Totalitarni zbrodniarze

Mimochodem

 

Bratowa i brat kolegi właśnie tracą dotychczasową emeryturę. Od 1 października br. będą otrzymywać najwyżej 1716 zł. Bo oboje w minionym sezonie pracowali w mundurówce. Co prawda nie w Starachowicach, lecz w jednym z większych, aniżeli nasze miast. 

On rzeczywiście w służbach specjalnych, ona zaś najdłużej w policyjnej izbie dziecka. Nie przypuszczam, by nad małymi pensjonariuszami się znęcała; raczej chyba starała się im pomagać i rozwiązywać trudne problemy. Zarówno kiedyś, jak i dziś podobne instytucje takim celom – jak mniemam – służą. Niestety, oboje, choćby byli najlepszymi na Ziemi ludźmi, dotyka ustawa o zbiorowej odpowiedzialności z racji podległości ich miejsc pracy określonym organom.

Kolega, większość stażu zawodowego wywodzący ze starachowickiej fabryki "starów", o swoje świadczenie martwić się nie musi. Praca w szkodliwych warunkach uczyniła zeń chorego człowieka, na dodatek z grupą inwalidzką. Z racji jednak zmniejszenia emerytur bliskim (bratowa jak bratowa, ale brat to ta sama krew przecież) do rządzących nabrał dystansu, podejrzliwe teraz traktując każde działanie płynące z góry. Przy okazji bowiem okazało się, że ubyło mu również kolegów. To znaczy nie zdematerializowali się, ale zaczęli chadzać opłotkami, ze spuszczoną głową. Przez lata spotykali się latem w piwnych ogródkach, dziś mało który tam zagląda. Tak się złożyło, że i oni pracowali w uznanych obecnie za trefne służbach; dotknął ich więc taki sam los, jak brata i bratową kolegi. Żalić się publicznie nie będą. Wolą się schować w mysią dziurę. Z pewnością oni też mają swoje bliższe i dalsze rodziny, które rządzącym za uchwalenie tak restrykcyjnej ustawy nie przyklasną. Chyba, że są ze sobą skłóceni. Tak czy inaczej, rządzący muszą się liczyć z tym, że liczba zwolenników trochę im stopnieje.

Jakkolwiek patrzeć, ludziom nawet z podrzędnych stanowisk, ale w mundurówce, wymienionej w stosownym artykule osławionej ustawy, nie dość, że odbiera się wypracowane (może i większe w porównaniu z taką FSC na przykład) pieniądze, to jeszcze pozbawia godności. Sprawia, że pracownik biura paszportów (istniało przecież takie najpierw w strukturach milicji, potem ci sami ludzie mieli siedzibę w budynku przy d. ulicy Mrozowskiego) ma czuć się gorzej aniżeli urzędnik z biura dowodów osobistych.

Jeśli kolega mówi o kumplach do bitki i wypitki, że bezpowrotnie ich stracił, to nie z powodu mniejszych od jesieni br. pieniędzy (choć te też są ważne), lecz psychicznej degradacji. Przekreślenia człowieka. Ot tak, jednym pociągnięciem długopisu.

Niby w życiorysie same bohaterskie czyny: uratowanie tonącego, wyniesienie seniora z pożaru, nie licząc drobnych przysług świadczonych sąsiadom. Tyle, że obecnie zupełnie się nie liczą. Najważniejszy stał się szyld miejsca pracy. Jak to we zwyczaju, co jakiś czas się zmieniający. Nie zawsze w dobrym momencie.

Kto by przypuszczał, że wystarczyło ostatnie parę miesięcy studiów w Akademii Spraw Wewnętrznych, tuż przed jej likwidacją, by dziś zostać ukaranym. Za lata pracy w policji, wyłącznie już w nowej, jak to się przyjęło mawiać – wolnej Polsce. Tylko dlatego, że studiowały tam poza policjantami, strażakami, strażnikami granicznymi osoby ze służby bezpieczeństwa? Niejednemu policjantowi śmieją się dziś w oczy ludzie z wyrokami, których ścigał. Jak widać, ścigał niepotrzebnie? Ustawodawcy uznali, że dobre uczynki jednak powinny być ukarane...

Z niektórymi byłymi mundurowymi kolega może już dziś nie pogada, bo dalej będą go unikać. Ale została mu stara wiara z niegdysiejszej formacji ZOMO. Ci dadzą się skusić na nocne Polaków rozmowy, gdyż ... służący bez przerwy w strukturach MO ustawie dezubekizacyjnej nie podlegają.

/ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ