii Europejskiej, ale w Unii uczciwych zasad." Dlatego trzeba nieustannie naciskać na Komisję Europejską, aby prawo było przestrzegane. Polskie sądy powinny przy tym lepiej rozumieć niuanse globalnej konkurencji; chodzi też o to, żeby polskim przedsiębiorcom wolno było w Polsce dochodzić swoich praw, również w interesie polskiej gospodarki. Inna rzecz, że dopiero wtedy, kiedy u nas będzie jak najwięcej globalnych firm, zbliżymy się poziomem życia do najbogatszych.

wybrała /ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ