Na innych łamach

"Newsweek" nr 40

Od 2000 r., eksport do Niemiec przyniósł nam połowę sumy reparacji, których żąda Polska za wojenne zniszczenia – pisze Dariusz Ćwiklak w "Sąsiedzkim biznesie". Zamiast machać szabelką, lepiej więc skupić się na handlu.

Specjaliści od prawa i historii przekonują co prawda, że żądanie biliona dolarów to polityczny humbug, ale politycy PiS nie ustępują. Niestety, może to spowodować powrót do stereotypów. Przecież tak łatwo zaszczepić u młodych ludzi postrzeganie Niemców jako naszych odwiecznych wrogów. Tym bardziej że TVP już wmawia widzom, że Niemcy drżą na myśl o wypłacie owego biliona. Co z tego, że to wszystko czysta propaganda na użytek wewnętrzny, by rządząca partia utrzymała wysokie poparcie, jeśli całe to zamieszanie psuje relacje z sąsiadem. "Pogorszenie tych relacji oznacza, z stracimy ważnego sojusznika w negocjacjach o podział pieniędzy z unijnego budżetu. A przecież to właśnie Angela Merkel w grudniu 2005 r. pomogła nam uzyskać prawie 60 mld euro funduszy unijnych i w ostatniej chwili zrezygnowała ze 100 mln euro wsparcia dla niemieckich landów, by wesprzeć nimi pięć najbiedniejszych polskich województw." Buńczuczne wypowiedzi polityków PiS mogą też pogorszyć gospodarcze stosunki z Niemcami. A to nasz główny rynek zbytu! W 2016 r., trafiły do Niemiec towary o wartości ponad 50 mld euro, czyli ponad 27 proc. naszego eksportu. "To głównie dzięki temu wychodzimy w handlu zagranicznym na plus. /.../ Eksportujemy głównie towary z branży motoryzacyjnej, takie jak części do aut, silniki, a także całe pojazdy. To zasługa m.in. fabryki Volkswagena we Wrześni, gdzie rocznie ma powstawać 85 tys. dostawczych VW Crafter, ale i producenta autobusów Solarisa, dla którego Niemcy są drugim po Polsce rynkiem zbytu. Do Niemiec jedzie też ponad jedna trzecia naszego eksportu meblarskiego i więcej niż jedna piąta żywności – tylko w 2016 r. dało to Polsce 5,4 mld euro. Dzięki rynkowi zbytu za zachodnią granicą dobrze prosperują nasi producenci AGD, maszyn, sprzętu elektrycznego czy odzieży." Zarazem Polska jest siódmym – po USA, Francji, Holandii, Chinach, Wielkiej Brytanii i Włoszech – odbiorcą niemieckich towarów. W Polsce działa ponad 6 tys. firm z Niemiec. Z kolei polskie firmy inwestują w Niemczech. Współpraca jest zatem obopólna. 6 proc. udziałów w niemieckim rynku ma 570 stacji paliw pod szyldem Star. Najbardziej spektakularny okazał się zakup jednego z największych producentów mebli biurowych przez krośnieński Nowy Styl. 300 mln euro przychodów spółki, tj. jedna czwarta pochodzi właśnie z rynku niemieckiego. Co nie znaczy, że nie mamy rozbieżnych interesów. Spory toczą się w energetyce (nasze elektrownie na węgiel nijak nie przystają do unijnej strategii). A i wizje dostaw gazu mamy inną. W przeciwieństwie do Niemiec, my nie chcemy się uzależniać od rosyjskiego gazu. No i nie zgadzamy się, by kierowcy tirów jadący przez Niemcy byli opłacani według stawki niemieckiej.

"Przegląd" nr 38

Na naszych oczach więdnie demokracja – uważa prof. Marcin Król, filozof polityki, historyk idei, publicysta, rozmówca Roberta Walenciaka w wywiadzie "Nadchodzi rewolucja".

Nikt nie spodziewał się, że fikcją kiedyś stanie się np. Monteskiuszowski podział władz. Że partia, która wygrywa wybory, weźmie wszystko. Że zrobi, co chce. Jest to zresztą dziś trend europejski. Tyle że z dodatkiem Jarosława Kaczyńskiego i PiS. Mało kto broni w Polsce demokracji, gdyż... nastąpiło znużenie poprzednią władzą. Nagle pojawił się świat zdyscyplinowany, energiczny, skuteczny. Jasne idee. Doktryna 500 plus i światowa koniunktura. A przy tym anachroniczne masy. Nie pojedynczy ludzie, tylko właśnie masy. "Kaczyński zagrał tą masą, dotarł do jej instynktów, najniższych uczuć." Cóż, zbudowaliśmy system demokratyczny, który zapomniał o ludziach gorzej uposażonych, więc ci zagłosowali przeciwko tamtej władzy. J. Kaczyński cały czas gra czynnikiem odzyskiwania godności. "Skandaliczne domaganie się reparacji jest głównie w tym celu. Żebyśmy poczuli, że ci Niemcy są nam winni. Nieważne, że są pomocni, że mnóstwo ludzi tam jeździ, że zarobiło... To próba zmiany przyjaznego obrazu Niemca." Nie uda się, ale na grę polityczną wystarczy. "Masa jest głupia i takie zjawiska jak antysemityzm, wszystkie ksenofobie, nienawiści, elementy zazdrości, i na poziomie ludzkim, i na poziomie społecznym, są tą reakcją. /.../ Gdyby czytano myślicieli od Hobbesa po współczesnych, toby wiedziano, że organizacja społeczna zabezpiecza współpracę między ludźmi. Ale jednostka przez to się nie zmienia. Takie ludzkie cechy, jak egoizm, pewien poziom agresji, skłonność do zazdrości, zawiści zawsze istnieją. Cywilizacja ładnie to urządza, kanalizuje. Ale gdy tylko ten lukier cywilizacji schodzi – mamy wybuch. Dlatego o ten lukier musimy dbać. Myśliciele, tacy chociażby jak John Stuart Mill, ale i inni, o tym mówili. Że największym zagrożeniem dla ładu, dla demokracji są masy. Bo w masie ujawnia się zła strona ludzkiej natury." Niby zawsze o tym wiedziano, lecz tę wiedzę zlekceważono. A J. Kaczyńskiemu akurat zdarzyła się sprzyjająca okazja. Dopóki nie znajdzie się nowy typ narracji, PiS będzie trwał. Powrót do lat 2007 – 2015, co musi sobie uświadomić opozycja, nie jest możliwy. W życiu tak nie bywa! Trzeba ułożyć coś zupełnie nowego. Tak, jak zrobił to we Francji Macron. To musi być zmiana na miarę tej z 1945 r., na Zachodzie. Niemożliwa jednak bez rewolucji. "Przyszła rewolucja nie musi dziać się według schematu rewolucji francuskiej. Choć jakaś krew może popłynąć ulicami. Ale to jest w ogóle nie do przewidzenia. Uważam natomiast, że zmiana nie może polegać na korekcie. A skoro nie na korekcie, to musi być zmiana radykalna. Ta zaś wymaga albo rewolucji, albo jakiejś okoliczności, która na nią pozwoli. Czyli trzeba w jakimś sensie zacząć od nowa. Ludzie tego chcą. /.../ Musi zostać uruchomione wydarzenie, które umożliwi radykalną zmianę. Kryzys gospodarczy, krach wojenny..."

"Polityka" nr 39

Znienawidzona "reforma 67" została unieważniona. "Po balu będzie ból" – obawia się jednak Joanna Solska. Od łóżek zamierza odejść jakieś 11,5 tys., pielęgniarek. Rozważa się więc możliwość zatrudnienia w oddziałach szpitalnych ratowników medycznych.

Publiczna służba zdrowia funkcjonuje głównie dzięki starszym wiekiem lekarzom. Oni akurat nie zrezygnują z pracy z dnia na dzień, bo... z różnych względów dalej wolą wykonywać swój zawód. Chyba że z emeryturą w kieszeni wyjadą za granicę, gdzie znajdą lepsze warunki pracy. W branży transportowej już brakuje ok. 100 tys. kierowców. Nie mamy też nadmiaru informatyków i inżynierów, nie mówiąc o osobach niewykwalifikowanych, a chętnych do pracy. Z badań wynika, że aż 70 proc. firm bezskutecznie usiłuje znaleźć nową kadrę. Jednocześnie jednak jest im na rękę, że sześćdziesięciolatkowie skorzystają z uprawnień, bo pracodawcy pozbędą się tych, którzy tylko myślą o emeryturze. ZUS najlepiej wie, jak obecny pracowniczy exodus wpłynie na kondycję państwa. Nasz PKB może zacząć się kurczyć przy kiepskich trendach demograficznych i wzrastających kwotach wypłacanych świadczeń. Ponieważ żadna formacja nie pójdzie już na podniesienie wieku emerytalnego, bo nie da jej to popularności, trzeba mimo wszystko zacząć rozmawiać o przyszłości emerytalnego systemu. Lepiej zrobić to teraz, nie czekając aż się wszystko zawali. Może zacząć dyskusję od sprawiedliwości społecznej? Z czasem przecież kobiety będą odchodzić na emerytury z minimalnymi świadczeniami, gdyż nie uzbierają na nie przy skróceniu obowiązkowego stażu pracy do 20 lat. Płacący najniższe składki podobnie. Samotna matka z dwojgiem dzieci odłoży na starość niewiele. Ale żona świetnie zarabiającego mężczyzny dostanie 85 proc. świadczenia męża w razie jego śmierci. Czy to sprawiedliwe? Albo przywileje emerytalne mundurowych. Nie dość że fundujemy im owe świadczenia w 100 proc., bo nawet nie płacą składek, to jeszcze pozwalamy, by agent "Tomek" otrzymywał emeryturę kilkakrotnie wyższą niż ciężko pracująca 60 – latka. Uprzywilejowani są również prokuratorzy i sędziwie. Rolnikom budżet dopłaca 90 proc. Do KRUS. To sprawiedliwe nie jest. "Demograficzna bomba tyka i wkrótce może rozsadzić finanse państwa. Skoro nie da się jej rozbroić wydłużeniem wieku emerytalnego, trzeba szukać innych sposobów, byle szybko, bo czasu nie mamy." PiS blokując dyskusję nad przyszłością systemu emerytalnego spowodował ogromne szkody i w budżecie państwa, i w mentalności Polaków. Argumenty ekonomiczne zostały zastąpione czystą polityką. "Po co pracować dłużej, skoro rząd nawet teraz obiecuje emerytom 500 plus, a przed wyborami może i więcej? Realizujemy wariant grecki, tam też politycy, żeby wygrać, obiecywali coraz więcej, a potem swoje obietnice realizowali. Do czasu. W Grecji, żeby ratować państwo, drastycznie, o kilkadziesiąt procent, trzeba było obciąć emerytury. Oni jednak mają euro, więc chociaż pieniądze nie straciły na wartości. Nasze świadczenia, w razie kryzysu, do którego wprost zmierzamy, zostaną uszczuplone także z powodu osłabienia złotego." Tyle że Polacy, dzięki hasłom PiS "wystarczy nie kraść" czy "to nieprawda, że nas nie stać", wierzą, że na starość będą żyć godnie. PiS poza tym nie musi się martwić potencjalnymi zagrożeniami. Na razie pieniędzy wystarczy. Dopiero ci, którzy przyjdą po PiS-ie, będą mieć kłopot.

"Gość Niedzielny" nr 38

"Pijemy więcej niż w latach 80." (tytuł wywiadu) – alarmuje prof. Krzysztof Wojcieszek, pedagog, filozof, biolog nuklearny i specjalista profilaktyki patologii społecznych, z którym rozmawiał Jakub Jałowiczor.

Zdaniem ekspertów, jeśli mężczyzna wypija więcej niż 60 g alkoholu przy jednej okazji, to go nadużywa. Przedawkowanie narkotyków zabija w Polsce ok. 300 osób rocznie. Przedawkowanie alkoholu zaś – ponad 1000. "Tak naprawdę są dwie Polski. Jedna zmierza do trzeźwości, jest tam wielu abstynentów i to jest zdecydowana większość Polaków. Druga to aktywna wpływowa mniejszość, czasem angażująca elity. Kiedy Polska odzyskała niepodległość, jedna z posłanek zaproponowała prohibicję. Zabrakło jednego głosu, żeby ustawa przeszła. Przez cały XIX wiek trwała praca, żeby nie dać się wciągnąć w pijaństwo. Walcząc o wolność, nie można być bydlętami wewnątrz - podkreślano. Pierwszy raz pijąca Polska pojawiła się w XVI wieku. Było nas wówczas stać, by struga wina i piwa lała się strumieniem. W XVII wieku, przy spadku sprzedaży zboża, wymyślono okowitę. I tak Polacy pokochali wódkę. Później piliśmy ostro za króla Sasa. Indywidualnie wznoszono toast... za każdego biesiadnika, choćby przy stole siedziało ich i 70. Zaborcy zakazywali organizowania bractw trzeźwości, lecz większość młodzieżowych organizacji była abstynencka. Później abstynencję wpisano w harcerstwo (jako w jednym z trzech krajów). Ale w XX wieku dopadły nas aż trzy totalitaryzmy. Alkohol stał się więc walutą i "znieczulaczem". Jego spożycie podskoczyło do 6 litrów spirytusu rocznie; przed wojną piliśmy 3 litry. Komunizm sprzyjał pogrążaniu się w pijackiej rozpaczy. Tak się rozpędziliśmy, że dziś pijemy więcej niż w latach 80. W dalszym ciągu większość nadużywających alkoholu, to mężczyźni. Ale kobiety ich gonią. "Apogeum picia przypada na 3., 4. dekadę życia. Statystycznie zatem upija się mężczyzna młody lub w średnim wieku, zarabiający, nierzadko członek elit społecznych. /.../ Narody, które historycznie najwcześniej stykały się z alkoholem mają swoje reguły. We Włoszech na stole ma pan butelkę wody i butelkę wina. Sam pan miesza. I we Włoszech jest 10 razy mniej alkoholików niż w Polsce, choć Włosi spożywają około polowy tego co my." Wśród Żydów istnieje coś takiego, jak żydowska tajemnica picia. Pić tak, żeby odnosić jak najmniej negatywnych skutków.

"Wysokie Obcasy" nr 35

Z Dorotą Łobodą z ruchu Rodzice przeciw reformie Edukacji w wywiadzie "Witaj szkoło! W chaosie" rozmawiała Magdalena Kicińska. Ten chaos jest również w programach. Będą się mierzyć z tym np. rodzice siódmoklasistów.

Dzieci zakończyły klasę szóstą historią XX wieku, a teraz, w siódmej, wracają do XIX wieku, tracąc pogłębienie tematów europejskich, które wcześniej były w gimnazjum. "Nie dowiedzą się m.in. o reformacji, o stosunkach polsko – krzyżackich, o rozbiciu dzielnicowym /.../. Takich przykładów wiedzy, która "gdzieś wypadła", jest więcej, dotyczy to m.in. biologii i geografii. Uczniowie klas siódmych będą te dwa przedmioty mieć prowadzone "od środka", bo nowa podstawa programowa zakłada, że mieli je już w klasie piątej i szóstej. Dwa kolejne roczniki spotka dokładnie to samo. /.../ Eksperci alarmują, że nowe podstawy to powrót do wiedzy encyklopedycznej i pamięciowej. Ponadto podstawa programowa z fizyki ignoruje to, że to nauka doświadczalna. /.../ Do tego nie zadbano o korelacje przedmiotów ścisłych – na przykład podstawy programowe z matematyki nie wprowadzają pojęcia funkcji, ale jego znajomość wymagana jest na fizyce." W ciągu roku rodzice odkryją, że nowe podstawy programowe nie przystają do rzeczywistości. Że mamy to, co się od lat krytykuje. Że szkoła nie uczy samodzielnego myślenia i krytycznego podejścia. Że programy są nastawione nadal na wiedzę odtwórczą. Idziemy pod prąd tego, na co stawia Zachód. Uczymy teorii, a nie praktyki. Polska szkoła rezygnuje też z edukacji antydyskryminacyjnej, a wśród uczniów narasta nieakceptowanie kolegów z innych kultur. Nieobecna jest edukacja seksualna. Przedmiot wprowadzony przez teolożkę z KUL stanie się karykaturą. Nie wolno pozwalać eksperymentować na dzieciach. One drugiej szansy nie dostaną, jeśli reforma się nie sprawdzi. A tak pewnie się stanie, bo w ciągu roku nie sposób było ją przygotować. To powinien być proces. Rozpoczęty od przygotowania nauczycieli, od skonsultowania podstaw z najwybitniejszymi specjalistami. Dopiero później należałoby opracować podręczniki. Rządzący wyjaśniają jedynie, że tempo prac wynikało... z kalendarza wyborczego! Polska szkoła potrzebuje zmian, lecz nikt nie zaczyna remontu od wysadzenia fundamentów. A ten projekt traci z oczu dzieci. Jego twórcy skupiają się na zmianie szyldów i przesuwaniu uczniów między budynkami. Rodzice powinni się uderzyć w pierś. Przystają na szkołę rywalizacyjną, w której jedynym i nieomylnym dysponentem wiedzy ma być nauczyciel. Będą cenione nieprzeszkadzanie, pokorność, niezadawanie trudnych pytań. A przecież rodzice woleliby chyba dzieci ciekawe świata, otwarte, tolerancyjne, komunikatywne, współpracujące, aktywne obywatelsko. Tymczasem pozostanie wyścig szczurów. Na życie szkoły powinny mieć wpływ samorządy uczniowskie. Tyle że nie słuchano ani głosów uczniów, ani rodziców. "Na posiedzenie komisji edukacji przyjechali uczniowie ze Skarżyska - Kamiennej. Pani minister nie dopuściła ich do głosu, nie chciała się z nimi spotkać. Czego to była dla nich lekcja? Tego, że ich głos nie ma żadnego znaczenia. I że żadnego znaczenia nie ma też głos ich rodziców /.../. Państwo – dowiedzieli się młodzi ludzie – ich prawa i ich zdanie ma za nic."

wybrała /ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ