Bez ograniczeń

Mimochodem

 

Po 2004 roku świat Polakom się skurczył. Zachodnią Europę mają na wyciągnięcie ręki, a i pozostałe kontynenty przestały być odległe.

Znużona sprawdzaniem operacji finansowych, najmłodsza z zespołu księgowego jednej ze starachowickich firm westchnęła żałośnie. Jej koleżanka wylatywała właśnie na Dominikanę. Pocieszyła się jednak zaraz, bo przecież i ją niebawem czekała zagraniczna podróż, co prawda nie aż tak daleka, ale jednak na ciepłą wyspę na Morzu Śródziemnym. Nie miała zatem powodu, żeby zazdrościć koleżance czy szefowej, która minione właśnie wakacje spędzała najpierw we Włoszech, potem nad Balatonem.

Nieco starsza pracownica z innego oddziału tej samej firmy, od paru lat, po zakończeniu sezonu sadowniczego, wraz z mężem, który zajmuje się owocującymi drzewami, wyrusza dookoła świata. Jak nie przez Zjednoczone Emiraty Arabskie, to przez Singapur, Kuala Lumpur, aż do Australii i Nowej Zelandii. Zresztą mało kto z jej koleżeństwa nigdzie nie wyjeżdża. Część osób ma dzieci za granicą, które się odwiedza nie tylko raz do roku. Najczęściej w Wielkiej Brytanii albo w Irlandii.

Większość starachowickiego kuzynostwa, przyjaciół i znajomych co i rusz się pakuje, by gdzieś polecieć. Otóż to: polecieć. Kto by tam bowiem tłukł się autem, chyba że robi to niezmiennie, od lat, jak młoda koleżanka i jej partner, zakochani w Czarnogórze. Przepięknych okolicach w kraju niekoniecznie przez Polaków docenianym. Bardziej popularna jest Hiszpania, gdzie ostatnio wypoczywali najmłodsi z rodziny. Za chwilę wybiera się tam trójka przyjaciół. Jesienią, gdyż ta pora roku sprzyja seniorom. Młodsze pokolenie cechuje większa odwaga. Już nie zorganizowane wycieczki, lecz samodzielna podróż, np. do Meksyku czy Indonezji. Wystarczy wejść do sieci, by opracować plan podróży. Pewnie, że bez znajomości obcego języka byłoby to dość trudne. Na szczęście młodzi w porę się zorientowali, że angielski może być im w życiu przydatny i szlifują go na co dzień. Potem już tylko można się chwalić, że wypad się udał, że to i owo się zobaczyło. No i wymieniać się adresami oraz telefonami dobrych, na miarę portfela, sprawdzonych ośrodków i hoteli.

Na własną rękę wybrali się za granicę, niezależnie od siebie, dwaj koledzy ze Starachowic. Dawno się nie widzieli, gdyż przeszkadzały im jak nie sprawy zawodowe, to rodzinne. Żaden z nich nie przypuszczał, że... wpadną na siebie w powietrzu. W połowie drogi z Warszawy do Dubaju. Gdzieś w przejściu między fotelami. Jeden leciał na Bali, drugi na Filipiny. Przed kolejnymi lotami, spędzili jeszcze ze sobą razem chwilę na lotnisku w stolicy emiratu przy południowym wybrzeżu Zatoki Perskiej, prawdziwym gigancie przesiadkowym, gdzie do odlotowych portali dojeżdża minimetro. Warszawski aeroport Fryderyka Chopina to maleństwo, które rzeczywiście należy zastąpić czymś większym. Niech zostanie wybudowane te 40 km od stolicy, jak obiecują rządzący. Tylko kiedy? W ciągu dekady? Na razie więc nie ma co wybrzydzać i jednak latać z Warszawy gdzie się da, jeśli sytuacja i warunki finansowe na to pozwalają. Każda podróż to nowe doświadczenie, nowe znajomości i niezapomniane przeżycia.

Nie dziwię się kuzynkom i koleżance, które – wierne wybranym biurom podróży – po kawałku zwiedzają świat. Teraz wyjeżdżają coraz bliżej, mierząc siły na zamiary, choć przed laty były to i tropiki, i prawie biegun. Dziś kręcą się po okolicy, odwiedzając kraje bałtyckie czy Beneluxu na przykład. Ciepłe klimaty natomiast dalej wybierają ich rówieśnicy, pewne stare dobre małżeństwo. W tym roku najpierw byli na Wyspach Zielonego Przylądka, później we Włoszech i w Grecji. Jak przystało na emerytów z reklamy funduszy inwestycyjnych sprzed lat. Kilka takich starachowickich emeryckich par, które stać na wylegiwanie się pod palmami, w moim otoczeniu się znajdzie. Tak się bowiem składa, że innych większych potrzeb nie mają. Nie muszą pomagać dzieciom. Te się szybko usamodzielniły i nie sięgają do kieszeni rodziców. Można też, podobnie jak polskie zakonnice - rowerzystki, pokazywane latem w wiadomościach telewizyjnych, udać się do Santiago de Compostella, ale pieszo, czego w tym roku dokonała kuzynka wraz z dwiema koleżankami. We trzy przez trzy tygodnie wędrowały dość trudnym szlakiem i dobrnęły do celu pielgrzymki.

Ćwierćwiecze w odmienionej Polsce zmieniło życie tysiącom rodzin. Starachowiczanie też dołączyli do zjednoczonej Europy. Bywają w niej. Ba, docierają aż na antypody. Pozostaje wierzyć, że dzięki ich podróżom, ich chęci poznawania świata, Polska nie stanie się zaściankiem, zamkniętym na inne kultury. Tym bardziej że te niekiedy biją naszą na głowę. "God is withaut us" – głosi neon w Iloilo. Na pewno z Filipińczykami, ale i z tymi, którzy Filipiny odwiedzają, i dla których miejscowi są niebywale życzliwi, o czym można się tam przekonać na każdym kroku.

/ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ