Różne wrażliwości

Mimochodem

 

O tym, że w mieszkaniu w bloku lokatorem jest też kot, wiedzą tylko osoby najbliższe właścicielowi. Bo takiego sierściucha na zewnątrz nie widać. Chyba że rezyduje na balkonie. Tym samym zyskuje miano prawie doskonałego towarzysza domowników. 

Nie zajmuje dużo miejsca, preferuje ład i porządek. Moja kotka dotąd po skorzystaniu z kuwety miauczy, aż sprzątnę nieczystości. Dzięki wszelkiego rodzaju "kocim" akcesoriom i pochłaniającemu wszelkie zapachy piaskowi, obecność kota w domu jest dla postronnych prawie niezauważalna. Ba, dla domowników bywa nieustannym źródłem radości. Obcowanie z kotem skutkuje przy tym otwarciem na drugiego człowieka i większą wrażliwością. Pewnie, że są wyjątki, lecz te potwierdzają tylko regułę. Nic zatem, tylko namawiać każdego, by pomyślał o kocie dla siebie, wydawałoby się. Tyle że zwierzę w domu, to jednak obowiązek i konieczność permanentnej opieki.

O ile pies może prawie wszędzie powędrować z człowiekiem, o tyle kot to raczej domator. Nieprawda, że pozostawiony sam, nie tęskni. Moja kotka wypomina mi miauczeniem każdą dłuższą nieobecność.

Znajomi kuzynki wyjechali na dłużej, pozostawiając kota pod jej opieką. Dochodziła doń dwa razy dziennie, karmiąc i poświęcając mu za każdym razem przynajmniej pół godziny. Oboje nawet dzielnie sobie poradzili. W każdym razie kuzynkę kot tolerował, choć jej wydawało się, że i polubił. Kiedy oddawała klucze do domu znajomym, jak zwykle po wejściu do mieszkania zawołała kota. A ten zupełnie ją zlekceważył, łasząc się wyłącznie do domowników. Wybaczył im już widocznie czasową nieobecność. Czy pies zachowałby się podobnie? Bo psów w blokach też przybywa.

Przed jakimiś trzema dekadami starachowiccy sąsiedzi preferowali małe pieski, wcale nie rasowe. Ot, kundelki, które swobodnie mieściły się z domownikami na fotelu podczas oglądania telewizji. Teraz również widzę raczej małe. Więcej jest jednak wyrazistych konkretnym pochodzeniem. Co nie znaczy, że wszystkie są jednakowo kochane. Nawet rasowe się porzuca, gdy przyjdzie na to ochota. Jak co roku, i w tym w sezonie letnim media często apelowały, żeby nie przekładać urlopu nad bezpieczeństwo czworonogów. Promowały psie i kocie azyle na wakacje.

Człowiek jest bezwzględną istotą. Własną wygodę i komfort życia stawia ponad wszystko. Cóż zatem znaczą pies czy kot, nie mówiąc o skrzydlatych i drzewach. Jedne się, jak gołębie, tępi, drugie masowo wycina. Zresztą wycinając odbiera się ptakom ich środowisko. Los czworonogów też zależy od widzimisię dwunożnych, wydawałoby się rozumnych istot.

Pies miał kilkanaście lat. Dość duży: nie sposób było znosić go z piętra na rękach. Nie zawsze utrzymywał mocz, więc przestał być pożądanym sąsiadem. A takiego najlepiej eksmitować. Nikt z mieszkańców nie spytał, czy i jak można psu i jego właścicielom pomóc. Mimo że każdy postrzega siebie jako osobę mało, że dobrą, to pewnie i wielkoduszną. Co nie przeszkodziło tym wszystkim wzorom cnót wszelakich złożyć tragiczną w skutkach interwencję. Najprościej było poinformować o psie administratora osiedla i miejską straż. Te, naciskane przez lokatorów, postawiły ultimatum: albo pies, albo wysoka kara za to, że zanieczyszcza klatkę schodową. I tak pies przegrał z higienistami na pokaz. Jako że pies to przecież nic wielkiego, sąsiedzi doprowadzili do jego eutanazji. Ku rozpaczy właścicieli, za biednych na wysokie mandaty. Ku zadowoleniu większości lokatorów, że pozbyli się starego, schorowanego psa. I nie czują już pozostawianych przez niego śladów. Z tej to może przyczyny los kota jest łaskawszy niż psa. Bo o kocie w zaciszu domowym decyduje wyłącznie właściciel. Oby zawsze cechowała go wrażliwość na mniejszych braci, ich potrzeby i odczucia.

/ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ