reklama

Nasz telefon

Spiesz się powoli

- W myśl tej zasady obsłużyła mnie firma przewożąca pacjentów z miejskiego szpitala. Na odwiezienie do domu chorej – mimo zamówienia karetki na określoną porę – przyszło nam czekać kilka godzin. Ponaglenia i monity niewiele dawały. Ponieważ innego sposobu transportu nie było, pozostawało nam czekać. Historia spóźnienia specjalnego pojazdu okazała się długa i wręcz nieprawdopodobna. Najpierw karetka błąkała się po drogach i bezdrożach, gdyż ktoś podał niewłaściwy adres zamieszkania poprzedniej przewożonej pacjentki, potem trzeba było dowieźć gdzieś krew i kiedy nadeszła nasza kolej, pojawił się kolejny pacjent. W karetce musiały się zmieścić, zatem dwie osoby. Na szczęście jedna była siedząca. Dwóch leżących nie dałoby się przewieźć. W każdym razie długo będę pamiętała to zdarzenie, niedopuszczalne przecież w sytuacji, gdy chodzi o życie i zdrowie pacjenta – żali się starachowiczanka.

Nie ten urząd

- Dowód wydano mi w miejscu dawnego zamieszkania, czyli w pobliskiej gminie. Nowy, w którym nie ma już adresu. Tyle, że już tam nie mieszkam (domu nie ma), tylko w Starachowicach, u rodziny. Nie przyszło mi do głowy, że z tego powodu mogę mieć kłopoty. Podczas kontroli biletów zakwestionowano bowiem moje prawo do ulgowego biletu, za argument podając właśnie widniejący na dokumencie trefny, bo nie starachowicki urząd. A jako nie starachowiczanka, nie mam prawa do ulg – usłyszałam. No i musiałam zapłacić karę w wysokości ponad 60 zł. Bo tłumaczenia moje na nic się zdały. Jestem emerytką, z niewielkim świadczeniem, toteż przeżyłam bardzo ową jazdę miejskim autobusem. I przyznam szczerze – czuję wielką urazę do kontrolerów, że tak obcesowo obchodzą się ze starszymi pasażerami – skarży się seniorka.

Niezawiniona kara

- Nie wiem kto dostarcza rachunki miejscowej sieci kablowej, ale robi to niedbale. Zbyt często bowiem faktury nie mam w skrzynce, a jestem osobą zapracowaną i nie mam czasu osobiście co miesiąc chodzić do biura Vectry, by się o nią upomnieć. Bywa też, że przy nawale obowiązków, w pracy i w domu, po prostu o tym nie pamiętam. Świadomość tego faktu dociera do mnie dopiero wówczas, gdy któryś kolejny dokument o wysokości należnej opłaty przyniesie mi życzliwy sąsiad, bo wrzucono go... do jego skrzynki. Tyle tylko, że z naliczonymi odsetkami za zwłokę. Oburzam się na to, bo nawet krzty mojej winy w tym nie ma. Niechże firma zwróci uwagę roznoszącym faktury, by wkładali je do skrzynek adresatów, a nie byle gdzie w okolicy. Płacę bowiem kary, choć wina jest po stronie nadawcy - irytuje się nasza czytelniczka.

/ewa/

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ