Na innych łamach

"Gość Niedzielny" nr 33

"Reparacje pokażą prawdę" – uważa Bogumił Łoziński. Przypomną światu o nazistowskich zbrodniach. Nie da się jednak ukryć, że podniesienie obecnie tej sprawy przez Polskę jest niczym innym, jak decyzją polityczną. Mimo że z perspektywy historycznej i moralnej odszkodowania od Niemiec za straty ludzkie i materialne w czasie II wojny światowej Polakom rzeczywiście się należą. Przecież to Niemcy napadli na nasz kraj; wymordowali ponad 6 mln Polaków.

"Udaną próbę oszacowania strat poniesionych przez Warszawę podjął prezydent stolicy Lech Kaczyński w 2004 roku. Powołał on specjalny zespół, który opierając się na wiarygodnych źródłach, ustalił, że wynoszą one 45 mld 300 mln złotych. Podstawą wyliczeń było odnalezione archiwum w Grodzisku Mazowieckim, w którym było 62 tys. kwestionariuszy zawierających zestawienia strat złożonych przez mieszkańców Warszawy w latach 1945 – 46. Z wyliczeń wynikało, że mieszkańcy stolicy utracili łącznie dobra o wartości ok. 16 mld zł według cen z 1939 r.; w przeliczeniu na dziś jest to 40 mld zł. Zespół zweryfikował te dane m.in. za pomocą przedwojennych map i zdjęć lotniczych Warszawy, i okazało się, że straty są większe o ponad 5 mld dolarów." Podobnie można wykonać szacunek dla całej Polski. Istnieją nadal dokumenty, które pomogłyby przeprowadzić rachunek strat. Podaje się w nich, że zniszczeniu uległo 65 proc. fabryk, tyleż mostów kolejowych, ponad 20 proc. gospodarstw rolnych oraz 30 proc. wszystkich zabudowań mieszkalnych. Według obecnego kursu wartość strat materialnych wynosi... 3 biliony złotych. I nie chodzi wcale o kwestie indywidualne. Te zostały uwzględnione w umowach międzynarodowych i na ich podstawie można się domagać odszkodowań. Polska absolutnie nie zrzekła się reparacji wojennych. Nie ma na to dowodów. A dokument, który istnieje, z sierpnia 1953 r., nigdy nie został zarejestrowany i opublikowany w biurze umów międzynarodowych ONZ. Skutek prawny zatem nie nastąpił. Czyli sprawa jest nadal otwarta. Powrót do reparacji jest niewątpliwie reakcją na krytykę polskiego rządu przez niemieckich polityków. PiS wytoczył ciężkie działa, żeby Niemcy się opanowały. Oficjalne wystąpienie z roszczeniami oznaczałoby otwarty konflikt. "Do tego długotrwały, gdyż wobec spodziewanej odmowy realizacji roszczeń przez Niemcy sprawa trafiłaby do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w Hadze, gdzie mogłaby się ciągnąć latami." Inna rzecz, że nie ma gwarancji, iż taki proces wygramy. Na dodatek należy się kierować realizmem i rozważyć, czy Polska może sobie pozwolić równocześnie na złe stosunki z Rosją i Niemcami. Ale to rząd musi o tym zdecydować. Nie brakuje mu zresztą sojuszników, którzy są zdania, że problem reparacji trzeba podnosić nieustannie. By dotarł on do opinii międzynarodowej.

"Wysokie Obcasy" nr 30

Klauzulę sumienia podpisało kilka tysięcy lekarzy. Wszystkich jest w Polsce ponad 120 tys. Większość stawia na dobro pacjentek ponad swoje przekonania – zauważa Aleksandra Krasowska, psychiatra, z którą w wywiadzie "Ramię w ramię" rozmawiała Monika Tutak – Goll.

Lekarka ogłosiła w sieci, że wypisuje recepty na pigułkę "dzień po" pro publico bono. W ślad za nią poszło kilkudziesięciu innych lekarzy. Antykoncepcja awaryjna jest związana z czasem. Im wcześniej zostanie przyjęta, tym większa szansa, że zadziała skutecznie zgodnie ze swoim przeznaczeniem. "Nie potrafię słuchać ze spokojem, że kobieta zgwałcona nie otrzyma recepty na pigułkę "dzień po". Przecież w takiej sytuacji nawet aborcja jest legalna. Jeśli nie przyjmie ellaOne, co się stanie? Zajdzie w ciążę? I według przeciwników aborcji nastąpi "to najgorsze" – dokona aborcji, dodajmy: aborcji zgodnej z prawem. Tak naprawdę każdy przeciwnik aborcji powinien być zwolennikiem antykoncepcji awaryjnej". Każdy lekarz ma prawo wypisać stosowną receptę. Czy wypisze, to już inna sprawa. W każdym razie kobiety zaczną szukać pigułki na własną rękę. Nie jest tania. Z prywatną wizytą u lekarza to już wychodzi naprawdę spora suma. Gorzej sytuowane kobiety sięgną więc do niebezpiecznych źródeł. Do internetu. A tam nigdy nie wiadomo, jaki środek się otrzyma. Stąd forum Lekarze Kobietom. Grupa lekarzy różnych specjalności, którzy deklarują swoją pomoc, posługując się medyczną wiedzą, a nie przesłankami światopoglądowymi. "Zależy mi na tym, żeby dotrzeć do lekarzy z mniejszych miejscowości. W większych miastach dostęp do antykoncepcji awaryjnej będzie zachowany, bo jest więcej lekarzy, także tych, którzy bez oporu i problemów taką antykoncepcję przepiszą. Dla kobiety, która mieszka w powiatowym miasteczku, albo gdzieś na wsi, ten dostęp może być trudniejszy. /.../ Dlatego potrzebna jest siatka pomocowa." Lekarka od razu uprzedza, że recept pocztą nie wysyła. Robi to za symboliczną złotówkę w ramach wizyty prywatnej. Po dwóch latach dostępności pigułki kobietom odebrano poczucie bezpieczeństwa. Nie do wiary, że słyszy się od prawicowych polityków: "Nie chce zajść w ciążę, niech nie uprawia seksu" /.../ To samo można powiedzieć przecież mężczyznom. Czekam, aż wprowadzimy prezerwatywę na receptę. Bądźmy konsekwentni." W szkołach nie ma edukacji seksualnej. Lekarzy seksuologów jest bardzo mało. I będzie ich jeszcze mniej. Rządzący zamierzają zmniejszyć ich liczbę. Dostęp do specjalizacji otrzymają wyłącznie psychiatrzy, których też jest niewielu. Wszystko zmierza w niedobrym kierunku. "I dla pacjentów, i dla lekarzy, którzy prawdopodobnie zaczną uciekać z kraju, żeby rozwijać się tam, gdzie będą takie możliwości. "Gdybym snuła paranoiczne fantazje, to bym uznała, że jakieś lobby z podziemia antyaborcyjnego wpłynęło na naszych rządzących, żeby podejmowali takie, a nie inne kroki."

"Angora" nr 28

Beata Dżon - Ozimek poprosiła o wywiad Wiesława Smętka, wybitnego rysownika, malarza i ilustratora, od 27 lat komentującego rzeczywistość z okładek najważniejszych niemieckojęzycznych czasopism, który podkreśla: "Nigdy mnie nie pytali, skąd jestem" (tytuł rozmowy).

Ten imigrant z Polski nigdy nawet nie musiał nikomu pokazywać dyplomu z gdańskiej ASP. Żałuje bardzo, bo się go nie wstydzi. Pracuje na zamówienie. Ma kilku stałych odbiorców. To głównie "Die Zeit", DIALOG", Handelsblatt" czy szwajcarski "Die Weltwoche". Na co dzień przychodzi mu tłumaczyć Niemcom dzisiejszą Polskę. Co prawda odkąd w USA pojawił się Donald Trump, zainteresowanie Polską nieco osłabło. "Tego większego populisty Niemcy boją się bardziej niż "naszego" Jarosława Kaczyńskiego. Swoją drogą, świat zaczął się poważnie zastanawiać, jak to możliwe w takiej Ameryce." Artystę bardzo dziwi, że tak dużo Polaków wciąż myśli o Polsce jako o samodzielnej wyspie. Że nikt nie dostrzega podobieństwa do początków faszyzmu w Niemczech z lat 30. ub. wieku. Jednocześnie jednak nie wini za ten stan rzeczy J. Kaczyńskiego. "On jest dla mnie małym, chorym, zagubionym egoistą o niebywałym talencie do skłócania i destrukcji. Niestety, takiej postaci właśnie potrzebują jego zwolennicy. To te 30 proc. naszego społeczeństwa mnie potwornie zasmuca i przeraża. Nie wiedzą, że wybrali faszyzm. W Niemczech lat. 30. też na początku było "tylko 30 proc." Początek faszyzmu był słodki i rozdawał nie tylko dobra niewygodnego sąsiada, ale tak samo dawał naiwnym nadzieję na "powstanie z kolan". Prawdę mówiąc, nie ma znaczenia, kto rządzi. Czy mężczyźni, czy kobiety. "Nie widzę różnicy między kobietą a mężczyzną w polityce. Choroba nieprzyzwoitości, cynizmu i głupoty nie oszczędza żadnej płci." Apele polskiego rządu, by emigranci wracali tam, skąd przyszli, uważa za idiotyczne. Ba, wydaje mu się, że nawet wyborca PiS nie bierze ich poważnie. Sam nie dostrzega w Niemczech masy uchodźców. Jedynie poszczególne przypadki i pozytywne zaangażowanie Niemców. Widzi również zaangażowanie niektórych Polaków i chęć pomagania Kościoła. "Jak całe społeczeństwo polskie, tak i Kościół jest podzielony. Dla mnie duchowni w rodzaju ojca Rydzyka są siedliskiem zła. Najczystszego ZŁA. Mała część biskupów dystansujących się od ojca Rydzyka jest z natury rzeczy cicha i kulturalna, a może zbyt ospała, stąd rzadko słyszana."

"Przegląd" nr 31

"Dlaczego PiS nie chce uchwalić ustawy reprywatyzacyjnej" Michałowi Sobczykowi powiedzieli w "Pytaniu Tygodnia":

Robert Nowak, współautor książki "Wszystkich nas nie spalicie" o kulisach dzikiej reprywatyzacji – "Partia ta uważa bowiem, że zwrot majątku komunalnego ma sens, jeśli kamienice, budynki użyteczności publicznej czy grunty wracają do prawdziwych spadkobierców. Budynki mieszkalne wraz z lokatorami dalej zatem będą trafiać w prywatne ręce, a potem zostaną sprzedane deweloperom, których praktyki czyścicielskie znamy od lat. Jeśli nie uda się zwrócić dawnej własności, będą wypłacane ogromne odszkodowania, czego skutkiem będzie brak pieniędzy na usługi publiczne. Na razie partia rządząca gra sprawą reprywatyzacji, m.in. tworząc komisję weryfikacyjną, która nie naprawiła żadnej z krzywd, jedynie służy promocji jej członków i rozprawie z PO"; Beata Siemienko, prawniczka i aktywistka Komitetu Obrony Praw Lokatorów – " Powodów tego stanu rzeczy jest kilka, ale najistotniejszy: finanse. /.../ Trudno uwierzyć, ale do dziś nikt nie policzył, ile są warte roszczenia reprywatyzacyjne i jaki byłby koszt zaspokojenia ich wszystkich. Myślę, że dla PiS ten konflikt między wiarą w koszt przywrócenia sprawiedliwości dziejowej a wysoka ceną, jaką trzeba za to zapłacić, jest najmocniejszym hamulcem kompleksowego rozwiązania kwestii reprywatyzacji."; Marcin Masłowski, rzecznik prasowy prezydenta Łodzi – "Uchwalenie ustawy ograniczyłoby proces wyłudzania nieruchomości, a także zlikwidowałoby patologię związaną z ich nieuregulowanymi stanami prawnymi. Wyeliminowałoby to np. handel roszczeniami metodą na kuratora, która jest często wykorzystywana przez pełnomocników rzekomych spadkobierców byłych właścicieli nieruchomości."; Grzegorz Toryński, czytelnik – "PiS tropi afery reprywatyzacyjne, by uderzyć politycznie w prezydent Warszawy, a nie z jakichś szlachetnych pobudek. Politycy tej partii nawet nie udają, że chcą ruszyć temat szerzej, koncentrują się wokół najgłośniejszej sprawy /.../."

"Nie" nr 31

"Macierewicz pasie Kościół" – donosi Tadeusz Jasiński. Ministerstwo Obrony Narodowej ma w b. do wydania 37 mld zł. Dla organizacji pozarządowych – 16 mln zł, w ramach współpracy z NGO –sami.

Specjalny program dla nich został tak napisany, że mieści się w nim wszystko. A jeśli tak, to istnieje możliwość uszczknięcia nawet dla siebie co nieco. "Trzeba tylko chcieć przytulić kasę." I śledzić w internecie ogłaszane przez MON konkursy. " I nie ma się co wahać. Trzeba szybko napisać coś patriotycznego i świadomego narodowo." W ten sposób stowarzyszenie muzyki chrześcijańskiej gospel załapało się na 42 tys. zł. Zarobi je urządzając.... "Missa Assumptionis". Ba, nawet nie trzeba być fundacją czy organizacją. Wystarczy - parafią. Jedna z nich zadeklarowała resortowi obrony event o nazwie "Legiony to żołnierska nuta ..." I dostanie 5050 zł. Fundacja kościelna z kolei, o świętym imieniu, zrealizuje projekt o nazwie "Anioły wolności" i otrzyma 11 400 zł. Caritas pewnie nikomu z siłami zbrojnymi się nie kojarzy. Ale funkcjonuje też Caritas Ordynariatu Polowego. Dlaczego ta ma nie wyciągnąć ręki po pieniądze? Napisze i wydrukuje "Szkolny śpiewnik patriotyczny". Na to potrzebuje 64 tys. zł. Za album zaś "Polskie symbole narodowe" zainkasuje niemal 90 tys. zł. "A że nie wydaje się, żeby Caritas była wydawnictwem? To pozory. Caritas jest bowiem zarejestrowana tak, że ma prawo robić wszystko z wyjątkiem prowadzenia międzynarodowego obrotu bronią atomową. Choć kto wie, czy i tego jej nie wolno." W każdym razie 104 tys. zł przypadło jej w udziale na organizację obozu edukacyjnego "ukierunkowanego na przekazanie i utrwalanie wśród dzieci i młodzieży wiadomości dotyczących tradycji i historii oręża polskiego /.../."Kluby sportowe również mogą prosić o sponsoring. Zwłaszcza jeśli są to kluby sióstr zakonnych. "Trzeba tylko wpaść na dobry pretekst, a czy może być lepszy niż "Młody Polak – świadomy i dumny patriota. Turniej odzyskania niepodległości – turniej piłki nożnej dla chłopców."?` I już jest 15 600 zł. MON rozdaje pieniądze na działania z zakresu obronności państwa i działalności Sił Zbrojnych RP. Toteż nie wypada, żeby nie uwzględniło Międzynarodowej Parafiady Dzieci i Młodzieży za 69 tys. zł. Wszystkich chyba jednak przebiła jeszcze jedna parafia. Dotacja dlań opiewa na kwotę 38 440 zł, za czym kryje się obóz militarny dla dzieci i młodzieży w Sztutowie.

"Gazeta Wyborcza" 169

Polacy mają coraz lepsze ubrania i coraz częściej je wymieniają. Ale nadal prędzej wystawią znoszone rzeczy na Allegro albo schowają w pawlaczu niż wyrzucą do kontenera. Bo przecież stary płaszcz czy sukienka jeszcze się kiedyś przydadzą – mówią Michałowi Zaczyńskiemu w "Drugim życiu naszych ubrań" Agnieszka i Bertus Servaassowie, właściciele największej w Polsce sortowni odzieży.

Starają się nie zatrzymywać tekstyliów w Kielcach. Tu właśnie znajduje się główna sortowania i hala, gdzie przerabia się towar i przyjmuje indywidualnych klientów. Dziennie sortuje się 400 ton, 25 pełnych ciężarówek. Surowiec wysyła się do 70 krajów na świecie, na obu półkulach, zgodnie z zapotrzebowaniem. Najłatwiej jest z letnimi rzeczami. Na nie amatorów nie brakuje w Afryce. Z zimowymi bywa trudniej. Właściciele VIVE Group dotarli ostatnio do Ameryki Południowej. W górzystych - Boliwii czy Peru znajdą się chętni na grube swetry. Ponieważ w Indiach jest zabroniony handel używaną odzieżą, wysyła się tam zniszczone moherowe swetry, z których następnie miejscowi tkają dywany. Najbardziej atrakcyjne śmietniki, skąd sprowadza się towar, znajdują się w Dusseldorfie i pobliskim Neuss w Niemczech. Duży potencjał mają Mediolan i Rzym. Tyle że tam trafiają się przeważnie małe rozmiary. A potrzeba dużych. Paryż wcale nie jest pewniakiem. Zbyt dużo tam bezdomnych i dzielnic ubogich imigrantów. Do sortowni trafia 1,5 proc. markowych ubrań. Niby niewiele, lecz to 6 ton dziennie. Przy tym Levi`s i Boss nawet znoszone będą zawsze w dobrym stanie. Zdarzają się również prawdziwe perły. "Wśród pracowników mamy specjalistów od ich wychwytywania. O modzie wiedzą wszystko, znają światowe marki i projektantów, ale też konkretne lata i style." Na pierwszy rzut oka ocenią, czy to np. akurat Christian Lacroix z 1988 roku. "Na takie haute couture polują odbiorcy z butików vintage na Zachodzie. Przyjeżdżają specjalnie do nas do Kielc. Niektórzy z jasno sprecyzowanymi potrzebami. Na przykład klientka z Amsterdamu, która odwiedza nas raz na trzy miesiące, jest zainteresowana wyłącznie rzeczami z lat 60..." Niestety, jakość ubrań się generalnie obniża. Sieciówki produkują ubrania wytrzymujące tylko kilka prań. Na dodatek bawełna ma teraz prawie zawsze domieszkę sztucznego, tańszego w produkcji surowca. I będzie coraz gorzej. Stąd idea sieci sklepów wielkopowierzchniowych z cotygodniowym cyklem wymiany odzieży. Jest ich obecnie 27. Second handy odwiedzają dziś także ludzie z klasy średniej, polujący na niebanalną modę. Szybko zatem one nie znikną z polskiego krajobrazu.

wybrała /ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ