Tego nie da się skleić

Mimochodem

 

Poznały się na studiach. Przez rok mieszkały w jednym pokoju akademickim, choć wybrały dwa różne kierunki. Ale zbliżyły je zainteresowania. Lubiły teatr, kino oraz dobrą książkę. Dlatego nawet wtedy, kiedy je rozdzielono, kwaterując każdą w innym domu studenckim, nie straciły ze sobą kontaktu. Po zajęciach często się spotykały, a nawet razem pracowały w studenckiej spółdzielni.

Po dyplomie się rozjechały. Jedna wróciła do Starachowic, druga zaczęła studiować następny kierunek. To jeszcze nie był czas telefonów komórkowych – nie każda rodzina miała stacjonarny – pisały więc do siebie listy. Na fali politycznych zawirowań, z początkiem lat 80., absolwentka dwóch specjalizacji przez obozy dla uchodźców na Zachodzie wyemigrowała za ocean. Tam ukończyła miejscową uczelnię i zgodnie z nowym wyuczonym zawodem pracowała do emerytury. Cały czas pozostając w jak najlepszych relacjach ze starachowiczanką. Ta nigdy nie zdecydowała się na wycieczkę na drugą półkulę, lecz raz zadzierzgnięte więzi pielęgnowała.

Przez wielką wodę szły w obie strony i listy, i paczki. Z czasem kontakt stał się łatwiejszy. Rozmowy telefoniczne przestały kosztować majątek. Ba, cyfrowe telefonie pozwoliły mieć się wręcz na wyciągnięcie ręki. Każda zatem o drugiej wiedziała wszystko. Akurat ta za oceanem mocno zbliżyła się do Kościoła kat. Ta na miejscu pozostała osobą wierzącą, aczkolwiek areligijną. Obie nigdy nie zaangażowały się w jakiekolwiek ruchy społeczne, nie mówiąc o partyjnych. W roku 1989 jednak poczuły się wręcz światowo. Powiało normalnością. Przed starachowiczanką z czasem otwarły się granice, a jej koleżanka – dotąd z trudem przyznająca się do kraju swego pochodzenia, nie związana z tamtejszą Polonią, podniosła wyżej głowę. Nigdy jednak w polskich wyborach parlamentarnych nie uczestniczyła. Obecnej władzy nie wybrała, choć od początku jej sekunduje. Ba, ze świadczeniami emerytalnymi w kieszeni właśnie wróciła do kraju urodzenia. I... odnaleźć się tu nie może. Bo biurokracja, bo ludzie się jednak zmienili. Na dodatek wpadła w sam środek społecznych podziałów.

Spotkanie koleżanek po latach te podziały między ludźmi, niestety, uwidoczniło. Jedna, dalej bezgranicznie oddana Kościołowi kat., bezwarunkowo popiera poczynania obecnie rządzących. Wierzy w zamach smoleński, przekreśla Lecha Wałęsę, broni żołnierzy wyklętych. Ale w Polsce osiąść na stałe nie zamierza. Bo jej klimaty są za oceanem. Pomieszka tu jakiś czas, popatrzy i wyjedzie. Już na zawsze. Nawet to nie pozwala jej zrozumieć koleżanki, całym dorobkiem życia tkwiącej w polskiej rzeczywistości. Np., że ta obawia się dziś o swoją szeroko pojętą wolność. Że, choć wiek już nie ten, ma za złe decydentom łamanie prawa, odbieranie kobietom przywilejów in vitro, czy pigułki "dzień po", szczucie na uchodźców. Itd.

Kwitnąca przez lata, potem z daleka, przyjaźń, błyskawicznie więdnie. Już nie są ważne wspomnienia wspólnych eskapad, te same razem oglądane niegdyś filmy i przeczytane książki. Ba, literatura nawet je dzieli. "Księgi Jakubowe" Olgi Tokarczuk, otrzymane w prezencie, Amerykanka potraktowała jak policzek. Mimo że pierwszy prezes kraju też miał je w rękach.

Przytoczona tu historia potwierdza tezę, że jesteśmy krajem dwóch, jakże odległych od siebie społeczeństw. I nie widzę szans, by mogło się coś zmienić. Dziś dwie dojrzałe kobiety, które były blisko, choć dzielił je ocean, są od siebie bardzo daleko. Bo dzielą je poglądy na rzeczywistość. Jeśli one dwie nie potrafią się porozumieć, tym bardziej nie zrobią tego dwa obce sobie plemiona.

/ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ