Teatr, to jest mój dom...

Warsztaty z Marią Seweryn

W numerze

Teatr, to jest mój dom...

Warsztaty z Marią Seweryn

 

Starachowice nie są obce pani Marii. Z naszego miasta pochodzi jej matka, znakomita aktorka Krystyna Janda. Do Starachowic, na warsztaty z młodymi aktorami, przyjechała prosto z Krakowa, gdzie gra w "Ślubach panieńskich" Aleksandra Fredry w Teatrze STU.

Maria Seweryn to aktorka, która pierwszy raz na ekranie pojawiła się mając zaledwie cztery lata. Zagrała u boku swoich rodziców, Krystyny Jandy i Andrzeja Seweryna w filmie Andrzeja Wajdy pt. „Dyrygent”. Jako pierwszoplanowa aktorka pojawiła się w filmie „Kolejność uczuć” Radosława Piwowarskiego. Rolą Julki debiutowała u boku Daniela Olbrychskiego. Na swoim koncie ma role w kilkunastu filmach, w spektaklach Teatru Telewizji, a przede wszystkich na deskach teatrów. Obecnie gra w stołecznych teatrach Polonia, Och - Teatr i Syrena. Wykłada również w szkole aktorskiej Romy Gąsiorowskiej AktoRstudio.

- Witam serdecznie w Starachowicach. To pierwsza wizyta?

- Och nie... Bywałam tu wielokrotnie. Natomiast nigdy w pracy.

- Pierwsza wizyta zawodowa. To z okazji odbywających się Nocy Teatralnych. Zgodziła się pani poprowadzić warsztaty. Możemy poznać choć małe szczegóły tego, co się będzie działo?

- Forma takiego spotkania jest zawsze bardzo trudna. Dwie, trzy godziny jednorazowego spotkania, gdzie chciałabym grupie tych młodych ludzi coś przekazać.To jest bardzo trudne, zdecydowanie łatwiej jest pracować z taką grupą przez tydzień. Wtedy byłby efekt, taki widoczny. A tu... Tu jest spotkanie... Ale przecież w swoim życiu można kogoś spotkać przez pięć minut i zmienić czyjeś życie. Dlatego wierzę bardzo w takie spotkania. To co się wydarzy, zależy też od tego, z jakimi młodymi ludźmi się spotkam, jaką oni wniosą energię, czego będę oczekiwać ode mnie. Oczywiście, mam pewne rzeczy, które chcę przekazać. Wydaje mi się, że ten kto chce być aktorem, kto chce zajmować się teatrem czy w ogóle występować, wychodzić na scenę, to dobrze byłoby, by miał świadomość siebie... Tego kim jest, jak wygląda, jak się zachowuje, co sobą wnosi wchodząc na scenę, jakie ma się z nim skojarzenia na pierwszy rzut oka... To są niezwykle ważne rzeczy... One czasami są trudne...

- Dlaczego?

- Bo wydaje nam się, że jesteśmy uśmiechnięci i szczęśliwi, a ktoś z zewnątrz patrząc na nas widzi zupełnie kogoś innego, odczuwa inne emocje. Widzi ponurego, zamyślonego człowieka. Dlatego dobrze mieć tę świadomość, że coś jest troszeczkę inaczej, niż nam się wydaje. To jest baza, by pójść dalej...

- Maria Seweryn zaczynała swoją karierę będąc bardzo młodą osobą. Wierzy pani w młodość? W to, że obecni tu młodzi ludzie są w stanie spełnić marzenia i osiągnąć status, który osiągnęła pani i pani rodzice?

- Och dziękuję... Tak, jestem rozpoznawalna, ale ta droga jest bardzo trudna i ciężka. Zależy co się chce od tego zawodu. Są ludzie, którzy chcą mieć pieniądze i sławę, ale są też tacy, którzy kochają ten zawód, chcą go uprawiać, bo wciąż wierzą, że on może zmienić świat i ludzi. Ja należę do tej drugiej grupy, naiwnej, która myśli, że może zmienić świat i wpłynąć na myślenie ludzi. Nie zamierzam zmienić tej swojej naiwności, bo wtedy straciłabym poczucie sensu uprawiania tego zawodu. Dlatego też moja droga nie jest łatwa, bo nie wchodzę w łatwe projekty, w łatwe rzeczy. Sam fakt zarobienia pieniędzy mnie nie przekonuje, muszę widzieć sens, misję. Mieć poczucie, że to coś znaczy. Żeby wytrzymać w tym zawodzie trzeba mieć bardzo grubą skórę przy, o ironio, niezwykłej nadwrażliwości. Połączenie tych dwóch, kompletnie niezgadzających się ze sobą elementów, jest po prostu bardzo trudne. Nie można tracić wiary w siebie, w ludzi, świat, w fascynację ludźmi, miłości do nich, bo o nich i dla nich się opowiada. Dla nich się jest. Z drugiej strony, jest się człowiekiem ciągle zależnym od tych ludzi. Zależnym również od wielu elementów: reżysera, losu, szczęścia, kondycji danego wieczoru, życia osobistego, które przecież składa się i ze szczęścia, i z nieszczęść, problemów. Mimo tego wszystkiego, być gotowym do wyjścia na scenę i bawić, bawić, bawić...

- Bawić i skłaniać do refleksji...

- Tak, tak.. Mówię w sensie przenośnym... Bawić, wzruszać, poruszać... Opowiadać historię. Trzeba być w tej gotowości, cokolwiek by się nie działo... To jest bardzo trudne.

- Ukochała pani przede wszystkim teatr...

- Myślę, że i teatr mnie ukochał. Owszem, bardzo chciałabym zagrać w filmie. Ale to się trochę nie składa, a i ja nie ciągnę do filmu, nie walczę o to. W teatrze, na scenie czuję się dobrze, to jest mój dom.

- Do Starachowic przyjechała pani prosto z Krakowa, z ostatnich prób do...

- Tak, jutro (17 września - przyp. red.) mamy premierę „Ślubów panieńskich” Aleksandra Fredry w Teatrze STU. Jestem bardzo szczęśliwa, ponieważ zawsze marzyłam, by tam zagrać. Gramy teraz spektakle przedpremierowe i kończymy blok dwoma przedstawieniami premierowymi. „Śluby panieńskie” reżyseruje Paweł Pluskota. Zawsze marzyłam o premierze w Krakowie i mam ją!

- Marzenia się spełniają?

- Spełniają... Bardzo się cieszę, bardzo. Bilety są wyprzedane, spektakle zaplanowane są do czerwca 2018 roku, zapraszam wszystkich do Krakowa.

- Pani Mario, bardzo dziękuję za rozmowę, za czas poświęcony naszym Czytelnikom.

- Również bardzo dziękuję i pozdrawiam. (zaz)

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ