Samotny wilk na dwóch kółkach

Człowiek z pasją

W numerze

Samotny wilk na dwóch kółkach

Człowiek z pasją

 

Jego pasją jest jazda na rowerze. Dwa lata temu podjął decyzję, że samotnie przemierzy wschodnią część Polski szlakiem Green Velo. 

Konrad Cieślik ma 33 lata i pochodzi ze Starachowic. Po mieście i jego okolicach jeździ rowerem. Nie dlatego, że musi. On to po prostu lubi. Do redakcji GAZETY przyjechał opowiedzieć o wyprawie swojego życia.

- Jakieś pięć lat temu kupiłem sobie sakwy rowerowe. Dwa lata temu byłem na Targach Turystycznych w Kielcach. Tam dostałem ulotkę dotyczącą Wschodniego Szlaku Rowerowego Green Velo - tak swoją opowieść zaczyna Konrad.

Green Velo, to rowerowa trasa turystyczna, która przebiega przez pięć województw: świętokrzyskie, podkarpackie, lubelskie, podlaskie i warmińsko - mazurskie, przez pięć parków narodowych: Wigierski, Biebrzański, Narwiański, Białowieski i Roztoczański Park Narodowy oraz przez parki krajobrazowe. Szlak zróżnicowany jest pod względem trudności, odpowiednią trasę znajdą dla siebie zarówno profesjonaliści, jak i rodzice zabierający na wyprawę dzieci.

Rok temu Konradowi nie udało się wyjechać, ale samozaparcie jakie posiada w sobie zmotywowało go do zorganizowania wyprawy w wakacje 2017 roku. Jest skromnym człowiekiem, dlatego wyprawę sfinansował ze swoich oszczędności, nie szukał sponsora wyprawy. W samotną podróż rowerową trasę Green Velo wyruszył 20 lipca z Chańczy.

- Rodzina pytała po co panu taka wyprawa?

- Jestem dorosły. Powiedziałem, że wracam za miesiąc i po miesiącu wróciłem do Starachowic - mówi Konrad. - Chociaż nie... Trochę mieli obawy, że nie dam rady i przede wszystkim, że może coś mi się stać...

Noce pod gołym niebem, a potem w drogę

- Co zabrałem ze sobą? Hmm... To co najpotrzebniejsze. Ubrania na zmianę i rzeczy, które są potrzebne, by przetrwać noc.

Konrad spał pod "gołym" niebem. Zabrał ze sobą namiot, śpiwór, karimatę, przenośną kuchenkę. Noce na szczęście były w miarę ciepłe. Upał, który był wtedy w Polsce, utrudniał nieco jazdę rowerem, ale - jak podkreśla Konrad - nie tracił zapału.

Taką wyprawę trzeba wcześniej zaplanować pod względem przemierzanych tras. Dla Konrada od początku było jasne, że nie będzie brał pod uwagę ilości przejechanych danego dnia kilometrów od - do, tylko możliwość zwiedzenia jak największej ilość atrakcyjnych zakątków we wschodniej Polsce, które znajdują się na szlaku Green Velo. Wszystkie zwiedzał na rowerze.

- Sam sobie wyznaczałem, ile kilometrów danego dnia zrobię i jakie atrakcje turystyczne zobaczę. Kiedy się budziłem musiałem na nowo spakować i zapakować sprzęt na rower. Zajmowało mi to około dwóch godzin, a potem, po śniadaniu, wsiadałem na rower i jechałem.

Nie korzystał z nowoczesnych sprzętów ułatwiających orientację w terenie. Konrad jest zwolennikiem klasycznych map, a przede wszystkim ma zmysł ułatwiający mu orientację. Zaplanował sobie, że zobaczy wszystkie duże miasta leżące na szlaku. Gdy wjeżdżał do poszczególnych miejscowości otwierał mapę i przewodnik i wybierał to, co go interesowało.

Zobaczył m.in. Rzeszów, Białystok, Leżajsk, Chełm, Elbląg, Przemyśl, Łańcut, Malbork, Augustów i Suwałki, wszystkie parki narodowe i krajobrazowe.

Pęknięte dętki i dobroć ludzi

Podczas samotnej podróży przez Polskę, ani razu nie miał chwili zwątpienia. Z takiej trasy się nie zawraca, jedzie się do wyznaczonego celu. Podczas podróży spotkał wiele osób, byli to inni rowerzyści oraz mieszkańcy wiosek, przez które przejeżdżał. Zawsze mógł liczyć na pomoc rodaków.

- Często zdarzało się, że łapałem tzw. dętkę. Nawet parę razy w ciągu dnia. Wtedy pomagali mi inni.

- Za uśmiech i dziękuję?

- Tak... Przez tę całą podróż nie spotkało mnie nic złego. Wszyscy byli nastawieni do mnie bardzo przyjaźnie wykazując się dużą pomocą.

Konrad nie bał się samotnie przemierzać szlaku. Jak podkreśla, czuł, że na terenie Polski nic mu nie grozi. Na trasie spotkał innych samotnych rowerzystów. Każdy z nich miał wyznaczony cel swojej podróży. Podczas wyprawy spotykał nie tylko Polaków, kilka dni na wspólnej jeździe rowerem spędził np. z obywatelem Szwajcarii. I jak to na takich wyprawach bywa, w pewnym momencie stracili siebie z oczu.

Wśród mieszkańców mniejszych miejscowości, przez które przejeżdżał Konrad, budził ogromne zainteresowanie. Początkowe zdziwienie samotnie podróżującym rowerzystą zamieniało się w kibicowanie planom Konrada i pozytywne nastawienie do jego planów. Tam gdzie pukał z pytaniem o użyczenie wody, nigdy nie spotkał się z odmową. A zdarzyło się, że gospodarze zapraszali go na poczęstunek.

Najdziwniejszym miejscem, w którym nocował, było Tolkmicko położone nad Zalewem Wiślanym, przy samej plaży.

- To było blisko plaży, a nad samym ranem zastała mnie tam burza - mówi Konrad. - Szedł szkwał. Dzięki temu mogłem zrobić fajne zdjęcia.

- A najstraszniejsze miejsce noclegowe?

- Za Rzeszowem... Nie dość, że późno dojechałem, to jeszcze w nocy musiałem rozbijać namiot. W krzakach, z żerującymi w okolicy zwierzętami.

To była przygoda życia

Każdy dzień wyprawy Konrada przynosił coś nowego. Nie potrafi wyróżnić ani żadnego dnia, ani żadnego miejsca. Po prostu, coś innego, coś nowego, coś co zapamięta na zawsze.

- Zróżnicowana trasa, od prostych odcinków po te bardziej skomplikowane i trudne. Od asfaltu po piasek - wspomina Konrad. - Albo na przykład jazda wysokimi wniesieniami, z tym wszystkimi tobołami przy rowerze...

Bilans wyprawy? Około 3 tysięcy przebytych kilometrów. Miesiąc wzdłuż wschodniej granicy, potem dokończenie trasy i 150 kilometrów w jeden dzień, od Końskich do Rakowa. Setki zdjęć oraz wspomnienia zwiedzonych miejsc i poznanych ludzi. Dwanaście zużytych dętek i dwie opony rowerowe do wymiany. Rower? Rower, będzie jeszcze Konradowi służył przez jakiś czas.

To była przygoda jego życia i już teraz mężczyzna powoli rozmyśla o kolejnych wyprawach. Może wzdłuż innej granicy Polski? A może dookoła kraju?

- Tego nie wiem... Na pewno taka wyprawa się odbędzie. Czas i zgromadzone fundusze pomogą ustalić miejsce i moment kolejnego wyjazdu...

Anna Ząbecka

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ