Na innych łamach

"Polityka" nr 37

"Co skrywa władza"- zdradza Violetta Krasnowska. Rządzący nie chcą mówić obywatelom przede wszystkim o pieniądzach, które zarabiają i które wydają. Mimo że w kampanii wyborczej, a potem w expose premiera Beata Szydło podkreślała, że "życie publiczne powinno być przejrzyste i transparentne".

Nawet Zbigniew Ziobro deklarował, że w prokuraturze wprowadzi jawność, która powinna być cechą państwa praworządnego. W konfrontacji z rzeczywistością wszystkie zapewnienia okazały się hipokryzją. Dla Kancelarii Prezydenta jawność działań władzy i jej wydatków przestała być istotna zaraz po wyborach. Odmówiono np. udzielenia informacji, kto wnioskował o ułaskawienie Mariusza Kamińskiego. Nie podano do publicznej wiadomości nazwisk doradców itd. Jeszcze bardziej tajemniczy jest minister sprawiedliwości. Z rejestru umów na doradztwo prawne usunięto nazwy kancelarii i firm, którym zlecano ekspertyzy. Pozostały jedynie kwoty, rzędu kilkuset tysięcy złotych. "To, że minister sprawiedliwości i prokurator generalny płaci z publicznych pieniędzy po pańsku i po uważaniu, ustaliła dopiero kontrola NIK z wykonania budżetu za 2016 r. Okazało się, że minister zatrudnił w tamtym czasie 22 osoby na stanowiska ekspertów z pominięciem otwartego naboru. Więcej niż połowa zatrudnionych nie spełniała wymogu co najmniej 3 - letniego stażu pracy /.../. Eksperci ci dostali jednak wysokie pensje, od razu ze stałymi premiami w maksymalnej wysokości /.../. Mimo tego wsparcia kadrowego wiele opinii prawnych ministerstwo zamawia "na mieście". Np. umowę na realizację korekty stylistycznej wystąpień i prezentacji resortu. Jakby tego nie mogli zrobić urzędnicy z wydziału komunikacji. Wiadomo jednak, że zlecenia dostają ludzie z klucza partyjno - towarzyskiego... W ciągu roku jeszcze pogłębiło się utrudnianie dostępu do informacji. Najczęściej urzędnicy powołują się na ochronę danych osobowych. W MON- ie zasłaniają się jeszcze tajemnicą adwokacką. "Rejestrów umów nie prowadzi też Ministerstwo Finansów ani Ministerstwo Edukacji. Ministerstwo Spraw Zagranicznych, udostępniając dane, zamazuje kwoty! A chodzi o spore pieniądze, które można dać "swoim". Znów są to kilkudziesięciotysięczne honoraria, a nawet wyższe. Wszystko można wyśledzić w sądach gospodarczych, w sprawozdaniach spółek skarbu państwa. Te są już gruntownie obsadzone przez nominatów PiS. Programowo więc również nie informują. Rząd zresztą nie przystał na jawność zarobków władz spółek, powołując się na prawo do prywatności. PiS najbardziej boi się właśnie pytań dotyczących kosztów funkcjonowania władzy, tym bardziej że szedł przecież po władzę pod hasłem ukrócenia Bizancjum. Miały być skromne rządy, a są bez przerwy nagrody, nagrody, nagrody dla siebie przede wszystkim... Zarazem przygotowuje się projekt ustawy o jawności życia publicznego. Ma dotyczyć oświadczeń majątkowych funkcjonariuszy publicznych. W jednej ustawie projektodawca chce zawrzeć wszystkie przepisy antykorupcyjne dotyczące różnych służb, dotąd rozrzucone po wielu ustawach. A przecież wystarczyłoby tylko stosować ustawę o dostępie do informacji publicznej.

"Gość Niedzielny" nr 37

Od 50 lat Kościół w Polsce przygotowuje programy duszpasterskie – mówi ks. Tomaszowi Jaklewiczowi, w wywiadzie "Potrzebujemy nowej Pięćdziesiątnicy", ks. abp Wiktor Skworc.

W związku ze 1050. rocznicą chrztu Polski tenże program podjął tematykę chrztu świętego i budzenie wśród wiernych świadomości chrzcielnej. Kontynuacją ma być refleksja nad sakramentem bierzmowania. Na najbliższe dwa lata zatem został opracowany program "Duch, który umacnia miłość". Tyle że dokumenty to za mało. Ludziom brakuje pogłębionej świadomości otrzymanych darów i wynikających z nich zdolności, m.in. wyznawania wiary, szerzenia jej i obrony. Co nie znaczy, że w Polsce nie powstają oddolne inicjatywy ewangelizacyjne. Niemniej jednak należy się przyglądać motywom oraz skutkom działania tzw. grup charyzmatycznych. By wierni mieli zapewnienie Kościoła o autentyczności charyzmatów i wiarygodności tych, którzy zostali nimi obdarowani. Chodzi też o to, aby Pięćdziesiątnica Kościoła w Polsce stała się świętem jego narodzin. "Ten fakt powinien być mocnym akcentem nadchodzącego roku duszpasterskiego." Program dotyczy bierzmowania, więc pojawia się temat młodzieży. Dzieci są niekiedy problemem w rodzinach. "Rodzice czują, że tracą w stosunku do nich wychowawczy wpływ. /.../ W konsekwencji słowo albo świadectwo samych rodziców do nich nie dociera. Teza, że Kościół traci młodzież, nie znajduje potwierdzenia, jeżeli chodzi o uczestnictwo w katechezie szkolnej, ale jest prawdziwa w przypadku praktyk religijnych. Nie potrafimy wprowadzić młodego człowieka w sakramenty, doświadczenie żywej wiary i modlitwę. Nauczanie religii w szkole wyparło zarówno ze świadomości młodzieży, jak i duszpasterzy potrzebę katechezy parafialnej i zaangażowania się młodych w kościelne wspólnoty. W tym punkcie przegrywamy." Bo nawet pielgrzymki dla uczniów są wydarzeniem jednorazowym. Potrzeba konkretnej oferty dla młodych w parafiach. Młodzież chętnie angażuje się w pracę charytatywną, pomoc misjom i wszelkiej formy wolontariatu. I to są te właśnie obszary, warte rozwijania. Mimo że podniesienie poziomu życia materialnego łączy się nierzadko z odejściem od Boga. Kościół jednak jest skazany na optymizm. Niezależnie wszak od poziomu dobrobytu każdy człowiek staje przed egzystencjalnymi pytaniami o sens życia, o przyszłość, o śmierć. Odpowiedzią na nie jest Jezus Chrystus. Tym bardziej że istotą Ewangelii jest walka o zbawienie człowieka.

"Newsweek" nr 38

Wszystkie dotychczasowe programy dotyczące zmiany polskiej szkoły były niespójne. Obecny nie jest więc wyjątkiem – rozmawiają prof. Łukasz Turski, fizyk teoretyczny i popularyzator nauki, i dziennikarka Renata Kim. Teza jawi się sama: "Uczyć, a nie szkolić" (tytuł rozmowy).

Najnowsza reforma ma to do siebie, że wreszcie ludzie zainteresowali się edukacją. Bo prawdziwe bogactwo każdego kraju, to zawartość głów jego mieszkańców. I trzeba zadbać o to, żeby owe bogactwo znalazło się głowach polskich dzieci, uczących się w polskich szkołach. Tyle że skąd można wiedzieć, jak będzie wyglądał świat za 12 lat, kiedy dzisiejsze maluchy zaczynają szkołę? Nie wiedział tego minister Mirosław Handke, kiedy startował ze swoją reformą. Nie przewidział smartfonów, Facebooka, Twittera ani Instagrama. No bo jak?! Dziś też nie wiadomo, w którą stronę pójdzie świat. Dlatego w Polsce znaleziono na to osobliwe lekarstwo. Odchodzimy od reformy edukacji na rzecz powrotu do szkolenia. I na wszelki wypadek szkolimy nawet nie jak w wieku XX, tylko jak w wieku XIX. Zaproponowana podstawa reformy jest bez sensu. "Uczeń, który przychodzi do szkoły, ma gigantyczną wiedzę. Wprawdzie bardzo nieusystematyzowaną, ale i tak dużo rzeczy wie, bo wychował się z tabletem w ręku. A my mu narzucamy XIX – wieczny gorset pojęć." Na dodatek eksperci w sztuczny sposób ułożyli działy nauki. Wcale nie tak, jak się ona rozwijała. Ba, nie zachęci się nikogo do czytania, każąc mu brać do ręki papierowe książki. To przecież w czytniku elektronicznym dzieci szybko znajdą wyjaśnienia do użytych w książkach wyrażeń. Zobaczą nawet fotografię rzeki Missisipi, czytając o przygodach Tomka Sawyera itd. Zamiast pisać nowe podręczniki, lepiej byłoby stworzyć aplikacje na smartfony. I to do różnych przedmiotów. Zadbać o narzędzia, które pozwolą dzieciom poruszać się w internetowym świecie z mnóstwem informacji. Poza tym nawet najlepsza szkoła nie jest gwarancją dobrobytu społeczeństwa. Ale o edukację musi zadbać całe społeczeństwo. Tymczasem dyskutuje się jak nie o pensum nauczycieli, to o sześciolatkach. Przecież wiadomo, że nigdy nie chodziło o sześciolatków, lecz o zniszczenie laickiej, liberalnej szkoły. No i wydajemy teraz miliony np. na przystosowywanie pisuarów w dotychczasowych gimnazjach, dla młodzieży, żeby były odpowiednie dla dzieci! W szkołach podstawowych z kolei się je podnosi, z myślą o nastolatkach... Skąd się to wszystko wzięło? Rodzice uważają placówki oświatowe za przechowalnie dzieci. Najlepiej więc, żeby najmłodsi jak najdłużej przebywali w przedszkolach, bo tam można je zostawić i do godziny 18.00. A w szkole kilka lekcji i koniec. Nie mamy już więc gimnazjów, choć to w podstawówce jest więcej przemocy niż wśród gimnazjalistów. Może uczniów powinno się dzielić nie według wieku, lecz poziomu kompetencji? Wiadomo, że dziewczynki w wieku 10 lat lepiej się uczą niż chłopcy. Dlaczego zatem chłopiec ma się uczyć wtedy tyle samo matematyki, co koleżanka, jeśli wolałby kopać piłkę? A zresztą skąd wiadomo, że dla rozwoju cywilizacyjnego jest potrzebne, by wszyscy wkuwali tyle samo matematyk co historii? "Gdybym miał coś do powiedzenia, to uruchomiłbym narodowy program debaty o tym, jak ma wyglądać polska szkoła. /.../ A my zamiast o tym rozmawiać, jesteśmy w ogniu bezsensownej walki politycznej. I dzieci słyszą, że szkoła, do której właśnie idą, będzie koszmarem." Trzeba przestać mówić dzieciom, że są straconym pokoleniem. Bo nie uda się PiS – owi wychować młodych Polaków patriotów. To się nie udało do końca ani w Prusach, ani w Związku Radzieckim, ani w komunistycznej Polsce. Nadzieja w polskiej prowincji. Zmieniła się ona bardzo korzystnie. Nie zrobili tego politycy, tylko miejscowi urzędnicy. To z nimi warto rozmawiać, jak polską szkołę naprawić.

"Nie" nr 34

Wojna Polaków z Niemcami toczy się także na froncie religijnym. Świat dowiedział się o tym przy okazji walki o polski kościół w Essen. Podjęli ją polscy katolicy z esseńskiego "Klubu Gazety Polskiej", kiedy dotarły do nich informacje o planowanej sprzedaży kościoła pod wezwaniem św. Klemensa, przy którym działa jedyna parafia na terenie miasta.

W miejscu zburzonej świątyni miałoby zostać wybudowane osiedle dla uchodźców. W domyśle, co sugerują Polacy, jakoby dla przybywających z Syrii muzułmańskich terrorystów. Obrońcy natychmiast zatem utworzyli krąg obronny, wydając nawet stosowne oświadczenia. Tyle że polski kościół w Essen tak naprawdę nigdy nie był polski. Niemiecki biskup użyczył go w 2005 r. Polskiej Misji Katolickiej. Na dodatek bywa użytkowany i przez niemieckich katolików. "Różnica między polskim a niemieckim katolikiem jest istotna: pierwszy nie płaci podatku kościelnego, drugi reguluje należność co do eurocenta. Utrzymanie świątyni spoczywa więc na barkach Niemców, bo nasi sąsiedzi wymyślili, że danina podatkowa to jedyne źródło finansowania kościołów. Koszt per capita rośnie, bo kościół w RFN przeżywa kryzys, wiernych ubywa, a wraz z nimi ubywają pieniądze. Rezultat: garstka poddanych Merkel łoży na świątynię wykorzystywaną głównie przez kochających Kaczyńskiego Polaków, nie mających bladego pojęcia ani o kosztach utrzymania, ani o rzeczywistym technicznym stanie przybytku, bo mesjasza narodów takie niuanse nie zajmują." Essen zresztą nie jest wyjątkiem. Choć Polacy szczycą się, że po Niemcach stanowią największą w RFN wspólnotę katolicką, to nie wybudowali tam ani jednego kościoła. Polska Misja Katolicka użytkuje 300 takich przybytków nie będących jej własnością. Ba, Polacy unikają płacenia podatku kościelnego, jak piekielnego ognia. Stosują niewyszukaną metodę. Przy załatwianiu formalności w urzędzie meldunkowym nie wypełniają rubryki dotyczącej przynależności religijnej. W ten sposób zostają zakwalifikowani do grona ateistów, zwolnionych z podatku. Jego wysokość jest zależna od dochodów. Zwykle wynosi kilkadziesiąt euro miesięcznie. Tyle wystarczy, żeby Polak porzucił wiarę ojców i pasożytował na niemieckiej krwawicy – donosi Maciej Mikołajczyk w tekście "Polak modli się za friko". Zjawiskiem zajął się nawet Watykan, "wydając dekret stanowiący, iż odmowa płacenia podatku kościelnego jest jednoznaczna z utratą praw członka wspólnoty, czyli z wystąpieniem z Kościoła. Na takim stanowisku stoją także niemieckie władze kościelne i sądy świeckie w RFN. Polski Kościół, w kwestiach skrobanek i kondomów niezwykle konserwatywny, tu pokazał liberalną facjatę i ogłosił, że "oświadczenia składane przed urzędami świeckimi nie są wiążące, zaś skutecznego aktu odstępstwa można dokonać jedynie w obecności proboszcza miejsca zamieszkania." Przybysze znad Wisły nie mają jednocześnie pojęcia, że nie przyznając się do wyznania rzymskokatolickiego, zaniżają liczbę wiernych polskiego pochodzenia, co obniża szanse starań o zatrudnienie większej liczby księży, przydział kościołów i sal czy pozyskanie nowych środków finansowych na działalność duszpasterską. Hiszpanie czy Włosi na przykład jednoznacznie się określają przy zameldowaniu, w przeciwieństwie właśnie do Polaków. "Bo prawdziwy Polak z germanizacją walczy nawet na obczyźnie, a zwłaszcza w Niemczech."

"Przegląd" nr 34

"Kto jest dziś Nikodemem Dyzmą" w "Pytaniu Tygodnia" Michałowi Sobczykowi wyjaśniają:

Kuba Sienkiewicz, lekarz, muzyk – "Obecnie spełnia następujące kryteria: 1. Przylepia się do okrętu świadomie i z własnej woli (dawnemu bohaterowi zdarzyło się to przypadkiem). 2. Zepsuje wszystko, za co się weźmie (oryginał przynajmniej nie przeszkadzał). 3. Występuje pod szyldem oznaczającym odwrotność jego działalności (np. w partii o nazwie Dobro i Szlachetność) będzie wykonywał najpodlejsze rzeczy, a jako minister czystości będzie wyłącznie brudził i smrodził. 4. Dużo mówi o potędze narodu i jego kultury, ale uważa, że one natychmiast upadną z powodu kilku imigrantów. Potrafi jednak tak wzniośle o tym powiedzieć, że naród się nie obraża, wręcz przeciwnie – jest z siebie dumny. 5. Jest świadomy bycia odpowiednikiem literackiego bohatera Nikodema Dyzmy, ale w otoczeniu takich samych jak on czuje się bezpiecznie i ma poczucie misji całej swojej formacji."; dr Karolina Wigura, "Kultura Liberalna" – Można wskazać kogoś z należących do PiS populistów lub "Misiewicza" – karierowicza bez pionu. /.../ Zbyt łatwo przychodzi nam myślenie, że demokracja byłaby lepsza, gdyby populiści, współcześni Dyzmowie, rozpłynęli się w powietrzu. Czas pogodzić się z tym, że oni wyrastają z naszej kultury. Nie są przyczyną kryzysu demokracji, ale jednym z rezultatów. Energię czerpią z braku integralności moralnej i politycznej innych. Dopóki politycy, którym stan demokracji leży na sercu, nie rozumieją, że słowa i czyny nie mogą stać dramatycznie daleko od siebie, trudno oczekiwać, że polska fala populizmu się odwróci /.../"; Henryk Martenka, "Angora" – "Nikt. Zamiast tego nieboraka, wręcz poczciwca, wyrosłego z tradycji komedii " Z chłopa król" Baryki, mamy karną formację, świadomą swoich pięciu minut. Gdyby jednak chcieć znaleźć kogoś, kto imituje Dyzmę, byłby to chyba wicepremier Gowin, który jest jego karykaturą. Podejrzewamy bowiem, że ma pewne skrupuły czy wręcz wyrzuty sumienia, a mimo to swojej życiowej szansy z pazurów nie wypuści"; Przemysław Kosobudzki, czytelnik "Przeglądu" – "Pan minister Błaszczak. Zasoby mądrości, oczytania, obycia ma znikome. Za to znakomicie potrafi dostosować się do każdej niesprzyjającej sytuacji, a ciemny lud to kupuje."

wybrała /ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ