reklama

Na innych łamach

"Polityka" nr 38

O zmierzchu i świcie moralności oraz o tym, jak Polacy wypadają na tle Europy mówi Katarzynie Czarneckiej w wywiadzie "Prawo moralne we mnie..." dr hab. Wojciech Pawlik z Uniwersytetu Warszawskiego.

Polacy na pewno nie są bardziej konserwatywni niż kiedyś. "Stała od lat, ponad 90 –proc. katolicka większość kurczy się, kiedy padają konkretne pytania. Czy zgadzasz się z nauką moralną Kościoła? - wskaźniki poniżej 90 proc. Czy uznajesz szóste przykazanie: nie cudzołóż? – jeszcze gorzej. Czy potępiasz współżycie seksualne przed ślubem – trzy czwarte odpowiada "nie". Ale jednocześnie prawie wszyscy źle oceniają zdradę małżeńską. Nasza religijność i moralność jest coraz bardziej wybiórcza /.../. Postawy religijne i moralne nie przekładają się też w sposób oczywisty na postawy prawne." Stosunek społeczeństwa do przerywania ciąży jest raczej zgodny z poglądami Kościoła, lecz o karaniu kobiet za aborcję nie ma mowy. Ale i tak na tle społeczeństw europejskich jesteśmy pod tym względem konserwatywni. Około połowy Polaków nie kieruje się normami moralnymi, które powinny obowiązywać wszędzie i zawsze. Zwłaszcza młodzi ludzie uważają, że mają prawo, a nawet obowiązek mieć własną opinię w każdej kwestii. Ba, to, co kiedyś bywało przejawem pychy lub arogancji, dziś jest artykułowane. Tylko 20 proc. Polaków deklaruje, że należy mieć zasady moralne i nigdy od nich nie odstępować. Regułą staje się zachowywanie w zależności od sytuacji. I wale nie musi chodzić o chęć kierowania się własnym interesem, lecz by nie wyrządzić niektórym ludziom krzywdy. "Takie absolutystyczne myślenie w pewnych warunkach ma pozytywne skutki społeczne, ale też sprzyja postawom autorytarnym, a stąd już krok do faszyzmu i stalinizmu, a niektórzy dodają tu jeszcze świętą inkwizycję i różne fanatyzmy religijne." W zachodnich społeczeństwach widać chęć działań altruistycznych, np. wobec uchodźców. U nas pojawia się ona rzadziej. Już 74 proc. Polaków nie chce przybyszów z Bliskiego Wschodu i Afryki. "To, co robi obecna ekipa rządząca, jest ogromną szkodą, jaką wyrządza się polskiemu społeczeństwu." Po 1989 r. otworzyliśmy się na inne grupy etniczne; upodobniliśmy się do społeczeństw zachodnich. Agresywny kurs polskich polityków sprawił, że Polacy zareagowali lękiem, broniąc się przed obcymi. Trzeba jednak przyznać, że część hierarchów kościelnych przypomina o uniwersalności chrześcijaństwa. Nie milczą wobec tych ewidentnie nieewangelicznych postaw rządzących. "Usprawiedliwianie zachowań przez powoływanie się na wybór mniejszego zła albo zasadę "cel uświęca środki" to przeważnie początek wejścia w obszar etycznego mroku." W przypadku myślenia w kategoriach dobra innych ludzi, wypadki zdarzają się znacznie rzadziej.

"Forum" nr 16

Lekcje europejskiej historii mogą pomóc współczesnym demokracjom w walce z tyranią – uważa Timoty Snyder, udzielający wywiadu, zatytułowanego "Historia płynie ze Wschodu na Zachód", radiu Swoboda.

W ostatnim dziesięcioleciu XX wieku historia płynęła z Zachodu na Wschód, ale od co najmniej dekady mamy do czynienia z odwrotnym kierunkiem. "Pewne ważne tendencje, które zaczęły się na Wschodzie, teraz zaczynają się zaznaczać w krajach zachodnich. Mówię tu o nierówności, koncentracji mediów oraz o fake news." Co ciekawe, z takimi problemami zetknęli się Ukraińcy. Wypracowali metody działania radzenia sobie, zwłaszcza ze zjawiskiem fałszywych wiadomości. "Młodzi ukraińscy dziennikarze przystąpili z werwą do weryfikacji tych fałszywek, wyciągali je na światło dzienne, wymyślali dowcipne alternatywy." Co nie znaczy, że np. Amerykanie powinni kopiować przykład Ukrainy. Niemniej jednak przydałyby się im pokora i skromność. Bo centralnym problemem w USA jest teraz obrona procedur prawnych. "Historia mobilizuje nas, mówiąc: "sprawy mogą przybrać kiepski obrót, jeżeli się temu nie przeciwstawimy". Tak jest z obecną globalizacją. Jej historia poucza nas, że łączy się ona z ryzykiem, zawiera wewnętrzne sprzeczności, ma przeciwników. Ba, przed laty spodziewano się po niej wyedukowanych społeczeństw, triumfu liberalizmu i poprawienia kondycji polityki. Tymczasem w XX wieku świat otrzymał dwie wojny światowe i Wielki Kryzys. Lekcje historii są smutne. Indie i Turcja na przykład nie uwzględniły kontekstu i bagażu historii. Obecnie dążą ku autorytaryzmowi. Zresztą nawet w ugruntowanych demokracjach europejskich, takich jak Francja, Austria czy Wielka Brytania, popularność zdobywają politycy czy ugrupowania mające antyzachodni charakter i autorytarny charakter. "Ludzie, którzy przeciwstawiali się Hitlerowi, nie wygrali, niemniej racja była po ich stronie. Chciałbym przekonać czytelników, że powinni umieć wyciągać wnioski z lekcji historii. I to już teraz. Wierzyć w prawdę. "Bo jeśli nie wierzysz w prawdę, to bardzo trudno będzie ci stawić opór. Postawa obywatelska polega na tym, że człowiek chce znać fakty, przeanalizować je, zrozumieć, co się dzieje, zareagować, jeśli coś jest nie tak. Postawa autorytarna jest wtedy, gdy człowiek chce, żeby mówiono mu to, co chce usłyszeć. Jest jeszcze czynnik historyczny: Kiedy jakaś siła chce zniszczyć demokrację, to atakuje prawdę. Faszysta powie, że nie ma faktów, są tylko mity narodowe. Komunista powie, że prawda nie jest ważna, bo jedyna prawda, w którą warto wierzyć, to świetlana przyszłość. A współczesny, postmodernistyczny autorytarny lider będzie zanieczyszczać sferę społeczną niekończącymi się kłamstwami, a potem powie: "To nie ja, to dziennikarze kolportują fałszywe wiadomości". W ten sposób powstaje sytuacja, w której nikt w nic nie wierzy, i autokracie łatwiej jest zachować władzę." Prawda jest trudniejsza niż kłamstwo. Podobnie jest z wolnością i odpowiedzialnością. "A przecież po to żyjemy, żeby walczyć o rzeczy dobre, choć trudne. Obecna polityka to nie jest walka pomiędzy prawicą a lewicą, tylko raczej pomiędzy prawdą i postprawdą. Ludzie, którzy stoją po stronie prawdy, muszą się wysilić, żeby znaleźć sposób na przekonanie tych, którzy stoją po drugiej stronie."

"Newsweek" nr 39

"Tanie, chętne, w depresji" – tak polskie opiekunki w Niemczech charakteryzuje Jacek Tomczuk. Szacuje się, że pracuje ich tam ponad 200 tysięcy.

Betrojerinką, od niem. "die Betreuerin" może zostać każdy. "Nie potrzeba żadnych kwalifikacji, wystarczą cierpliwość, umiejętność wyznaczania granic i laptop z zainstalowanym Skypem`em. Po dwóch miesiącach można przywieźć około 10 tys. złotych." Przez pierwsze tygodnie panuje obopólna nieufność, jest ustalany zakres obowiązków. Tyle że to zazwyczaj nie tylko karmienie, ubieranie i sprzątanie, a również opieka nad zwierzętami czy ogrodem itp. "Szybko też wykształca się hierarchia. Często gospodarze mówią do opiekunki na ty, a ona musi się do nich zwracać Herr Frau... /.../ Słowo klucz to "drogo". Jesteś taka droga, powinnaś pracować od świtu do nocy – słyszy wiele Polek. Ale też "drogo" słychać, gdy idą na zakupy, bo zgodnie z umową gospodarz ma obowiązek zapewnić im mieszkanie i jedzenie." W praktyce opiekunki niekiedy nawet głodują, bo dla nich jedzenia nie ma, albo podaje się im produkty przeterminowane. Zdarza się zakwaterowanie w piwnicach, na strychach albo w pomieszczeniu z podopiecznym, niekiedy bez ciepłej wody i ogrzewania. Tematem szczególnie drażliwym są akty przemocy ze strony podopiecznego czy rodziny. Stąd niedaleko do alkoholizmu zdesperowanych kobiet. Za całodobową opiekę nad starszą osobą, niemiecka rodzina musiałaby zapłacić trzem niemieckim opiekunkom w sumie 10 tys. euro. Za jedną polską płaci się około 2 tys. euro. Jeśli jest zatrudniona legalnie, do ręki dostaje 800 – 1400 euro, gdyż część zabiera firma zatrudniająca. To czysty wyzysk, nie mający nic wspólnego z przepisami o 8 – godzinnym dniu pracy i minimalnej stawce za godzinę w wysokości 8, 84 euro brutto. Tego jednak nikt nie kontroluje. Zapotrzebowanie na opiekunki jest ogromne. Toteż agencje pośredniczące nie stawiają kandydatkom żadnych wymagań, nawet znajomości języka niemieckiego. Są przecież translatory. A że Polki miewają trudną sytuację materialną, jadą do pracy za granicę. Przeważnie kobiety 50 – letnie, pochodzące z małych miejscowości, mające zobowiązania finansowe. Wyjazd do Niemiec jest swego rodzaju ratunkiem. I choć wiedzą, że będą pracować 24 godziny na dobę, decydują się na nieustanną dyspozycyjność. "Cały ten przemysł pomocowy ma coś z wampiryzmu /.../." Podopieczni żerują na Polkach, wysysają ich energię. Dlatego niektóre zapadają na depresję, piją. Ba, nawet biją podopiecznych. Ale o tym głośno się nie mówi. Więcej o zarabianych pieniądzach. Jak na polskie standardy – przyzwoitych. Dają poczucie własnej wartości. Mimo że praca opiekunki ma najniższy status, niezależnie zresztą czy w Niemczech, czy w Polsce. Przecież żadna z kobiet nie wyjechałaby z kraju, gdyby na miejscu mogła przyzwoicie zarobić.

"Przegląd" nr 37

Miejscy aktywiści poczuli siłę i znaczenie, już nie są luźnym środowiskiem, ale często realną siłą, także polityczną – zauważa Michał Podgórny w "Ruchach miejskich: od oszołoma do prezydenta".

Chyba najczęściej postulaty ruchów miejskich są uwzględniane przez samorządowców w Poznaniu. Bo prezydent miasta już przed laty z tymi ruchami się związał. Ściągnął zresztą do urzędu sporą grupę aktywistów. "Poznań jest swego rodzaju poligonem doświadczalnym. Jeśli nam się uda, w innych miastach również się przekonają, że postulaty ruchów miejskich mogą być wdrażane z powodzeniem. W dużych miastach potrzeba dziś edukacji, edukacji i jeszcze raz edukacji. Bez niej niczego nie dokonamy. Musimy pokazywać, że transport publiczny, korzystanie z autobusów i tramwajów to wymierna korzyść dla mieszkańców, a rowerzysta nie jest niczyim wrogiem – uważa prezydent." Bo część mieszkańców sprzeciwia się np. budowie ścieżek rowerowych czy ograniczeniu prędkości dla aut do 30 km na godzinę. Jednym z pierwszych z kolei miast, w którym wdrożono budżet partycypacyjny, była Dąbrowa Górnicza. I tam zastępca prezydenta miasta wywodzi się z ruchów miejskich. Dąbrowski budżet partycypacyjny jest sposobem na aktywizację mieszkańców oraz ich edukację, a także pokazanie, skąd miasto bierze pieniądze i na co je wydaje. Podobnie dzieję się w Rybniku. Ale już w Bytomiu sytuacja jest trudniejsza. Tam nie brakuje problemów zarówno z rewitalizacją społeczną, jak i infrastrukturalną. Przy tym bezrobocie jest najwyższe w województwie śląskim. Wynosi aż 13,3 proc. Współpraca ruchów miejskich z włodarzami miast nie zależy od politycznej opcji włodarzy, ale od ich osobistego podejścia. W dużych miastach nie ma już z tym większych problemów, lecz w mniejszych barier w ich rozwoju nie brakuje. Część organizacji przyzwyczaiła się traktować urząd miejski jak skarbonkę do finansowania swojej działalności. Ale nie tędy droga. Kluczem do mądrego zarządzania jest edukacja obywateli, podnoszenie wiedzy o tym, jak działa miasto i jego instytucje. Stąd w Wadowicach burmistrz przychodzi na lekcje wiedzy o społeczeństwie, a uczniowie są zapraszani do urzędu miejskiego, żeby zobaczyli, jak to wszystko funkcjonuje. Ruchy miejskie sprawiły, że włodarze przejmują ich język mówienia o mieście. Zrozumieli, że nie da się dłużej lekceważyć problemów, o których te ruchy mówią. Tym bardziej że ruchy miejskie mają też rozwiązania problemów. Pokazują, że trzeba je rozwiązywać przy udziale jak największej grupy ludzi, których dotyczą. Nie wolno rozwiązywać ich przez naśladownictwo. Warto podglądać, co gdzie indziej się robi, ale każdy problem musi być rozwiązywany z uwzględnieniem aspektu lokalnego i takich uwarunkowań, jak kultura, demografia, gospodarka i mentalność. Demokracja miejska to nie tylko wybory, lecz ciągły udział mieszkańców w realnym podejmowaniu decyzji o mieście, oparty na edukacji obywatelskiej.

"Nie" nr 37

Za poprzednich rządów PO – PSL, w przypadku opóźnień w wypłatach unijnych pieniędzy, "Solidarność" Rolników Indywidualnych biła na alarm. Teraz – choć w 2017 r. dopłaty bezpośrednie do tysięcy beneficjentów dotarły grubo po terminie – związek milczał jak grób. Przyparty dopiero do muru wystąpił - z oględnymi jednak - postulatami.

Co roku Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa rozpatruje 1,5 mln wniosków i rozdziela 15 mld zł. Czuwa też nad tym, by rolnicy wydawali dofinansowania zgodnie z unijnymi regułami. Tyle że to fikcja. W ub. roku skontrolowano zaledwie 6 proc. rolników (niecałe 80 tys. gospodarstw). A i tak nieprawidłowości wykryto w co trzecim przypadku. Oznacza to, że co roku około pół miliona rolników może odbierać nienależne pieniądze albo dostaje ich więcej niż powinno. Najczęściej stwierdzanym uchybieniem jest różnica deklarowanej i faktycznej powierzchni gruntu rolnego, czyli jej zawyżanie. Bo od tego zależy wysokość dotacji. Tyle że system automatycznie wyłapuje rozbieżności. Podobnie jak wnioskodawców występujących o dopłaty do nieswoich gruntów. Bo i tacy się zdarzają. Ba, wnioski składają... już nieżyjący. Poza tym część wniosków dotyczy nieużytków! Tu z kolei czuwają sąsiedzi, chętnie donoszący o przekrętach. Liczba donosów zresztą rośnie. Połowa jest rzeczywiście prawdziwych. Od wyników kontroli można się odwołać, z czego rolnicy skwapliwie korzystają. Na dodatek ARiMR rzadko informuje organy ścigania o próbach wyłudzenia pieniędzy z UE. Chłop zatem wielkiej krzywdy nie zaznaje. "Co ciekawe, rolnik doi Unię skwapliwie, jednocześnie darząc ją nieskrywaną niechęcią: jak wynika z badań CBOS, aż 31 proc. rolników jest przeciwnych członkostwu Polski w UE, stanowiąc najliczniejszą antyunijną grupę społeczno – demograficzną." Po brexicie UE przebąkuje, że nie stać jej na dotychczasową politykę rolną opartą na dotacjach. Na lata 2021 – 2028 można się zatem spodziewać albo likwidacji dopłat, albo ich znacznego ograniczenia. Tymczasem obecny rząd wystąpił z propozycją, by wsparcie udzielane rolnikom było jednakowe we wszystkich państwach UE. Może się więc okazać, że jej spełnienie naprawdę skończy się likwidacją opłat. I polski rolnik utratę pieniędzy będzie zawdzięczał właśnie rządowi PiS – konkluduje Maciej Mikołajczyk w "Morgach zdradzieckich".

wybrała /ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ